Rodzinne
powinności
Nasi
Czytelnicy wiążą najczęściej "Nowy Dziennik" z Bolesławem
Wierzbiańskim, człowiekiem-legendą, nieżyjącym już
założycielem gazety. To jednak jego żona Barbara Nagórska
(na zdjęciu) dowodzi od 11 lat Bicentennial Publishing
Co., firmą wydającą gazetę, korzystając z pomocy syna,
Adama Wierzbiańskiego. Najwyższy czas, by zaprezentować
Państwu postać naszej szefowej.
RANO SPACER, PO POŁUDNIU PLAŻA
Barbara Nagórska i jej o kilka lat młodsza siostra Krystyna (do dzisiaj jej powierniczka i najbliższa przyjaciółka) wychowały się w przedwojennym Sopocie. Ojciec, inżynier Bohdan Nagórski, był w latach 1922-35 polskim dyrektorem Rady Portu w Wolnym Mieście Gdańsku (na równoległym stanowisku pracował Niemiec). Matka Zofia, z domu Krzyżanowska, pracowała najpierw jako sekretarka w Radzie Portu, a po ślubie z młodym dyrektorem w katedrze w Oliwie poświęciła się wychowaniu dzieci. "Dzieciństwo miałyśmy fantastyczne - wspomina Barbara. - Mieszkaliśmy w willi pod lasem, jeździło się konno, chodziło na spacery i na plażę". To było jak na tamte czasy nowoczesne wychowanie. Rodzice spędzali dużo czasu z dziećmi, ale mieli także swoje życie. "Wyjeżdżali na wakacje na francuską Riwierę, mama uwielbiała grać w tenisa - mówi Barbara. - Miałyśmy szwajcarską mademoiselle, a ponieważ do polskiej szkoły w Gdańsku było za daleko, kiedy osiągnęłam wiek szkolny, do domu zaczęła przychodzić pani Helena, która przez pierwsze cztery lata doskonale przygotowała mnie, kuzyna i syna przyjaciół do gimnazjum. Dlatego zawsze śmieję się, że angielski - język, w którym czuję się najswobodniej - to dopiero mój czwarty język" - dodaje moja rozmówczyni.
Historia wkroczyła w jej dzieciństwo niemalże niepostrzeżenie. "Na ulicach wisiało coraz więcej i więcej hitlerowskich flag - Barbara przywołuje tamten czas. - Pamiętam, że pewnego dnia w 1938 roku jedliśmy śniadanie na werandzie i nagle zobaczyliśmy, jak z jednego z okien willi powiewa czerwona flaga ze swastyką. Okazało się, że to sprawka niemieckiego 'ciecia' i kierowcy ojca. Wybuchła straszna awantura i oczywiście zaraz ją zdjął". W 1935 roku Bohdan Nagórski zrezygnował z pracy w porcie i przeniósł się do polsko-norweskiego przedsiębiorstwa spedycyjnego. Krótko przed wybuchem wojny Nagórscy wyjechali z Sopotu do rodziny Bohdana w Nałęczowie. Na początku września Bohdan z bratem Zygmuntem, jego żoną i innymi wyjechali - tak jak członkowie polskiego rządu i wielu przedstawicieli inteligencji - do Rumunii. Natomiast pani Zofia z dziećmi zatrzymała się u brata, nauczyciela matematyki, w Milanówku.
ZABAWA W ROWIE
I to właśnie w Milanówku zastali ich hitlerowcy. "Niemcy najpierw zbombardowali miasto, a później pojawili się na ulicach - wspomina Barbara. - Pamiętam, że wykopaliśmy rów i siedzieliśmy w nim w czasie nalotu. Babcia się modliła, a ja - jak to dziecko - wygłupiałam się". Pani Zofia postanowiła skorzystać z tego, że na początku wojny Niemcy wypuszczali kobiety z dziećmi. "Ojciec wyrobił nam z Rumunii włoskie wizy, a matka jak lew walczyła z Niemcami, aby pozwolili nam wyjechać" - mówi. W styczniu 1940 roku wyjechały wreszcie do Włoch, ale zanim połączyły się na stałe z ojcem (który pracował już wtedy w Londynie dla polskiej linii żeglugowej Gdynia America Line), minął jeszcze rok. Do tego czasu przemieszczały się po całej Europie, uciekając przed Niemcami. "Kiedy Włochy wypowiedziały wojnę, pojechałyśmy do francuskiego Bordeaux i mieszkałyśmy tam aż do momentu kapitulacji" - opowiada Barbara, która określa swoje wojenne peregrynacje jako "komfort" w porównaniu z tym, co spotykało w tym czasie innych. "Po kapitulacji Francji Francuzi nie wypuścili nas do Hiszpanii, ale spotkani przez nas polscy żołnierze powiedzieli nam, że z pobliskiego miasteczka wypływa właśnie 'Batory' i tak dotarłyśmy do Londynu". Stamtąd ojciec wysłał całą trójkę do Montrealu i dopiero w 1941 roku połączyli się na dobre. Do tego zejścia się o mały włos w ogóle by nie doszło, ponieważ brytyjski liniowiec "Benares", którym Bohdan Nagórski płynął do Kanady, został storpedowany przez hitlerowską łódź podwodną. W marcu br. nakładem wydawnictwa Hyperion ukaże się książka "Miracles on the Water" Toma Nagorskiego, syna kuzyna Barbary, opisująca katastrofę - dryfowanie w szalupach cudem ocalałych pasażerów statku, w tym kilkudziesięciu dzieci, po lodowatych wodach północnego Atlantyku. Łódź ratunkowa, w której był Bohdan, została cudem znaleziona po ośmiu dniach. "Mama opowiedziała nam o przejściach ojca, dopiero kiedy była pewna, że przeżył" - Barbara wspomina tamto wydarzenie.
TRUDNE IMIGRANCKIE POCZĄTKI
Na początku amerykańskiej drogi Nagórscy zamieszkali na Forest Hills na Queensie, później przenieśli się do Manhasset, a następnie do Roslyn na Long Island. "Najpierw ojciec pracował w Gdynia America Line, potem przeniósł się do Brytyjskiej Misji w Nowym Jorku, ale z końcem wojny i to się skończyło i nastały lata chude - wspomina Barbara. - Przez jakiś czas ojciec próbował zająć się interesem i mama pomagała utrzymać nas: pracowała jako sklepowa, sekretarka, a potem znalazła posadę w liniach lotniczych Air France". Z powodu braku pieniędzy na czesne Barbara poszła do szkoły dla sekretarek i dopiero kilka lat później skończyła studia ekonomiczne na prestiżowym żeńskim college'u Mount Holyoke w Massachusetts. "Muszę wyznać, że jako studentka prowadziłam się niezwykle konserwatywnie - może wręcz za bardzo - mówi. - Nigdy nie miałam polskich kompleksów, choć przeszkadzało mi trochę, że byłam w tutejszej kulturze obca" - dodaje. Moja rozmówczyni niechętnie wspomina swoje nieudane małżeństwo z tamtego okresu z początkującym amerykańskim dziennikarzem. "Co za szczęście, że życie daje powtórne szanse - mówi ze śmiechem. - Drugie żony i drudzy mężowie są najlepsi!".
Tymczasem Bohdanowi Nagórskiemu zaczęła na nowo iść karta, kiedy w 1952 roku zaczął pracować dla ONZ jako ekspert od budowy portów. Kiedy wysłano go do Jordanii, Barbara postanowiła pojechać do rodziców leczyć uczuciowe rany po rozwodzie, a czas dzieliła między stolicę Jordanii Amman i Bejrut, gdzie jej siostra studiowała na Uniwersytecie Amerykańskim. Każdy z nas ma w młodości okres, do którego wracamy jak do utopii, i dla Barbary bez wątpienia jest to ten rok spędzony na Bliskim Wschodzie, z którego wyniosła m.in. głęboką sympatię do Palestyńczyków. "Poznałam mnóstwo fascynujących ludzi - chętnie wspomina. - W arabskiej kulturze jest coś niesłychanie ujmującego, szczególnie jeśli pomieszana jest z europejską, jak w Bejrucie".
Po powrocie z Bliskiego Wschodu pracowała m.in. dla Fundacji Rockefellera. W 1956 roku jej dwaj znajomi amerykańscy adwokaci zorganizowali pomoc medyczną dla Polski (głównie leki, w tym szczepionka przeciw chorobie Heinego-Medina) i przez kolejne dwa lata jeździła z nimi do gomułkowskiej Polski jako tłumacz. "Wtedy do Polski się jeszcze nie jeździło, no ale ja nie liczyłam się w polonijnym środowisku jako ktoś ważny" - mówi. Te wyjazdy rozbudziły w Barbarze chęć pomocy dla uciśnionych przez niedemokratyczne systemy polityczne, ale zaważyły także na jej życiu osobistym. "Bolka (tak zawsze mówi o swoim zmarłym w 2003 roku mężu - przyp. ZB), który współpracował wtedy z Radiem Wolna Europa, znałam już od ośmiu lat jako przyjaciela rodziców - podobno kiedy się poznaliśmy, odwróciłam się do niego plecami, jak typowa nastolatka, ale teraz po każdym moim powrocie spotykaliśmy się, ponieważ chciał, bym mu opowiadała o Polsce. Bolek kochał Polskę, ale z drugiej strony był niezwykle światowy i tolerancyjny - nie był nacjonalistą" - wspomina. Z tej wspólnoty losów, doświadczeń i zainteresowań zrodziła się między nimi bliskość. "Podziwiałam go i uwielbiałam przebywać w jego towarzystwie, choć bałam się kilkunastoletniej różnicy wieku między nami. Oczywiście, w końcu dopiął swego".
PAMIĘTNY ROK 1958
Ten rok był bez wątpienia punktem zwrotnym w życiu Barbary. Wierzbiańscy wzięli ślub, a jej przyjaciele adwokaci pomogli jej w znalezieniu wymarzonej pracy w International Rescue Committee (Międzynarodowy Komitet ds. Uchodźców), wielkiej organizacji prywatnej pomagającej uchodźcom z całego świata w osiedlaniu się w Stanach Zjednoczonych. "Uwielbiałam tę pracę - wspomina Barbara. - Najlepszy dowód, że zostałam w niej przez 35 lat".
Przyszła wydawczyni "Nowego Dziennika" zajmowała się m.in. kubańskimi "exilios" (o których do dzisiaj mówi z sympatią), ale miała też kontakt z setkami Polaków, w tym tak dziś sławnymi, jak profesor Jan Gross czy Andrzej Rapaczyński (fala uchodźców po antysemickich czystkach moczarowców w 1968 roku) czy obecny karykaturzysta "Polityki" Andrzej Czeczot z emigracji solidarnościowej. "Do Polski czułam zawsze sentyment, ale tak bardzo zaangażowałam się w sprawy Polski dzięki małżeństwu z Bolkiem". Wśród ich najbliższych przyjaciół z tamtego okresu byli Tadeusz Horko, Maciej Feldhuzen z Brazylii i dziennikarz polonijnego "Nowego Świata" Jerzy Ponikiewski, do którego przylgnęło nawet miano "pierwszego dziecka Wierzbiańskich" - tak dużo spędzał z nimi czasu. Adam - prawdziwy i jedyny syn Wierzbiańskich - urodził się w 1963 roku.
"Czy trudno było wyrastać w domu, w którym mówiło się wciąż o Polsce - kraju, którego jako dziecko nie znałeś, no i mając za rodziców takie silne osobowości?" - zapytałem przy okazji pisania tego tekstu Adama, którego w redakcji nazywamy Kubą. "Absolutnie nie, szczególnie że chodziłem do szkoły prowadzonej przez ONZ, gdzie każdy był z innej części świata - odparł. - A najsilniejszą osobowością w domu byłem ja. Przeszedłem przez wszystkie chyba etapy buntu nowojorskiego nastolatka, łącznie z graniem na gitarze basowej w licznych zespołach punkowych".
Z końcem lat 60. zaczął podupadać "Nowy Świat", polonijna gazeta wychodząca w Nowym Jorku od początku wieku, i kilkoro znajomych - w tym Bolesław Wierzbiański, ksiądz Michał Zembrzuski, Bolesław Łaszewski i dr Edward Luka - zaczęło przymierzać się do wydawania własnego dziennika. "Pamiętam ten dzień w 1971 roku, kiedy Bolek wrócił do domu z pierwszym numerem 'Nowego Dziennika' - płachtą pokrytą szczelnie drukiem i z jednym małym zdjęciem - wspomina Barbara. - Jak mogliście wydać takie szkaradztwo?! - krzyknęłam, ale jemu nie zepsuło to nastroju". Wierzbiański był szczególnie dumny z tego, że założyciele nie skorzystali z pomocy finansowej żadnej organizacji. Koszty wydawania pisma postanowili pokryć sprzedażą akcji rosnącej grupie założycieli, którzy do dziś są współwłaścicielami gazety. "Bolek od początku używał określenia 'gazeta polskojęzyczna za granicą', a nie 'gazeta polonijna', chcą podkreślić otwartość 'Nowego Dziennika' - mówi Barbara. - 'Nowy Dziennik' nigdy nie przynosił kroci, ale jeśli utrzymał się przez tyle lat, to dlatego, że mój mąż wiedział, jak robić dobrą gazetę i zawsze poważnie traktował czytelników".
OKRES BURZY I NAPORU
W latach 70. zaczął się okres antykomunistycznej burzy i naporu. Z PRL-u zaczęli przyjeżdżać wybitni przedstawiciele opozycji, którzy często zatrzymywali się w mieszkaniu Wierzbiańskich na osiedlu Peter Cooper Village przy Pierwej Alei. Wtedy to zawiązały się wieloletnie przyjaźnie Wierzbiańskich, m.in. z Władysławem Bartoszewskim czy Jerzym Turowiczem. Rok 1978 był kolejnym ważnym rokiem, ponieważ Karol Wojtyła wybrany został na papieża, a w Nowym Jorku burmistrzem został Edmund Koch. "Bolek pełnił w jego administracji funkcję komisarza ds. praw człowieka i dzięki swoim kontaktom był w stanie załatwić miejskie mieszkania dla niektórych politycznych uchodźców z Polski" - wspomina Barbara. "Nowy Dziennik" zaczął też regularnie organizować zbiórki pieniędzy na wsparcie demokratycznej opozycji w PRL-u (fundusze słano m.in. dla Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a później na wolne wybory parlamentarne w 1989 roku). "Kiedy wybuchła Solidarność, bycie Polakiem w Nowym Jorku to był prawdziwy szpan - wspomina Adam. - Pamiętam, że załatwiałem koszulki z logo Solidarności dla wielu gwiazd, w tym np. aktorki Lauren Bacall".
Spełnieniem marzeń o wolnej Polsce były dla Wierzbiańskiego rozmowy okrągłego stołu. "Pamiętam, że byliśmy wtedy w Szwajcarii i Bolek każdego dnia dzwonił do prof. Bronisława Geremka i pytał, czy ma już przyjechać jako przedstawiciel Kongresu Polonii Amerykańskiej na podpisanie umów - wspomina Barbara. - W końcu pojechaliśmy, i to były jedne z najszczęśliwszych dni jego życia". Każdy, kto znał pana Bolesława, wie, że był on "zwierzęciem politycznym" wielkiej klasy. "Bolek marzył, aby być politykiem w wolnej Polsce, ale w chwili upadku komunizmu miał już 76 lat i mógłby odgrywać co najwyżej rolę publicznego autorytetu, jak później Jan Nowak-Jeziorański - mówi Barbara. - Wybrał swój ukochany 'Nowy Dziennik'".
ZMIANA WARTY
W 1994 roku pan Bolesław zaczął zapadać na zdrowiu i Adam zrezygnował z pracy w Hollywoodzie, gdzie oceniał nadsyłane tam scenariusze. Wrócił z Los Angeles do Nowego Jorku, by wspomóc ojca w rodzinnej firmie. "Miałem wpaść na chwilę, by zbudować sieć komputerową, i zostałem już 12 lat" - śmieje się Adam, który dzieli czas między "Nowy Dziennik" i pisanie scenariuszy filmowych. (Niedługo będzie można zobaczyć zrealizowaną na podstawie jego scenariusza komedię "The Oh in Ohio", w której występują m.in. Liza Minelli i Danny DeVito). I to właśnie Adam ściągnął do "Nowego Dziennika" Barbarę, która przejęła stopniowo rolę głównego menedżera i wydawcy. "Na początku brakowało mi mojej starej pracy i czułam się w gabinecie przy 38 Ulicy fatalnie - wspomina Barbara. - Miałam jednak poczucie zobowiązania wobec pracowników gazety i chciałam, aby dzieło mego męża istniało jak najdłużej". Zapewne pomogło też, że za partnera w prowadzeniu przedsiębiorstwa miała syna. "Ja jestem bardziej zachowawcza i tonę na ogół w szczegółach, tymczasem Kuba siedzi jakby na bocianim gnieździe i potrafi dostrzec, kiedy zmierzamy w niewłaściwym kierunku". To właśnie z inspiracji Wierzbiańskiego juniora wprowadzono w 1996 roku kolor, później stronę internetową, a w zeszłym roku zupełnie nową szatę graficzną przygotowaną przez Garcia Media, jedną z najlepszych tego typu firm na świecie. "Myślę, że oferujemy obecnie znacznie bardziej profesjonalny produkt niż przed kilkunastoma laty" - uważa Adam. "Ponieważ spędzamy razem tyle czasu w biurze, mamy ze sobą niepisaną umowę, że kiedy odwiedzam mamę w jej weekendowym domu w Hampton Bays, nie mówimy o 'Nowym Dzienniku'" - mówi Adam. (Zajmowanie się ogrodem wokół "bungalow" położonego nad samą zatoką i jazda na nartach w Alpach to dla Barbary dwa ulubione sposoby wypoczynku).
Obydwoje patrzą na przyszłość rodzinnej firmy z optymizmem. "'Nowy Dziennik' nigdy nie przynosił kroci, ale zawsze wychodził na swoje - mówi Barbara. - Najważniejsze, by wciąż iść do przodu". Obracający się w świecie amerykańskich mediów i Hollywood Adam dorzuca szerszą perspektywę: "Coraz więcej osób czerpie informacje z internetu i telewizji i na polonijnym rynku zostanie pewnie w końcu tylko jedna gazeta. Mam nadzieję, że będzie to właśnie 'Nowy Dziennik'".
