Chiny zamknięte

328
Restrykcje covidove w Chinach to zakładanie społeczeństwu kolejnej uzdy, żeby cicho siedziało i nie myślało o niczym oprócz tego, co będzie mogło zjeść następnego dnia FOTO: PEXELS

Finansową stolicą Chin – Szanghajem – zawładnął COVID-19. Ponad 26 milionów mieszkańców miasta, zamkniętych w domach, wpatruje się w puste lodówki, gdyż skończyło się wszystko, co w nich mieli, a boją się wyjść na zewnątrz w obawie aresztowania i wtrącenia do więzienia. Zdesperowani i głodni, zamawiają posiłki telefonicznie oraz internetowo, ale wyznaczone jednostki, którym zezwolono na dostawy, nie są w stanie wykonać nawet skromnej części zleceń.

Zakaz opuszczania miejsc zamieszkania zmusił władze do dystrybucji żywności i lekarstw przez służby policyjno-porządkowe, ubrane w specjalne kombinezony, jakie nosi się po uszkodzeniu elektrowni nuklearnej.

Obostrzenia wprowadzone w Szanghaju są najostrzejszymi od pierwszego zamknięcia Wuhan dwa lata temu i mają na celu trzymanie w ryzach wirusa, który rozprzestrzenił się na cały świat i spowodował śmierć milionów ludzi. Armię 38-tysięcy pracowników służby zdrowia wydelegowano do miasta, która czuwa, żeby wirus nie wymknął się poza jego granice. Tak jak poprzedni chiński efekt zwalczenia wielce zaraźliwego wariantu omicron z góry skazany był na porażkę, a pociągnął ogromne koszty, tak obecnie sprawa wygląda podobnie.

Mieszkańcy, nie mający możliwości innego protestu, krzyczą z okien swoich mieszkań. W większości skarżą się na brak żywności i medykamentów. „Nie mamy co jeść”, „Nie jedliśmy przez wiele dni”, „Umieramy z głodu” – to najczęściej słyszane wołania. Z desperacji jeden z mieszkańców wieżowca wystawił na balkon pustą lodówkę i wykrzykiwał, że tak samo pusty jest jego żołądek.

Inni uciekają się do bardziej tragicznych form protestu. Podobnie, jak w Wuhan w 2020 roku, ludzie wyskakują z balkonów i okien bloków mieszkalnych. Krążący w sieci film ukazuje parę spadającą na pewną śmierć. Mąż, z powodu niemożliwości wyjścia z domu, stracił firmę.

Ci, którzy przełamują strach i wychodzą na ulice w poszukiwaniu żywności, są wychwytywani przez „Dużych Białych”, czyli patrole bezpieczeństwa, którym nadano ten przydomek z powodu białych kombinezonów, używanych w strefie skażenia nuklearnego. Kontrolują oni miasto dzień i noc, aresztując i wtrącając do więzienia wszystkich łamiących kwarantannę, przy czym często bijąc schwytanych.

A co dzieje się z tymi, u których wykryto wirusa? Gromadzi się ich w naprędce tworzonych centrach, zwykle w salach gimnastycznych szkół i aulach konferencyjnych. 20 tys. pozytywnych wyników dzienne szybko je zapełniło, więc usuwa się najemców z mieszkań czynszowych. Nikt, nawet małe dzieci nie są wyłączone z obowiązku kwarantanny. Maluszki i podrostki są odbierane matkom, gdy zostanie u nich wykryty wirus.

Zakażeni, z których dziewięciu na dziesięciu nie ma żadnych objawów, poddawani są jednakowym procesom powrotu do normalności, więc należy zadać pytanie, dlaczego stosowane są tak ostre środki? Odpowiedź jest oczywista: to nic innego jak zakładanie społeczeństwu kolejnej uzdy, żeby cicho siedziało i nie myślało o niczym oprócz tego, co będzie mogło zjeść następnego dnia.

Od jakiegoś czasu powszechnie uznajemy, że wcześniej czy później każdy z nas będzie musiał przejść COVID i będzie on niczym innym, jak występująca co sezon grypa. Nawet kraje, które kurczowo trzymały się chińskiego modelu, jak Australia, Nowa Zelandia i Niemcy, porzuciły go. Ale komunistyczne władze Chin ciągle napierają na niemożliwy do wykonania scenariusz z zerowym covidowym bilansem, co w praktyce oznacza totalną kontrolę. Najnowsza doktryna Xi Jinpinga mówi o zmniejszaniu zależności chińskiej ekonomii od zagranicy i chronieniu Chin przed zachodnimi wartościami. „Kraj Środka” izoluje się więc od świata. W ruchu tym pomógł mu koronawirus, który, jak wskazują wszystkie poszlaki, sam stworzył.