Obłęd w Chicago

15

Dopiero siódme spotkanie zdecyduje, czy broniący tytułu Boston Celtics awansują do półfinału na Wschodzie.
23 tysiące kibiców przywróciło Chicago Bulls pamięć o tym, co działo się w starym Chicago Stadium 15 lat temu

 

Foto: EPA/Maury Corbis

John Salmons (z lewej) miał największy udział w zwycięstwie Bulls

Dopiero siódme spotkanie zdecyduje, czy broniący tytułu Boston Celtics awansują do półfinału na Wschodzie.

23 tysiące kibiców przywróciło Chicago Bulls pamięć o tym, co działo się w starym (zburzonym przed trzynastu laty) Chicago Stadium 15 lat temu, kiedy grał tutaj koszykarz z numerem 23 na plecach. Nikt oficjalnie nie mierzył poziomu hałasu w United Center, kiedy zaczynał się mecz numer sześć przeciwko broniącym tytułu Boston Celtics, ale Tim Hallam, szef prasowy Bulls, który pamięta każdy z sześciu tytułów mistrzowskich, miał podobne zdanie jak reszta z nas. "Prawie jak startujący odrzutowiec. Może nie jumbo jet, ale na pewno pasażerski odrzutowiec" – powiedział Hallam.
Tak jak wtedy, oglądałem wspaniały popis jednego zawodnika – tylko, że tym razem grał w zielonej koszulce, nazywał się Ray Allen, rzucił 51 punktów, ale i nawet on nie dał mistrzom z Bostonu decydującego w serii zwycięstwa: po dramatycznej, czwartej w tej niezwykłej serii, tym razem potrójnej dogrywce wygrali Chicago Bulls 128:127 (37:26, 22:31, 24:19, 18:25, 8:8, 9:9, 10:9). Szkoda, że ktoś musiał przegrać.
"Dostaliśmy dokładnie to, czego się spodziewaliśmy. Czyli nic" – powtórzył trener Bulls Vinny del Negro, zapytany przed wejściem na parkiet, czy nie był zaszokowany faktem, że można kogoś uderzyć w twarz (jak zrobił to 48 godzin wcześniej Rayon Rondo) i nie zostać zawieszonym za umyślny faul. "Gramy twardo i nic się nie zmieni. Bulls to wiedzą, wiedzą sędziowie, wiedzą wszyscy, co nas oglądają" – odparł chicagowianom, siedzący na ławce trenerskiej Bostonu – Doc Rivers.
Okrzyki "bullshit" (wiadomo…) i "kick him out!" (wywalcie go!) wydobywające się z gardeł 23 tysięcy widzów po każdej niepomyślnej dla Byków decyzji sędziego, półbijatyki Kirka Hinricha z Rayonem Rondo z Celtics, czy fantastyczna gra Bulls w pierwszych dwunastu minutach – nie wiem co zrobiło na mnie większe wrażenie. Błyskawiczne kontry, wchodzenie pod kosz z obu skrzydeł Derricka Rose’a (w sumie 28 pkt, 7 asyst, 8 zbiórek), spokój Johna Salmonsa (16 punktów w tej części, w sumie 35), którego w Bulls (i nie tylko) nikt jeszcze przed przyjściem do Chicago z Sacramento Kings nie znał – Boston wyglądał jak drużyna, która po pierwsze jeszcze nie wypoczęła po ostatniej dogrywce, a po drugie nie jest przygotowana na to, że Bulls będą ciągle chcieli walczyć. Po pierwszej kwarcie wiedzieli jak bardzo się pomylili: minęła pierwsza kwarta i po stronie Bulls było aż 37 punktów, a po Bostonu tylko 26. W zespole mistrzów jak… mistrz grał tylko Paul Pierce (w sumie 22 pkt, 9 zbiórek), a tak skuteczny w pierwszych pięciu meczach Rondo miał ich zero.
Nikt nie miał jednak złudzeń, że można łatwo wygrać z obrońcami tytułu. Allen był fenomenalny, zdobywając w pierwszej połowie 29 punktów, w tym kolejnym rzutem za trzy dając Bostonowi pierwsze prowadzenie w meczu (55:53), kiedy zostawało do końca drugie ćwiartki 120 sekund. Na krótko, bo mający na trybunach chyba z pięćdziesięciu członków swojej chicagoskiej rodziny, 20-letni Rose dał kolejny popis i w kolejnej odsłonie klasyka playoffs po pierwszej połowie było 59:57 dla Bulls.
Na początku drugiej połowy, na szczęście dla kibiców Bulls, Allen przestał udawać Michaela Jordana, a na dziennikarskich kanałach TV, kiedy była przerwa w grze, można było oglądać jak znakomicie radzi sobie w Filadelfii Marcin Gortat i… powtórkę walki Tomka Adamka z Steve’em Cunninghamem. Na boisku też była wymiana ciosu za cios. Atmosferę daje się kroić nożem, Boston chce zwalniać grę, ale trzy kolejne rzuty za trzy punkty Byków (Salmons, Miller, Hinrich) dają gospodarzom przed ostatnią kwartą prowadzenie 83:76.
Bulls, napędzani ogłuszającym dopingiem dokładnie 23 430 kibiców w czerwieni nie chcą, żeby to był ich ostatni występ w tegorocznych playoffs – dwie "latające" wsadki Tyrusa Thomasa, Chicago prowadzi 88:76 i wściekły trener Bostonu bierze kolejny czas. Pomaga – budzi się Allen/Jordan, a Bulls zaczynają drżeć ręce. Celtics prowadzą na 3 i pół minuty przed końcem 99:91. Po meczu? Nie w tej serii! 120 sekund później jest już remis 101:101, a bohaterem jest środkowy Miller, rzucając nie tylko spod kosza, ale zza linii trzech punktów. Na zegarze jest dokładnie 29,7 sekundy, piłkę ma bohater meczu numer pięć Pierce, ale tym razem nie trafia. 4,4 sekundy do końca meczu: piłkę dostaje Gordon, ale też nie trafia równo z końcową syreną. 101:101, czwarta dogrywka w sześciu meczach, pada kolejny rekord NBA!
Koszykarze Bostonu, którzy pewnie nie wiedzą, jak to się stało, że nie świętują awansu do drugiej rundy, tylko muszą dalej grać w United Center, uzyskują pierwsze dwa punkty w dogrywce, ale więcej energii mają młode "Byki", zdobywając siedem kolejnych punktów i prowadzenie 107:103. Znowu czas dla Bostonu i po dwóch kolejnych wędrówkach na linię rzutów osobistych Pierce’a jest 107:107. 60 sekund do końca, Rose traci piłkę, trafia Glenn Davis, ale na 10 sekund przed końcem meczu jakimś sposobem wdusza piłkę do kosza Salmons. Końcowa syrena, rzuca Pierce i nie trafia – druga dogrywka serii, która bez względu na to kto ją wygra jest już na zawsze w historii National Basketball Association.
Davis dla Celtics za dwa, niesamowity (w sumie 35 punktów!) Salmons za trzy i dwa – tak zaczyna się druga dogrywka w sali, gdzie od przynajmniej pół godziny nikt już nie siedzi, wszyscy stoją i krzyczą, bo jest 106:103 dla Bulls. 52 sekundy do końca – nie trafia Salmons, 20 sekund – piłka w rękach Allena, który zdobywa swój 46. punkt. Bulls prowadzą 116:115, Celtowie nie mogą pozwolić "Bykom" na rozgrywanie piłki, specjalnie dwukrotnie faulują Brada Millera. Ten, który nie trafił ani jednego osobistego w Bostonie, trafia oba i jest znowu różnica trzech punktów dla gospodarzy – 118:115. Ale w Bostonie gra Ray Allen Jordan: na 7 sekund przed końcem wyrównuje stan meczu na 118:118. Bulls gubią piłkę, trzecia dogrywka. Czy ktoś to musi przegrać?
Znowu zaczyna się od punktów Bostonu (Davis), ale po wejściu Rose’a jest 123:120. Tylko przez siedem sekund, bo znowu niesamowity Allen trafia za trzy punkty! 35 sekund – Joakim Noah (w sumie 9 pkt, 15 zbiórek) przechwytuje piłkę, przebiega całe boisko i wsadza piłkę do kosza! Jest faulowany, wykorzystuje rzut osobisty, a United Center zaczyna się trząść od oklasków i krzyku. Boston ciągle w grze – trafia z dystansu Eddie House i znowu tylko jeden punkt przewagi Bulls (126:125), gospodarze mają piłkę i jest 28 sekund do końca meczu. Za faul na Millerze, który trafia dwa koljne osobiste, schodzi już trzeci gracz Celticu, a ja się zastanawiam, kiedy ubierze się w strój Celtów Doc Rivers. Boston odpowiada wejściem i punktami, a Hinrich nie trafia z łatwej sytuacji pod koszem. Boston ma 16 sekund na celny rzut i wygranie tej serii, ale rzut Rondo blokuje Rose i jest faulowany, kiedy pędzi do kosza. Trzy sekundy do końca, Rose nie trafia żadnego osobistego, ale rzut rozpaczy Rondo z połowy boiska mija kosz. Zaczyna się obłęd w Chicago, Bulls wygrali po potrójnej dogrywce 128:127.
Mecz numer 7 w sobotę w Bostonie.

Autor: PRZEMEK GARCZARCZYK