Wychodzone złoto

90
Dawid Tomala ostatnie metry przemierzał z biało-czerwoną flagą w rękach FOTO: EPA/KIMIMASA MAYAMA

Dawid Tomala został mistrzem olimpijskim w chodzie sportowym na 50 km. Polak pokonał dystans w 3.50,08. Srebro zdobył Niemiec Jonathan Hilbert, a brąz Kanadyjczyk Evan Dunfee. Polscy lekkoatleci zdobyli na igrzyskach w Tokio już cztery złote medale.

Zawody w chodzie sportowym oraz biegi maratońskie zostały przeniesione z Tokio do oddalonego o 800 km Sapporo, aby uniknąć ekstremalnych upałów, które o tej porze roku panują w stolicy.

NIESAMOWITY DZIEŃ

Tomala od początku szedł w piątkowy ranek w czołowej grupie. Prowadził ją przez wiele kilometrów, a na trzydziestym postanowił zaatakować. Z każdym okrążeniem o długości 2000 m rosła jego przewaga, która na sześć kilometrów przed metą wynosiła nawet ponad trzy minuty. Wtedy stało się jasne, że nikt nie doścignie Polaka. Słabł na ostatnim okrążeniu, ale stał się autorem jednej z największych sensacji tegorocznych igrzysk. Ostatnie metry przemierzał z biało-czerwoną flagą w rękach, a po przejściu mety na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech. Ostatecznie Polak wyprzedził Hilberta i Dunfee’go o kilkadziesiąt sekund. Jego triumf nie był jednak ani przez chwilę zagrożony.

„Pierwsze 30 km było dla mnie łatwe. To było jak wolny trening. Wszystko wypadło niesamowicie. Zbyt idealnie. Pomyślałem więc, że może mogę coś zdziałać. 50 km jest takie nudne. Musiałem coś zrobić” – mówił uśmiechnięty.

31-letni Polak do tej pory nie miał żadnych sukcesów na arenie międzynarodowej. Urodzony w Tychach zawodnik był w 2011 roku młodzieżowym mistrzem Europy w chodzie na 20 km. W igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 roku zajął 19. miejsce, a w 2013 roku w mistrzostwach świata w Moskwie nie ukończył rywalizacji. Dwa lata temu w Dausze, gdzie warunki były równie ciężkie jak w Japonii, zajął na dystansie 20 km dopiero 32. miejsce.

Dystans 50 km, które przeszedł podczas igrzysk w Tokio, zawodnik AZS KU Politechniki Opolskiej pokonał dopiero po raz drugi w życiu. Jego jedyny aż do piątku ukończony występ na tym dystansie miał miejsce w Dudincach, gdzie zajął piąte miejsce. Cztery lata temu w tym samym słowackim mieście nie dotarł do mety.

„Dopiero po raz drugi ukończyłem start na tym dystansie i wygrałem olimpijskie złoto. Szaleństwo, co? To był niesamowity dzień dla mnie. Nie mogę w to wciąż uwierzyć. Pracowałem na to całe moje życie” – podsumował szczęśliwy Polak po odebraniu medalu na Stadionie Olimpijskim w Tokio i wysłuchaniu Mazurka Dąbrowskiego. Na pytanie o przyczynę zmiany dystansu na 50 km stwierdził nieco żartobliwie, że poprzedni mu się znudził. „Potrzebowałem nowego wyzwania. Przez wiele lat skupiałem się na 20 km. Potrzebowałem czegoś nowego, czegoś specjalnego – tłumaczył na konferencji prasowej. – Pomyślałem, że 50 km będzie dobrym pomysłem i teraz wiem, że tak jest. Dlaczego 50 km? Bo mamy najlepszego chodziarza w historii Roberta Korzeniowskiego. On jest legendą, a teraz ja dołożyłem swój wkład do historii” – podsumował Tomala, którego do chodu sportowego namówił ojciec, sam kiedyś biegający sprinty, a teraz trenujący biegaczy i biegaczki.

Korzeniowski, który komentował zmagania w chodzie sportowym w Eurosporcie, nie krył wzruszenia. „Jestem niezwykle szczęśliwy i podekscytowany tym, co się stało. Czekałem 17 lat na taki sukces polskiego chodu” – podkreślił. On na tym dystansie triumfował trzykrotnie z rzędu w Atlancie (1996), Sydney (2000) i Atenach (2004), a łącznie zdobył cztery złote medale, gdyż w Australii był także najszybszy na 20 km.

Na bardzo dobrym 12. miejscu rywalizację olimpijską zakończył drugi reprezentant Polski Artur Brzozowski. Dystansu 50 km nie ukończył najbardziej doświadczony w polskiej kadrze Rafał Augustyn.

Tomala przejdzie do historii, bo dystans 50 km w chodzie sportowym był podczas igrzysk w Tokio rozgrywany po raz ostatni. Najprawdopodobniej za trzy lata w Paryżu zastąpi go rywalizacja mieszana na 35 km.

WIĘCEJ NIŻ SREBRO

Także w piątek, ale już wieczorem i na Stadionie Olimpijskim w Tokio, Maria Andrejczyk rzuciła oszczepem 64,61 m i zdobyła srebrny medal. To także dwunasty krążek wywalczony przez polskich sportowców w igrzyskach w Tokio.

25-letnia Andrejczyk najlepszy rezultat w konkursie finałowym uzyskała w drugiej próbie. Pozwolił on na zajęcie drugiego miejsca w konkursie. Polka próbowała, walczyła z nerwami, stresem, ale i bólem barku. W piątej kolejce jeszcze raz przekroczyła 64 metry, ale więcej zrobić nie mogła.

Maria Andrejczyk może być z siebie dumna
FOTO: EPA/CHRISTIAN BRUNA

Złoto wywalczyła Chinka Shiying Liu – 66,34 m, a brąz Australijka Kelsey-Lee Barber – 64,56 m.

„Mój bark zrobił tyle, ile mógł. Po tych wszystkich przejściach, operacjach – jestem z siebie dumna. Cieszę się, że przebyłam tę drogę. Było ciężko. Był ból, był strach, ale byli na mojej drodze też wspaniali ludzie. To co zrobiłam to więcej, znacznie więcej niż to srebro” – powiedziała Andrejczyk w wywiadzie dla TVP po konkursie. Nie kryła jednak sportowej złości, bo jej zdaniem – gdyby nie problemy ze zdrowiem – złoto było w zasięgu.

Popularną Majkę z trybun dopingowała wielka grupa polskich lekkoatletów. Wszyscy głośno i żywiołowo wspierali ją w walce o marzenia. „Dziękuję im za to, że byli ze mną. To wsparcie mnie niosło” – dodała wzruszona wicemistrzyni olimpijska.

Pięć lat temu w Rio de Janeiro Polka w eliminacjach poprawiła rekord kraju, ale w finale olimpijskim zajęła czwarte miejsce. W tym roku Andrejczyk prowadzi na listach światowych wynikiem 71,40, który jest rekordem Polski.

W 1936 roku w Berlinie brązowy medal igrzysk olimpijskich w rzucie oszczepem wywalczyła Maria Kwaśniewska. Rezultat Andrejczyk – dziewczyny z Suwałk – jest więc osiągnięciem historycznym.