Samobój przesądził o tytule

0
5
Foto: Reuters
MLS Cup w rękach piłkarskich mistrzów USA i Kanady – Colorado Rapids

Po dramatycznym meczu i trzymającej w napięciu do końca dogrywce Colorado Rapids wygrali 2-1 z FC Dallas 15. finał MLS Cup i zostali piłkarskim mistrzem USA i… Kanady.

O tytule mistrzowskim przesądziła samobójcza bramka strzelona przez George’a Johna w 108. minucie, a wynik tegorocznego finału bezbłędnie przewidział przed meczem polski trener Union Piotr Nowak.
Rozegrany na stosunkowo nowym stadionie BMO Field w Toronto był drugim najchłodniejszym finałem w historii, grano przy prawie zerowej temperaturze. Nie obyło się bez polskiego akcentu, choć bardzo minimalnego. W niedzielę świeżo upieczonym mistrzem Stanów Zjednoczonych został Jeff Larentowicz, który o mały włos nie wylądował w… Legii Warszawa.
Pierwszy raz w historii finał MLS Cup rozegrano poza granicami USA. W zimnym Toronto spotkały się dwa nie dość, że mało medialne zespoły, to jeszcze z dala od domu. Na szczęście piłkarze rozgrzali fanatyków piłki nożnej do czerwoności, a przed kompromitacją uchroniła MLS lokalna rzesza kibiców, która przynajmniej według oficjalnych danych w komplecie zapełniła stadion.
 

ZAMIAST KARNEGO STRACILI GOLA
W 30. minucie nienadążający za akcjami na boisku sędzia Baldomero Toledo popełnił błąd. Kilkakrotnie faulowany w polu karnym Conor Casey nie doczekał się gwizdka, a karny w pierwszej połowie mógłby zmienić obraz meczu.
Jakby goryczy było mało, 5 minut później Rapids stracili bramkę. Po dośrodkowaniu honduraskiego pomocnika Marvina Chaveza wybrany na najlepszego piłkarza sezonu w MLS Kolumbijczyk David Ferreira kapitalnie wyprzedził obrońców i bramkarza Matta Pickensa i z bliska umieścił piłkę w siatce.

NA SIEDZĄCO I PO RYKOSZECIE
Po zmianie stron skoncentrowani Rapids kontynuowali presję w środku pola i na efekty długo nie czekali. Specjalizujący się w brzydkich golach Casey 11 minut po przerwie był dokładnie tam, gdzie powinien, czyli w polu karnym. Leżąc na murawie w polu bramkowym FC Dallas, tuż obok bramkarza Teksańczyków Kevina Hartmana i obrońcy Jaira Beniteza, wykazał najwięcej sprytu i zimnej krwi. Nawet nie wstając z pozycji siedząco-leżącej Casey wpakował piłkę do siatki i moment później tonął w objęciach kolegów.
"Graliśmy swoje i wiedzieliśmy, że wyrównujący gol to będzie kwestia czasu" – powiedział autor wyrównania, który, jak sam przyznaje, długo dochodził do siebie w maju, gdy trener piłkarskiej reprezentacji USA Bob Bradley nie powołał go na MŚ w RPA. Wywalczony w niedzielę tytuł mistrza MLS i tytuł MVP, czyli najlepszego gracza finału, tylko częściowo osłodził jego gorycz.
W drugiej części dogrywki właśnie Casey zagrał w poprzek boiska do wprowadzonego w dogrywce napastnika Macoumba Kandji. Kandji w trakcie sezonu przeszedł z wówczas uznawanych za faworyta do tytułu Red Bulls do Rapids i chyba nawet w najjaśniejszych snach nie przypuszczał, że to z Rapids wygra mistrzostwo, a na dodatek zostanie ono zdobyte po jego zagraniu.
Po przyjęciu podania, mając naprzeciw siebie obrońcę FC Dallas Jaira Beniteza, Kandji tak ekwilibrystycznie i zaskakująco uderzył piłkę, że przypłacił to kontuzją kolana, ale piłka po drodze do bramki trafiła w nogę obrońcy FCD George’a Johna i, ku rozpaczy fanów z Teksasu i bezradnego Hartmana, wpadła do bramki.

ZOSTAWILIŚMY NA BOISKU WSZYSTKO
Brawa jednak należą się też pokonanym; oglądający mecz w końcowych minutach kilkakrotnie podrywali się z miejsc. W ciasnym biurze prasowym w ostatnich minutach dogrywki wrzało jak w ulu.
"Spotkały się dwie godne siebie drużyny, których obecność w finale dla większości była ogromnym zaskoczeniem. Chylę czoło przed rywalem i nie mogę nic, absolutnie nic zarzucić swoim piłkarzom. Jestem z nich bardzo dumny, nie oszczędzał się nikt, wszyscy grali, walczyli do końca, na boisku zostawiliśmy dziś wszystko, co mieliśmy. Rywal okazał się minimalnie lepszy i gratuluję Rapids" – powiedział z wielką klasą trener FC Dallas, posiadający czarny pas w karate Schellas Hyndman, którego gracze dosłownie do ostatnich sekund walczyli jak lwy o wyrównanie.
"Brak mi słów, nie mam sił nawet, żeby to sobie wytłumaczyć, to był mój czwarty finał MLS Cup i żadnego nie wygrałem" – mówił ze łzami w oczach pechowy finalista Daniel Hernandez, który mimo że nie wygrał finału, to ma za sobą bardzo udany sezon i był z pewnością jednym z najlepszych pomocników sezonu 2010.

SARKASTYCZNY GARY
Znacznie weselej było na konferencji prasowej angielskiego trenera Rapids Gary’ego Smitha, który nie szczędził słów uznania dla pokonanych rywali.
"Mecz był twardy, walka trwała na całym boisku do końca i moje wielkie słowa uznania dla FC Dallas, stoczyli z nami prawdziwy bój. Dziś szczęście uśmiechnęło się do nas, wygraliśmy, ale czapki z głów przed rywalem, to wielka drużyna" – komplementował zespół z Teksasu Gary Smith, który został pierwszym Anglikiem, który jako trener wygrał MLS Cup, bowiem urodzony na wyspach Frank Yallop ma kanadyjskie obywatelstwo.
Zapytany przez wściekłych dziennikarzy z Teksasu, jak się czuje trener, którego drużyna sama nie strzeliła zwycięskiego gola (gol uznany został jako samobójczy) – odpowiedział z iście brytyjskim humorem: "Czyżbyście jeszcze ode mnie oczekiwali, żebym go strzelił osobiście", wywołując salwę śmiechu. "To moi piłkarze stworzyli presję na obronie FC Dallas i zmusili ich do błędu" – cierpliwie wyjaśniał piłkarskim laikom.

"IDŹ DO DOMU SPAĆ"
Mniej więcej tyle umie po polsku powiedzieć jeden z czołowych pomocników w MLS, 27-letni Jeff Larentowicz, którego polskie korzenie sięgają kilku pokoleń wstecz, ale, jak sam przyznaje, często w internecie śledzi i robi rozeznanie na temat ligi polskiej i polskiego futbolu. Przypominający nie tylko czupryną, ale i sylwetką młodego Zbigniewa Bońka, Larentowicz nie kryje zainteresowania grą w Polsce.
"Wiem, że w ubiegłym sezonie, i chyba też wcześniej, mój agent rozmawiał z Legią Warszawa. Dużo wówczas czytałem na temat polskiej piłki, do transferu nie doszło, ale na pewno, gdy będzie okazja, to rozpatrzę wszystkie oferty, jestem otwarty na propozycje" – podkreślił Larentowicz.

10 ZESPOŁÓW W PLAYOFFS
Gratulacje dla zwycięzców, brawa dla pokonanych i organizatorów. Co by nie powiedzieć, to nie wina gospodarzy czy ludzi tam pracujących, że biuro prasowe jest małe i nie ma z niego dobrej widoczności. Większość dziennikarzy siedziała na otwartym powietrzu i ich prowizorycznie postawionym namiotem kołysał silny wiatr. Jednak uprzejmość ludzi, którzy pracowali przy obsłudze, imprezy była ujmująca i łagodziła niedogodności.
Gdzie będzie kolejny finał, jeszcze nie wiemy, ale jak ogłosił przed finałem komisarz MLS Don Garber, wiadomo, że w przyszłym sezonie do playoffów awansuje 10 zespołów, po 5 z każdej konferencji, żeby wykluczyć finał zespołów grających w sezonie zasadniczym w tej samej konferencji.

FINAŁ 2010 MLS CUP

Colorado RAPIDS    2     (1, 0)
FC Dallas                  1     (1, 1)

Bramki – dla Rapids: Conor Casey (57), George John (107-samobójcza), dla FCD: David Ferreira (35). Widzów 21 700
FC Dallas: Kevin Hartman – Jair Benitez, Ugo Ihemelu, George John, Jackson Goncalves (33-Zach Loyd) – Dax McCarty, Marvin Chavez (105- Eric Avila), Brek Shea (64-Jeff Cunningham), Daniel Hernandez – David Ferreira, Atiba Harris.
Colorado Rapids: Matt Pickens – Kosuke Kimura, Marvell Wynne, Drew Moor, Anthony Wallace (92-Julien Baudet) – Brian Mullen, Pablo Mastroeni, Jeff Larentowicz, Jamie Smith (90-Wells Thompson) – Omar Cummings (98-Macoumba Kandji), Conor Casey.

 

Autor: CHRIS REIKO