Wybrane artykuły Nowego Dziennika

Śmierć czyha w kosmosie

Tomasz Bagnowski

8 stycznia z niezwykłą misją wystartuje statek kosmiczny NASA "Deep Impact". Na pokład zabierze specjalną sondę wielkości domowego fotela. Po blisko siedmiu miesiącach lotu, 4 lipca 2005 roku, ważąca około 370 kilogramów sonda odłączy się od statku, by w przestrzeni kosmicznej zderzyć się z kometą, znaną jako Tempel 1. Eksperyment ma pomóc utrzymać z dala od Ziemi obiekty nieustannie przemierzające przestrzeń wokół naszej planety i grożące jej katastrofalną kolizją.

Pamiętacie film "Armageddon" z Bruce'em Willisem? Gwiazdor kina akcji kierował w nim grupą specjalistów, którym powierzono misję uratowania Ziemi przed zderzeniem z pędzącą z prędkością 35 tys. kilometrów na godzinę asteroidą wielkości Teksasu. Plan polegał na dotarciu na asteroidę, wywierceniu odpowiednio głębokich otworów i wpuszczeniu w nie ładunków nuklearnych, które rozerwą ją od środka. Ten film science fiction tylko pozornie oddalony jest od rzeczywistości. Od wielu lat w NASA istnieje specjalny oddział zajmujący się monitorowaniem obiektów przelatujących blisko Ziemi (Near Earth Object Program). Chodzi m.in. o to, by zawczasu wykryć takie, które mogą grozić zderzeniem. Kilka zespołów inżynierów z NASA przez dzień i noc przeczesuje w tym celu przestrzeń kosmiczną, wykorzystując najnowocześniejsze metody obserwacji. Każdy wykryty obiekt jest dokładnie opisywany, ważony, mierzony, skrupulatnie określana jest też trajektoria jego lotu. Od 1995 r., kiedy ruszył Near Earth Object Program, sklasyfikowano ich już tysiące. Przestrzeń kosmiczną obserwują nie tylko Amerykanie. Do kosmicznego monitoringu włączyli się również Australijczycy, którzy używają do tego m.in. teleskopu z uniwersyteckiego obserwatorium astronomicznego w Siding Spring. Ostatnio stosunkowo blisko pojawiła się asteroida 4179 Toutatis, mierząca w najszerszym miejscu 4,6 km. Obiekt, kształtem przypominający kartofel, przeleciał w odległości 1 550 000 km od Ziemi, nie było więc niebezpieczeństwa zderzenia. Gdyby jednak jego orbita pokrywała się z orbitą naszej planety, Ziemi groziłaby katastrofa o trudnych do przewidzenia skutkach.

Gorzej niż Hiroszima

Wiadomo, że ewolucja życia na Ziemi nie przebiega w sposób płynny. Co jakiś czas zdarza się, że pewne gatunki roślin i zwierząt wymierają nagle w sposób masowy. Badając skamieniałości, paleontolodzy ustalili, że w ciągu ostatnich 540 milionów lat zdarzyło się co najmniej 5 wielkich i 19 mniejszych wymierań ziemskich organizmów. Najsłynniejsze jest wyginięcie 65 milionów lat temu dinozaurów, wówczas dominujących na Ziemi. Niemal powszechna hipoteza głosi, że do ich wymarcia przyczyniło się zderzenie z Ziemią potężnej asteroidy lub ich grupy. Doprowadziło to do zmian klimatycznych, do których dinozaury nie były w stanie się przystosować. Drugie słynne zderzenie jest już znacznie bliższe współczesności. 30 czerwca 1908 roku w okolicach syberyjskiej rzeki Podkamienna Tunguska spadła asteroida o średnicy około 100 metrów. W wielu relacjach z tego okresu można znaleźć opisy niezwykłych zjawisk, jakie to wywołało. Ogłuszający huk było słychać w promieniu 800 kilometrów. Niezwykle gorąca fala uderzeniowa spowodowała powalenie syberyjskiego lasu na powierzchni 3000 km kw. Skutki wybuchu zarejestrowane zostały w obserwatoriach sejsmologicznych w całej Rosji, a nawet w Waszyngtonie. Fala sejsmiczna obiegła Ziemię dwa razy. Po eksplozji z ziemi podniosła się gigantyczna, wysoka na 20 km chmura pyłu. W Europie obserwowano świecenie nocnego nieba przez kilka kolejnych dni po wybuchu. Światło było tak intensywne, że o północy w Paryżu można było czytać drobny druk, nie zapalając lampy. Intensywniejsze zorze polarne obserwowano przez kilka kolejnych lat.

Podkamienna Tunguska znajduje się w mało dostępnym niezamieszkanym obszarze Syberii. Można jednak wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby asteroida spadła na któreś z miast. Skutki takiego zderzenia byłyby o wiele bardziej tragiczne niż zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę. Choć według statystyk prawdopodobieństwo kolejnego wielkiego upadku w tym stuleciu jest niewielkie, katastrofa prędzej czy później się wydarzy. Dlatego na śledzenie obiektów zmierzających w kierunku Ziemi wydaje się grube miliony.

Co siedzi w komecie?

Przygotowaniu do ochrony przed niszczycielem z kosmosu służyć ma m.in. misja, którą NASA zamierza rozpocząć 8 stycznia br. Wtedy właśnie specjalny statek kosmiczny wyruszy z Ziemi na spotkanie komety Temple 1. W lipcu 2005 r., gdy będzie już odpowiednio blisko, zostawi na jej trajektorii specjalną sondę. Kometa zderzy się z nią przy prędkości około 10 km/sek. Do zamierzonej kolizji dojdzie w odległości 130 mln km od Ziemi, samego uderzenia bez specjalnych astronomicznych urządzeń nie będzie więc widać. Inżynierowie z NASA przewidują jednak, że materię wyrzuconą w przestrzeń kosmiczną na skutek uderzenia będzie można zobaczyć z Ziemi przy użyciu nawet amatorskich teleskopów lub silniejszych lornetek.

Jeden ze statków NASA, "Stardust", miał już okazję sfotografować z bliska kometę Wild 2 podczas lotu w styczniu tego roku, jednak "Deep Impact" po raz pierwszy będzie mógł zajrzeć do jej wnętrza. Przewiduje się, że po zderzeniu Temple 1 z ważącą 370 kilogramów sondą w komecie o średnicy 6 kilometrów powstanie krater wielkości futbolowego stadionu. Właściwości jądra Temple 1 są prawdopodobnie reprezentatywne dla innych tego typu ciał mogących w przyszłości zagrozić Ziemi, dlatego eksperyment mający kosztować około 310 mln dolarów z pewnością się opłaci - mówi Michael A'Hearn, astronom z uniwersytetu w Maryland, zaangażowany w projekt. Powodzenie całego przedsięwzięcia nie jest jednak pewne. Wszystko zależy od tego, z czego składa się kometa. Jeśli jest ona pędzącą przez kosmos gigantyczną bryłą lodu, sonda prawdopodobnie nie zdoła wybić w niej odpowiednio dużego krateru. Jeśli jest czymś w rodzaju bryły pumeksu - twardej, lecz porowatej - sonda utknie gdzieś na jej powierzchni, a kometa po prostu poleci z nią dalej. Najgorszym z możliwych scenariuszy byłoby rozbicie komety na kilka mniejszych kawałków. Niepewność astronautów dobrze obrazuje zresztą wypowiedź samego A'Hearna: "Zamierzamy doprowadzić do zderzenia i zobaczymy, co się stanie".

Wczesne wykrycie komety lub asteroidy zagrażającej Ziemi jest bardzo ważne. Pozwoli bowiem podjąć odpowiednie kroki, zanim jej orbita przetnie się z ziemską. Obecne urządzenia pozwalają na zlokalizowanie obiektów o średnicy około 1 km na mniej więcej 20 lat wcześniej. Zdarza się jednak, że astronomowie coś przeoczą. We wrześniu br. świat obiegła informacja, że asteroida 2003 QQ47 znajduje się na drodze Ziemi i uderzy w nią dokładnie 21 marca 2014 roku. Siła eksplozji miała być 20 milionów razy większa niż ta, którą wywołała bomba zrzucona na Hiroszimę. Na szczęście wstępne obliczenia okazały się błędne. Dziś wiemy już, że asteroida ostatecznie ominie Ziemię. Powstaje jednak pytanie, co zrobić z taką, która będzie kontynuowała kurs na naszą planetę. Rozbicie jej przy pomocy ładunków nuklearnych, tak jak w filmie "Armageddon", to zdaniem naukowców niedobry pomysł. Szczątki asteroidy mogą bowiem pozostać na tym samym kursie. Najnowszym pomysłem, w którego realizacji ma pomóc właśnie misja statku "Deep Impact", jest umieszczanie na asteroidach specjalnych rakietowych silników, które miałyby pomóc skierować je na inne tory.

Ostatnia modyfikacja: Mon Dec 6 16:23:30 2004