Telewizory zamiast głów

110
W języku rosyjskiej propagandy nie ma ukraińskiego wojska – są faszyści, bojówkarze, narkomani czy banderowcy FOTO: EPA

Dzielni rosyjscy żołnierze ratują dzieci i staruszki przed ogniem ukraińskich nazistów w Ługańsku i Donbasie. Nacjonaliści-banderowcy z niemieckimi pancerfaustami wykorzystują rosyjskojęzycznych cywilów jako żywe tarcze w Mariupolu. Nękany bezprawnymi sankcjami i otoczony przez NATO i jego popleczników naród rosyjski zwiera szyki wokół swojego prezydenta. To nie alternatywna rzeczywistość – to autentyczny przekaz płynący z oficjalnych kanałów informacyjnych na użytek mieszkańców Federacji Rosyjskiej.

Oglądam rosyjską telewizję państwową z powodów zawodowych i odnoszę wrażenie, że bez świadomości tego, czym propagandowo karmieni są Rosjanie, nie sposób zrozumieć manifestacji poparcia dla “specjalnej operacji wojskowej” ze złowrogą literą “Z” części społeczeństwa i bierności milczącej większości. Do mieszkańców Moskwy, Petersburga czy Władywostoku przemawiają nieustannie z ekranów eksperci, przekonujący o konieczności obrony Rosji przed Zachodem i odbudowania sfery wpływów z czasów Związku Sowieckiego. W języku rosyjskiej propagandy nie ma ukraińskiego wojska – są faszyści, bojówkarze, narkomani czy banderowcy.

TĘSKNOTA ZA ZSRR

Po latach zimnej wojny i sowieckiej indoktrynacji (co dobrze pamięta jeszcze starsze pokolenie) oraz dwóch dekadach putinowskiej propagandy Rosjanie mają zupełnie inne postrzeganie świata niż ludzie z Zachodu. Dla nich wszelkie próby eksperymentów z demokracją nigdy dobrze się nie kończyły. Ostatni – z lat 90. ub. stulecia – kojarzy się przede wszystkim z anarchią i kryzysem po rozpadzie Związku Sowieckiego – imperium, za powrotem którego tęskni większość Rosjan. Nie dziwi więc poparcie działań Kremla większości Rosjan, choć oficjalne liczby z sondaży trudno przyjmować bezkrytycznie.

Jeśli wczytamy się głębiej w to, co ostatnio mówił Władimir Putin, oraz w założenia tzw. doktryny Gierasimowa, wyznaczającej cele strategiczne Rosji, to dążeniem Kremla jest odtworzenie rosyjskiej strefy wpływów w granicach zbliżonych do dawnego ZSRR. W tym kierunku poprowadzono także narrację propagandy, sączonej przez lata Rosjanom. W ten sam nurt wpisuje się także oficjalna narracja wobec Ukrainy – bratniego narodu-nie-narodu, który jest tak związany z Rosją, że nie powinien posiadać własnej państwowości. Dla komentatorów, którzy pojawiają się w programach publicystycznych, nawet język ukraiński jest jedynie zniekształconym dialektem rosyjskiego. A “nacjonalistyczny” i “marionetkowy” rząd w Kijowie nie ma prawnej legitymacji do rządzenia.

OTOCZENI PRZEZ NATO

Przeciętny Rosjanin postrzega dziś NATO jako organizację agresywną, wrogą i otaczającą coraz ciaśniejszym pierścieniem Matkę Rosję. W ich mniemaniu Sojusz Północnoatlantycki łamie własne zobowiązania, jakimi miałyby być rzekome obietnice dalszego nieposzerzania paktu czy nierozmieszczania dodatkowych sił w krajach członkowskich. W tym kontekście wszelkie agresywne działania Kremla przedstawiane są Rosjanom jako forma samoobrony lub ochrony własnej mniejszości (Krym, Donieck, Ługańsk) czy mniejszości nierosyjskich w innych krajach (Osetia i Abchazja w Gruzji). Podporządkowanie Białorusi jest także traktowane jako element szerszego planu odtwarzania rosyjskiego czy posowieckiego imperium i ruskiej “trójjedności” – Wielkiej Rosji, Białorusi i Ukrainy.

Poczucie zagrożenia ma usprawiedliwiać konsolidację władzy, ograniczenie swobód obywatelskich i konieczność poparcia dla walczącego o godność wielkiego narodu rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Kult wielbionego przez rządowe media dyktatora też nie jest niczym nowym – jest jednym z elementów trwającej od ponad 20 lat propagandowej indoktrynacji. Podobnie jak utrwalanie lansowanej zbitki, że każda forma niechęci wobec Rosji to faszyzm, nazizm albo banderyzm.

ROSJANIE NIE WIERZĄ

Narracja o konieczności denazyfikacji i o ukraińskim prześladowaniu rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy nie pojawiła się wczoraj. Towarzyszy Rosjanom od kilkunastu lat. Według mediów Ukraina jest tworem sztucznym, obejmującym historycznie rosyjskie ziemie, a do tego prowadzącym politykę pod dyktando Zachodu. Ten przekaz sączy się z oficjalnych wiadomości przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku. Choć w Europie trudno znaleźć człowieka, który mógłby uwierzyć w rosyjskie fake newsy, w Rosji większość społeczeństwa wydaje się przyjmować tę treść bez głębszej refleksji. Czasem ma się wrażenie, że przekaz telewizora zastąpił niezależne myślenie. A jeśli ktoś ma inne zdanie, wybiera milczenie w obawie przed represjami. Zapytany wprost – odpowiada to, co władza chciałaby usłyszeć.

Nic więc dziwnego, że w mediach zachodnich pojawiają się sygnały o zdumieniu Ukraińców, którzy usiłowali przekonać mieszkających w Rosji swoich bliskich lub przyjaciół o tym, co dzieje się obecnie w Ukrainie. Reakcją jest najczęściej niedowierzanie i zupełne wyparcie. Informacje na temat wstrząsu przeżywanego po obu stronach tych relacji są wręcz szokujące. Rosjanie nie przyjmują do wiadomości, że ich kraj prowadzi rzeczywiste działania wojenne, a nie “specjalną operację wojskową”, mającą uratować rosyjskojęzycznych Ukraińców przed “nazistami”. Opowieści najbliższych z Ukrainy o masowych ewakuacjach, bombardowaniach czy ostrzałach obiektów cywilnych są traktowane jak kłamstwo. Dla nich to fake newsy, produkowane przez natowską i ukraińską propagandę. “W Rosji mieszka 11 milionów krewnych Ukraińców. Dziś najbliżsi ludzie nie wierzą sobie nawzajem” – napisał na Instagramie Misza Katsurin, youtuber i przedsiębiorca z Kijowa, po tym jak nie udało mu się przekonać ojca, mieszkającego w rosyjskim Niżnym Nowogrodzie.

KONIEC WOLNOŚCI SŁOWA

Na poluzowanie propagandowego kursu nie zanosi się, bo wolność słowa w Rosji przestała istnieć. Już od pierwszej kadencji Władimir Putin przejmował niezależne media, poczynając od dużej stacji telewizji NTW. Już w 2012 i 2013 roku Duma przyjęła ustawy o “agentach zagranicznych” i “niepożądanych organizacjach”, która praktycznie zakończyła niezależność organizacji pozarządowych w tym kraju. Z kolei w grudniu 2020 r. przyjęto cały szereg ustaw ograniczających sferę aktywności obywatelskiej. Kaganiec ostatecznie zaciągnięto już w czasie inwazji penalizując wszystkie przejawy antywojennej aktywności, włącznie z zakazem korzystania w przekazach z innych źródeł niż oficjalne, rządowe komunikaty. Osoby dyskredytujące siły zbrojne mogą pójść do kolonii karnych nawet na 15 lat. W rezultacie zamknęły się ostatnie, już i tak nieliczne, niezależne media – rozgłośnia “Echo Moskwy” i telewizja “Dożd”. Zniknęły też zachodnie media społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter, uniemożliwiając normalny obieg informacji. Odcięto też praktycznie dostęp do zewnętrznego Internetu. Putin zwiera szeregi organizując wiece i koncerty poparcia oraz mobilizuję Junarmię – młodzieżową organizację paramilitarną porównywaną do nazistowskiego Hitlerjugend.

A PRÓBOWAĆ TRZEBA…

Naiwna wydaje się więc wiara, że sam dostęp Rosjan do rzetelnych informacji zmieni rzeczywistość, a pozbawione podmiotowości społeczeństwo doprowadzi do zmiany władzy na Kremlu. Po ataku na Ukrainę głosy przeciwne wojnie były stosunkowo słabe w stosunku do skali niesprowokowanej agresji. Do tego w związku z wojną Federację Rosyjską opuściło już kilkaset tysięcy obywateli, niewyobrażających sobie życia w obecnym reżimie. Ucieczka nie jest jednak sposobem sprzeciwu, który przyczyniłby się do zmiany władzy na Kremlu.

W Rosji zostali także i ci, którym wojna się nie podoba. Niezależni eksperci szacują tę grupę na 15-25 proc. społeczeństwa. Młodzi ludzie, poniżej 40. roku życia, którzy rzadziej niż starsze pokolenie oglądają telewizję i częściej szukają alternatywnych źródeł informacji, na razie jednak milczą. Być może dadzą o sobie znać, gdy miejsce telewizorów zajmą w ich głowach lodówki, których z powodu zachodnich sankcji nie będą w stanie zapełnić. Ale na wymierne gospodarcze skutki restrykcji trzeba jeszcze poczekać.

Na razie widzimy, że powszechną reakcją na prawdziwe doniesienia z Ukrainy jest całkowite wyparcie. Dla Rosjan łatwiej, niż pogodzić się z tym, że ich państwo niszczy bratni naród, jest przyjmowanie doniesień o okrucieństwach wojennych jako propagandy pod dyktando krajów, które już oficjalnie znalazły się na liście państw wrogich wobec “Federacji Rosyjskiej, obywateli FR lub rosyjskich osób prawnych”. Informacje o zrywaniu ustaleń dotyczących korytarzy humanitarnych, atakach na ludność cywilną czy zbrodniach wojennych są odrzucane jako wytwór “nazistowskiej” propagandy. Jednak to, że ogromna część rosyjskiego społeczeństwa nie jest w stanie zaakceptować prawdy o agresji na Ukrainę, nie znaczy, że nie należy podejmować prób rozbijania ściany rosyjskiej propagandy. Faza społecznego wyparcia prędzej czy później minie. Dlatego próby przebicia się przez rosnący mur kłamstw i fałszywych narracji to działania, które warto podejmować.