Dlaczego jest tak drogo?

135
Według sondażu ABC News/Ipsos dziś zaledwie 27 proc. Amerykanów jest w stanie zaakceptować sposób, w jaki prezydent Joe Biden próbuje uporać się z kryzysem paliwowym. Prezydent z kolei utrzymuje, że ma niewielki wpływ na to, ile kosztuje na stacji galon benzyny FOTO: PAP

Ceny paliw na stacjach benzynowych to chyba najwidoczniejszy i najbardziej dotkliwy skutek pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Ponieważ bezpośrednio lub pośrednio dotykają niemal każdej dziedziny życia, stały się przedmiotem politycznych debat. Niemal wszędzie, gdzie ceny benzyny przebiły przysłowiowy sufit, usiłuje się obciążać rządzących odpowiedzialnością za ten stan rzeczy. Tymczasem jest co najmniej kilka czynników powodujących, że paliwo drożeje niemal codziennie, a pole manewru dla władzy wykonawczej w wolnorynkowej rzeczywistości jest mocno ograniczone.

W Stanach Zjednoczonych średnia cena galonu zwykłej benzyny bezołowiowej osiągnęła poziom 5 dolarów za galon. Jak to ze statystykami bywa, suche wskaźniki nie są do końca miarodajne – na wielu stacjach benzynowych płaci się za paliwo dużo więcej – w Kalifornii już ponad 6 dolarów; podobnie jest w centrach wielkich miast w innych stanach. Zmiany są bolesne – benzyna kosztuje dziś prawie 2 dolary więcej niż rok temu, a z większości prognoz wynika, że ceny tylko mogą rosnąć. A tu zaczął się sezon letnich wyjazdów i często trzeba mocno ograniczać plany urlopowe, aby dopasować je do nowej rzeczywistości.

Gdy podstawowy produkt, decydujący o rozwoju całej gospodarki drożeje o ponad 60 proc. w ciągu 12 miesięcy, a inflacja pożera oszczędności, psychologicznie wytłumaczalną reakcją jest szukanie winnych. Według sondażu ABC News/Ipsos dziś zaledwie 27 proc. Amerykanów jest w stanie zaakceptować sposób, w jaki prezydent Joe Biden próbuje uporać się z kryzysem paliwowym. Prezydent z kolei utrzymuje, że ma niewielki wpływ na to, ile kosztuje na stacji galon benzyny. I niestety – biorąc pod uwagę czynniki przesądzające o cenach detalicznych paliw – racja leży po stronie Bidena. Przynajmniej jeśli chodzi o najważniejsze powody podwyżek.

“Niesłusznie obarcza się prezydenta główną odpowiedzialnością za coraz droższe tankowanie – uważa Patrick De Haan, szef zespołu analityków wpierających aplikację GasBuddy – to, ile dziś płacimy, ma więcej wspólnego z COVID-em, Rosją i innymi czynnikami niż z Bidenem”.

PO PIERWSZE – PANDEMIA

Mimo że największy szok związany z pandemią COVID-19 mamy już za sobą, gospodarka jeszcze przez długi czas będzie odczuwała jej skutki. Dotyczy to także rynku paliw. Wszyscy pamiętamy gwałtowny spadek ich cen w szczycie pandemii. Była to jednak przedwczesna radość. Obniżki wynikały przede wszystkim z gwałtownego zachwiania równowagi popytu i podaży na światowych rynkach, gdy ludzie z dnia na dzień przestali podróżować. Masowo znikały miejsca pracy, ludzie przestawiali się na pracę zdalną, a drogi opustoszały.

W reakcji na spadek popytu spółki naftowe ograniczyły wydobycie, często zamykając najbardziej nieopłacalne odwierty. Z kolei gdy pojawiły się szczepionki, okazało się, że gospodarka odbija się od dna szybciej od prognoz. Nagle ropy zaczęło brakować, bo okazało się, że wielu szybów nie da się z powrotem uruchomić w szybkim tempie. W czasie pandemii zwolniono także tysiące ludzi, którzy często znaleźli już pracę poza przemysłem naftowym. W rezultacie w ciągu pierwszych pięciu miesięcy ubiegłego roku ceny benzyny w USA wzrosły średnio o 70 centów na galonie przekraczając granicę 3 dolarów. Dziś wygląda to już jak odległa historia – popyt rósł nadal, a do tego zaczęło się szaleństwo cen na światowych rynkach, wywołane przez konflikt na Ukrainie i kryzys energetyczny.

ROSYJSKA ROPA NA CENZUROWANYM

Agresja Kremla na Ukrainę spowodowała odwrót od rosyjskiej ropy i jeszcze bardziej zaburzyła równowagę rynkową. Amerykański zakaz importu węglowodorów z kraju agresora miał co prawda jedynie symboliczną wymowę, ale Europa po kilku tygodniach wahań zaczęła podejmować decyzje o stopniowej rezygnacji z rosyjskich surowców. To jeszcze bardziej wywindowało ceny ropy na światowych rynkach, choć jednocześnie Rosjanie próbują ją sprzedawać w jak największych ilościach takim krajom, jak Indie czy Chiny, ze sporymi zniżkami. Ceny na amerykańskich stacjach są jednak cenami rynkowymi, odzwierciedlającymi bojkot trzeciego co do wielkości eksportera ropy na świecie, jakim była Rosja przed 24 lutego. Brak alternatywy dla rosyjskich węglowodorów w Europie wywołał kryzys o globalnych konsekwencjach.

WYDOBYWAĆ WIĘCEJ? PO CO?

W reakcji na kryzys OPEC zdecydował co prawda o zwiększeniu produkcji, ale w niewielkiej skali. To może co najwyżej powstrzymać wzrost cen, ale nie przyczyni się do ich szybkiego spadku – twierdzą eksperci. Kartel państw-producentów ropy nie spieszy się ze wzrostem wydobycia, ponieważ korzysta z premii, jaką dają obecne wysokie ceny.

Wydawałoby się, że naturalnym działaniem byłoby zwiększenie wydobycia w innych rozwiniętych krajach, nieopierających gospodarek na sprzedaży surowców, np. w Kanadzie czy w samych Stanach Zjednoczonych. Nie jest to jednak takie proste, choć o wzrost produkcji apeluje rząd w osobie pani sekretarz Departamentu Energii USA Jennifer Granholm. “To bardzo frustrujące widzieć brak powrotu do pełnej produkcji w momencie kryzysu” – twierdzi Granholm. Jednak ponowne uruchomienie produkcji na poziomie przedpandemicznym wymaga sporych nakładów w sprzęt i ludzi. Amerykańskie koncerny naftowe nie kwapią się także z długoterminowymi inwestycjami z powodu transformacji energetycznej w stronę “czystych” technologii, obawiając się, że ulokowane w nowych odwiertach pieniądze nigdy się nie zwrócą.

Zimnym prysznicem okazał się także majowy raport Banku Rezerwy Federalnej z Dallas, który udowadniał, że – po pierwsze – możliwości zwiększenia produkcji w USA są ograniczone do maksymalnie kilkuset tysięcy baryłek dziennie. Po drugie – nawet przy tak zwiększonej produkcji dodatkowa ropa będzie zaledwie kroplą w morzu globalnego zapotrzebowania, szacowanego na 100 milionów baryłek dziennie. Trudno więc przypuszczać, że nawet zwiększenie wydobycia w USA wpłynie znacząco na spadek cen detalicznych benzyny.

PROBLEMY Z PRODUKCJĄ, CZYLI KRYZYS RAFINERII

Samo zwiększanie wydobycia ropy nie przyczyni się do obniżenia cen. Surowiec trzeba jeszcze poddać rafinacji, aby otrzymać z niego benzynę samochodową lub lotniczą oraz paliwo do silników Diesla. Tymczasem pandemia odbiła się negatywnie nie tylko na odwiertach, ale także na całym przemyśle petrochemicznym. Wiele spółek naftowych zamknęło swoje zakłady, inne zrezygnowały z nowych inwestycji, niepewne konsekwencji zielonej transformacji energetycznej. Wreszcie inwazja Rosji na Ukrainę zablokowała import paliw z rosyjskich rafinerii, bo część surowca sprowadzano z tego kraju już w stanie przetworzonym. W rezultacie na rynku jest mniej paliw, a rosnący popyt sprawia, że produkcja rafinerii kupowana jest na pniu za coraz większe pieniądze.

ZAROBIĆ NA KRYZYSIE

Wiele się mówi dziś o spekulacjach i zarabianiu wielkich pieniędzy na kryzysie. Nie brak apeli o ukrócenie chciwości producentów paliw, korzystających bez skrupułów z wysokich cen. Nie ulega wątpliwości, że spółki naftowe osiągają obecnie rekordowe zyski, sprzedając swój towar po cenach o wiele wyższych niż koszt wydobycia. Korzysta na tym mechanizmie także i Rosja, która mimo zmniejszenia eksportu ciągle zarabia ogromne pieniądze na sprzedaży węglowodorów, co pozwala jej na finansowanie wojny z Ukrainą.

Ale czy koncerny naftowe należy obwiniać o to, że korzystają z rynkowych mechanizmów rynku i podaży? “Czy jest spekulacją sprzedaż własnego domu po aktualnej wysokiej cenie rynkowej w okresie mieszkaniowej hossy? – pyta retorycznie DeHaan z GasBuddy na łamach magazynu “Fortune”. – Koncerny naftowe nie decydują o cenach, jedynie sprzedają swoje produkty po aktualnych cenach, o których decydują właśnie mechanizmy popytu i podaży”. Jeśli można mieć do nich o coś pretensje, to o to, że nafciarze nie wykorzystują krociowych zysków na inwestycje i zwiększanie produkcji. Zamiast tego Exxon, Chevron, BP oraz Shell przeznaczyły w 2021 roku 44 miliardy dolarów na dywidendy i wykup własnych akcji, aby jeszcze bardziej podbić giełdowe notowania spółek.

CO ROBI RZĄD?

Joe Biden nie jest jedynym prezydentem obciążanym odpowiedzialnością za ceny surowców. I podobnie jak poprzednicy, także próbuje interweniować na rynku. Problem w tym, że możliwości Białego Domu są tu mocno ograniczone. Biden zarządził jednak pod koniec marca uwolnienie rezerw strategicznych Stanów Zjednoczonych ze Strategic Petroleum Reserve (SPR) w wysokości 180 milionów baryłek. Codziennie przez pół roku na rynek trafia milion baryłek ropy, co ma łagodzić nierównowagę popytu i podaży oraz wpływać na obniżenie cen. Waga innych czynników sprawia, że jest to działanie mało skuteczne.

Prezydenta obciąża się także odpowiedzialnością za zablokowanie budowy kluczowego rurociągu z Kanady Keystone XL, co mogłoby nieco zwiększyć podaż na amerykańskim rynku, choć zapewne nie wpłynęłoby na ceny paliw (patrz wspomniany wyżej raport Rezerwy Federalnej z Dallas). Nafciarze narzekają także, że – biorąc pod uwagę obecne restrykcyjne przepisy i regulacje – zbudowanie od zera nowej rafinerii jest w USA praktycznie niemożliwie. Nawet jednak, gdyby było, nikt się z tym specjalnie nie kwapi, ponieważ proklimatyczna polityka zarówno obecnej administracji, jak i większości cywilizacyjnego świata nie gwarantuje zwrotu poczynionych inwestycji. W rezultacie mamy to, co mamy – perspektywę lata z bardzo drogą benzyną. I brak widoków na to, że paliwo szybko stanieje.