Nie widzę się w Meksyku

91

Nie widzę się w Meksyku

Jedyna polska mistrzyni świata w maratonie (Tokio 1991) Wanda Panfil po 22 latach ponownie pojedzie na mistrzostwa globu. Tym razem jako trenerka reprezentanta Meksyku. Mieszka tam od 1988 roku, ale planuje wrócić do kraju. Do zawodów przygotowują się w Spale.

Co panią sprowadziło w rodzinne strony?

Lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Moskwie. Mój wychowanek, 26-letni Jose Antonio Uribe Marino, zakwalifikował się do reprezentacji Meksyku. 17 sierpnia pobiegnie maraton, a do tego czasu będziemy w ośrodku COS w Spale.

Dlaczego wybrała pani akurat to miejsce?

Przez wiele lat zawodniczej kariery ten ośrodek był moim drugim domem, zaś jego dyrektor Zbigniew Tomkowski zastępował mi ojca, który zmarł ponad 30 lat temu. Spała ma bardzo dobrą opinię w kierownictwie meksykańskiej federacji, jest tu wszystko, czego potrzeba dla wyczynowego uprawiania sportu.

Czy bywała już tu pani wcześniej jako trenerka?

Nie, w tej roli przyjechałam po raz pierwszy. Jest także ze mną 27-letnia Vianey De la Rosa Rojas, którą przygotowuję do wrześniowego maratonu w Berlinie. Mam ogromny sentyment do tych stron, bo przecież urodziłam się w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie spędziłam szkolne lata. Do dziś w pobliżu mieszka moja mama Katarzyna. Ma 89 lat. A ja karierę zaczynałam późno, bo w wieku juniorki, w miejscowym klubie sportowym Lechia. W tym roku obchodzi 90-lecie. Lechii byłam wierna i pozostanę wierna do końca życia.

Zamierza pani wrócić na stałe w rodzinne strony?

Tak, na starość na pewno wrócę do Polski. Nie widzę się w Meksyku, chociaż to piękny kraj i nie mam powodów, aby narzekać. Jak jest się młodym, czy w takim wieku jak ja, a w styczniu skończę 55 lat, to jeszcze można żyć gdzieś na obczyźnie. Potem miejsce powinno być w rodzinnym kraju, przynajmniej jak tak uważam. Jest mi dziś miło, że tyle osób poznaje mnie na ulicy i zachęca do pracy z młodzieżą w rodzinnym Tomaszowie.

Od kiedy jest pani trenerką?

Minęło 10 lat. Współpracuję z narodową federacją, ale głównie prowadzę zajęcia w klubie Marti Emocion Deportiva w stolicy Meksyku. Mam pod sobą pięcioro profesjonalnych lekkoatletów i mnóstwo amatorów, których ambicją jest pokonanie maratonu poniżej trzech godzin. Na zajęcia przychodzi prawie codziennie zazwyczaj 60-100 osób.

W Polsce z roku na rok rośnie popularność biegania. Coraz częściej trudno jest wystartować w zawodach, bowiem limity wyznaczone przez organizatorów wypełniają się bardzo szybko, i to z dużym wyprzedzeniem. Wiedziała pani o tym?

Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że doczekam takich czasów. Po cichu powiem, że szukałam protekcji, aby móc wystartować z moimi podopiecznymi w sobotnim Biegu Powstania Warszawskiego. Limit siedmiu tysięcy osób został dwa tygodnie temu wyczerpany. A pamiętam do dziś, jak w latach młodości gwizdano na mnie, gdy wychodziłam z domu na trening, kiedy słyszałam „Mamo, ja wariat! Wisła się pali” czy też „Uciekajmy, bo nienormalna nas goni”.

A jak jest w Meksyku?

Jeszcze większe szaleństwo niż w Polsce. Ta moda na bieganie, na zmianę stylu życia i odżywiania, tak na dobre zaczęła się w 1995 roku. W maju w stolicy wystartowało 14 tys. kobiet na 10 km, a w październiku w zawodach open 21 tys. osób. To najbardziej popularny w Meksyku dystans. Natomiast w półmaratonach czy maratonach, których co tydzień jest po kilka, uczestniczy 4-7 tys. osób. Są też imprezy z liczbą 10-12 tysięcy.

Pani także biega?

Owszem. Kiedy z przyczyn zdrowotnych, a konkretnie dolegliwości związanych w nerwem kulszowym, musiałam po igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku zakończyć wyczynową karierę, przez osiem lat nie mogłam się ruszać. Jeździłam po świecie, badali mnie najlepsi lekarze w Ameryce, Japonii, także w Europie, ale nie byli w stanie mi pomóc. Zaczęłam się więc sama leczyć truchtem z dużą liczbą ćwiczeń gimnastycznych, ogólnorozwojowych, siłowych, jak też rozciągających. I niebawem po takich zajęciach „puściło”, ból odpłynął. Dziś nic mi nie dolega. Biegam, startuję w zawodach, nawet co tydzień. Półmaraton, czyli 21 km 100 m, pokonuję w godzinę i 17, 18, czasami 21 minut.

W 1990 roku zwyciężała pani w tak prestiżowych maratonach jak Londyn, Nowy Jork, Nagoja, a także w Igrzyskach Dobrej Woli w Seattle na 10 000 m. Następny sezon zaczęła pani od wiosennego triumfu w Bostonie, a potem było Tokio i złoty medal mistrzostw świata na dystansie 42 km 195 m wynikiem 2:29.53. Marzył się pani rekord globu…

Z tym zamiarem biegłam ponownie w Bostonie w roku olimpijskim. Byłam przygotowana na rezultat dwie godziny 18 minut. Do celu zabrakło pięciu kilometrów. Właśnie na 37. nagle „pokręcił” mnie nerw kulszowy. Przez łzy patrzyłam, jak mijają mnie rywalki. Na mecie byłam szósta. Próbowałam jeszcze walczyć z bólem w Barcelonie. Jednak z nim nie wygrałam. Zajęłam 22. miejsce i przyszło mi zakończyć profesjonalną przygodę ze sportem. Potem, jak już wspomniałam, odwiedzałam lekarskie gabinety. A dziś – trenuję dla zdrowia, startuję dla przyjemności i czuję się świetnie.

Autor: JANUSZ KALINOWSKI (PAP)