„Piękny” nokaut

12

Słynny filipiński bokser, 30-letni Manny Pacquiao zdobył mistrzostwo świata organizacji IBO w wadze junior półśredniej, nokautując na sekundę przed końcem drugiej rundy Brytyjczyka Ricky'ego Hattona

Foto: Reuters

Manny Pacquiao odniósł zaskakująco łatwe zwycięstwo

Słynny filipiński bokser, 30-letni Manny Pacquiao zdobył mistrzostwo świata organizacji IBO w wadze junior półśredniej, nokautując na sekundę przed końcem drugiej rundy Brytyjczyka Ricky’ego Hattona.

Najpierw były dumne zapowiedzi Ricky Hattona (45-2, 32 KO), jego kłótnie z trenerem Floydem Mayweatherem. Później tysiące fanów chyba największego w Anglii kibica Manchesteru City, którzy jak zawsze zjawili się na jego walce z Manny Pacquiao (49-3, 36 KO) w Las Vegas. A później tylko smutna rzeczywistość, która oglądałem chyba z setką fanów "Hitmana" w szkockim barze w centrum Bostonu.

CZAPKI Z GŁÓW

Dwie rundy i z mitu Brytyjczyka nie zostało nic. Pacquiao potrzebował trzech minut w pierwszej rundzie i dokładnie 2,59 sekundy w drugiej, by dosłownie zniszczyć "Hitmana". Był szybszy, dokładniejszy, bił mocniej i był nie do trafienia, po raz kolejny odpowiadając na pytanie, dlaczego ten nieśmiało uśmiechający się Filipińczyk jest być może jednym z najwybitniejszych pięściarzy bez podziału na kategoria wagowe w ostatnim ćwierćwieczu.
Czapki z głów przed "Pacmanem", który znokautował "Hitmana" szybciej i w lepszym stylu niż "Pretty Boy" Mayweather jr (39-0, 25 KO). Ta dwójka ma już wyznaczone spotkanie tej zimy, ale na miejscu "Pięknego" zastanawiałbym się, czy te 20 milionów, które dostanie, są warte spotkania z Pacquiao.
"Pacman" zarobił za walkę z Hattonem 12 milionów dolarów (plus procent od pay-per-view) oraz pas "Ringu" w kategorii do 140 funtów, a jego zdemolowany rywal cztery miliony mniej.

SKUTECZNY DO BÓLU

MGM Grand Arena była wypełniona od pierwszego rzędu przy ringu do ostatniego pod sklepieniem sali 16 tysiącami fanów oczekujących wielkiej walki. Hatton wyszedł na ring jako pierwszy, pełen skupienia i pewności siebie. Słysząc ryk swoich fanów i czekając na "Pacmana", Ricky rozgrzewał się serią ciosów zadawanych we własną głowę – kto mógł przypuszczać, że będą to jego najcelniejsze ciosy tego wieczoru?
Pacquiao był jak zwykle zrelaksowany i uśmiechnięty, a jego sympatycy spokojnie przekrzyczeli tych, którzy przyjechali dopingować "Hitmana". Przekrzyczeli nawet Michaela Buffera, którego już słynne "Let’s get ready to rumble!" było słyszalne chyba tylko przez tych, którzy byli na ringu.
Hatton rozpoczął walkę od wypróbowania lewego prostego i szybkich dwóch klinczów. Pacquiao spokojnie czekał na swoją pierwszą szansę, nie wiedząc, że będzie ją miał już w 20. sekundzie, kiedy jego prawy sierpowy czysto trafił w głowę Brytyjczyka. Ten ostatni znowu zaczął przytrzymywać, próbując ciosów na korpus Filipińczyka. Próby kończyły się tylko tym, że kolejne trzy ciosy – dwa ciosy proste z prawej i z lewej ręki ponownie zatrzymały się na jego głowie. Znowu klincz, tylko że tym razem Hatton nie chciał zyskać na czasie, a po prostu odpocząć po ciosach rywala. Na krótko, bo po rozdzieleniu obu pięściarzy "Pacman" zdawał się wiedzieć, że tego wieczoru bardzo łatwo zarobi te gwarantowane 12 milionów dol. plus swój procent od wpływów z przekazu pay-per-view. Prawy sierpowy, który cofnął Hattona, następne takie uderzenie, które ścięło go z nóg, były początkiem końca walczącego zbyt schematycznie, łatwego do rozszyfrowania "Hitmana". Brytyjczykowi nigdy nie brakowało serca do walki, więc wstał na chwiejących się nogach tylko po to, by po kombinacji uderzeń championa, które łatwo ominęły jego gardę, ponownie przewrócić się na ring.
Hatton dotrwał jednak do końcowego gongu, a na początku drugiej rundy próbował nawet skrócić dystans i zadać kilka ciosów nieuchwytnemu dla niego przeciwnikowi. Pacquiao był taki jak zwykle – spokojny, cierpliwy i strasznie skuteczny. Każdy bokser, który chciałby się nauczyć, co to znaczy perfekcja, powinien setki razy oglądać to, co działo się w następnych 120 sekundach: prowadzący lewy prosty, szybki sierpowy, lewy sierpowy, zejście z linii ciosu, lewy prosty, prawy sierpowy, błyskawiczna zmiana pozycji – nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Hatton zamienił się w tym czasie dla "Pacmana" w jeden z worków treningowych w sali prowadzącego go Frieddie Roacha. Hatton miał po tych atakach szansę poddania się w narożniku, ale zrobił najgorsze co mógł – uciekł na środek ringu, licząc, że tam dotrwa do końca rundy. Konsekwencją był jeden z najbrutalniejszych, a zarazem pięknych nokautów ostatnich lat: Pacquiao zszedł na lewą stronę i kiedy pięściarz z Manchesteru spodziewał się ciosu z prawej ręki, najlepszy pięściarz bez podziału na kategorie wagowe trafił go piekielnie mocnym lewym sierpowym, po którym Ricky padł na plecy. Zanim uderzył nimi w matę ringu, ringowy Kenny Bayless już machał rękoma, kończąc pojedynek w drugiej minucie i 59 sekundzie drugiego starcia.

ROBIĘ CO DO MNIE NALEŻY

"To było bardzo łatwe, zaskakująco łatwe zwycięstwo, ale Hatton mocno bije. Wiedzieliśmy, jak walczy, nastawiając się na dwa kluczowe uderzenia – lewy i prawy sierpowy. Miał opuszczone ręce, był łatwym celem. Z kim będę walczył, mnie nie interesuje. Mogę z każdym, którego wynajdą promotorzy. Ja robię tylko to, co do mnie należy – trenuję i walczę w ringu" – powiedział – z jak zwykle rozbrajającą szczerością – "Pacman".

Autor: PRZEMEK GARCZARCZYK