Nie budźcie “Titanica”

31

Piłkarze bronią Leo Beenhakkera, a media wydają na niego wyrok. W tej sytuacji przygotowania do meczu z San Marino przebiegają w atmosferze pogrzebowej, ale trudno się dziwić.


Foto: PAP/Bartłomiej Zborowski

Runął mit Leo Beenhakkera i niejako przy okazji – jego pomysł na reprezentację Polski

Piłkarze bronią Leo Beenhakkera, a media wydają na niego wyrok. W tej sytuacji przygotowania do meczu z San Marino przebiegają w atmosferze pogrzebowej, ale trudno się dziwić. Z wszystkich analogii zamieszczonych w poniedziałkowych wydaniach polskich gazet najbardziej podobała mi się ta o "Titanicu".

W końcu to w Belfaście 100 lat temu zbudowano największy statek, który zatonął spektakularnie w trakcie swojego pierwszego rejsu. Tam również runął definitywnie mit Beenhakkera i niejako przy okazji – jego pomysł na reprezentację Polski.

Przy swoim mistrzu, niczym wierni żołnierze, stoją ciągle piłkarze, którzy w poniedziałek wieczorem ustami liderów drużyny błagali działaczy PZPN oraz dziennikarzy, aby pozwolili Don Leo dokończyć eliminacje. Dlaczego jednak nie bronili go tam, gdzie powinni w pierwszej kolejności – na boisku w Belfaście, a wcześniej również Bratysławie oraz Wrocławiu.

W meczach z europejskimi średniakami – Słowenią, Słowacją oraz Irlandią Północną – "biało-czerwoni" stracili już osiem punktów. To bilans zawstydzający i niedopuszczalny dla drużyny aspirującej do europejskiej (nawet nie ścisłej) czołówki. A przecież taki miał być cel tej reprezentacji. Przecież to miał na myśli Beenhakker mówiąc o "jasnej stronie księżyca".

Przypomnijmy, że na pewno mniej sprawny w retoryce słownej oraz umiejętności "sprzedawania się" w mediach Paweł Janas jedyne punkty w poprzednich eliminacjach mistrzostw świata stracił w meczach z Anglią. Pozostałych osiem spotkań wygrał. Czyli reasumując – ograł wszystkich jak leci, zarówno u siebie, jak i na terenie przeciwnika. Któż mógłby pomyśleć, że w niespełna trzy lata po klęsce na mundialu w Niemczech niektórzy kibice zaczną tęsknić za Janasem? Że w ogóle przyjdzie im do głowy przeciwstawiać mrukliwego eks-selekcjonera z wronieckiej puszczy światowemu, wygadanemu Beenhakkerowi? Taka sytuacja ma jednak miejsce w chwili obecnej.

Gwoli formalności – w swoim czasie piłkarze stali także za Janasem. Jeszcze wcześniej nie chcieli, aby PZPN podziękował za pracę Januszowi Wójcikowi. To dopiero był fajny trener! "Kiełbasy w górę i golimy frajerów" podobało się niektórym kadrowiczom bardziej, niż skomplikowane odprawy taktyczne serwowane przez wielu innych trenerów. Lojalność Michała Żewłakowa (szkoda tylko, że w sobotę wsadził na minę swojego przyjaciela Artura Boruca), Jacka Krzynówka oraz Mariusza Lewandowskiego wobec szkoleniowca, który uczynił ich kluczowymi postaciami, niejako twarzami tego zespołu, jest godna pochwały. Nie powinna jednak zaciemniać prawdziwego obrazu. A fakty są takie, że ta drużyna po prostu nie gra dobrego futbolu. Z wyjątkiem spotkania z Czechami ubiegłej jesieni, głównie zresztą dzięki genialnemu występowi Jakuba Błaszczykowskiego, nie czyniła tego przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Mecz w Belfaście nie był wypadkiem przy pracy, ale potwierdzeniem trendu, którego nie dało się zauważyć, swoistym apogeum kryzysu. Mleko kipiało w garnku wystarczająco długo, ale w końcu się rozlało.

W poniedziałek Beenhakker popełnił kolejny niewybaczalny błąd, wysyłając z powrotem do Glasgow Artura Boruca. To fakt, Boruc w sobotę zawalił na całej linii, ale trener powinien być ostatnią osobą, która w takim momencie robi z niego kozła ofiarnego. Trener ma wręcz nakazane stać przy swoich podopiecznych zarówno w chwilach pięknych, jak i złych, bronić ich przed atakami prasy, brać krytykę na siebie, dowartościowywać swoich wybrańców. Rozumiem, że Leo miał pretensje do swojego podopiecznego za naruszenie wewnętrznego regulaminu, gdy w czwartek, czyli na dwa dni przed meczem, poświęcił całe popołudnie swojej narzeczonej. To jednak wtedy powinien go wysłać do domu, a nie teraz, kiedy z Boruca śmieje się cała Europa. Teraz to polski bramkarz potrzebuje wsparcia i dobrego psychologa.

Z San Marino zagramy o przedłużenie marnych, ale ciągle obecnych nadziei na awans, a skoro rywal to słaby niemiłosiernie – zapewne wygramy. Trudno wyobrazić sobie potknięcie z absolutnie najsłabszą reprezentacją państwa, które zamieszkuje zaledwie 30 tysięcy ludzi i w całej historii futbolowego istnienia zdołało ograć tylko Liechtenstein. Jeśli tak się stanie – polscy piłkarze powinni czym prędzej zamienić się profesjami ze swoimi rywalami i zacząć roznosić listy bądź kopać rowy… Miejmy jednak nadzieję, że do takiego blamażu nie dojdzie. To byłoby nawet bardziej spektakularne od zatonięcia "Titanica"…

Autor: MARCIN HARASIMOWICZ