Wybrane artykuły Nowego Dziennika

Pastor wizjoner

Ewa Kern-Jędrychowska

Przychodzą do nich wszyscy, którzy potrzebują pomocy. A oni zawsze mają czas wysłuchać ich problemów. Bez Krzysztofa i Gosi Steinerów Greenpoint nie byłby taki sam.

Kiedy pastor Krzysztof Steiner i jego żona Gosia objęli Zjednoczony Kościół Polskich Metodystów przy Meserole Avenue na Greenpoincie w 2002 roku, na strychu mieszkały gołębie, a na ławkach leżała gruba warstwa kurzu. W kościele od lat nie było wiernych. Bo i jak wśród Polaków znaleźć metodystów? Pastorowie nie próbują jednak nikogo nawracać. Dla nich ten kościół ma spełniać przede wszystkim rolę domu otwartego dla wszystkich, którzy się gdzieś zagubili i nie wiedzą, w którą stronę pójść. Ale też dla aktywistów, którzy chcą działać na Greenpoincie, czy dla artystów, którzy mają wizję zmiany świata. W echu niosącym się wśród nagich ścian kościoła, na drewnianych ascetycznych ławkach toczą się dyskusje o kształcie rzeczywistości, o marazmie Polonii, o wielkiej potrzebie pomocy dla innych.

Brak wyznawców Steinerów nie niepokoi. "Nie mamy takiego przekonania, że musi tu być pełny kościół - mówi 36-letnia Gosia. - My wiemy, że to byłaby utopia i że to jest niemożliwe wśród Polaków. Ale jeżeli ludzie do nas przychodzą, to zawsze ich przyjmujemy". Bo póki co, najważniejsze jest budowanie relacji z pojedynczymi osobami.

Krzysztof, który cały świat tłumaczy metaforami, widzi całą sytuację jako Boży plan. "Bóg wiedział, że ja się tu nadaję. Ale nie dał mi od razu ludzi. Dał mi ruinę, coś, co już całkowicie upadło, żebym tu dopiero coś zbudował. Jak na pustyni" - tłumaczy z charakterystycznymi dla siebie optymizmem i donkiszoterią.

STWORZYĆ RODZINĘ DLA BEZDOMNYCH

O Steinerach na Greenpoincie zrobiło się głośno w lutym ubiegłego roku, kiedy przygarnęli do siebie grupę bezdomnych Polaków. Wszystko zaczęło się od tego, że 15 stycznia 2006 roku w trakcie siarczystych mrozów zamarzło w polskiej dzielnicy dwóch bezdomnych. "Pomyślałem sobie wtedy, że jeżeli zamarzło dwóch, to przecież może i dziesięciu zamarznąć" - wspomina Krzysztof. Kiedy zima nie popuszczała, pewnej niedzieli podjęli decyzję. Muszą zrobić coś, żeby tym ludziom pomóc. "Nasz kościół jest zimny, ale jest w nim cieplej niż na zewnątrz - mówi Gosia. - Więc jak mieliśmy żałować ludziom, żeby tu przyszli, usiedli na tych twardych ławkach i może dzięki temu nie zamarzli". Postanowili otwierać kościół od 10 rano do 1 po południu, żeby bezdomni mogli się chociaż ogrzać. W tym czasie rozdawali im też jedzenie.

Początkowo nie planowali tego robić regularnie, a już na pewno nie myśleli o zorganizowaniu noclegowni. Ale kiedyś jeden z "chłopaków", jak nazywa ich Gosia, zapytał, czy może się przespać na ławce. "Powiedział, że chciałby się skulić na parę godzin, bo zazwyczaj śpi w pociągach metra i choć raz chciałby mieć poczucie, że nigdzie nie jedzie i wie, gdzie się obudzi" - wspomina pastorowa. Nie mogli odmówić. Bo jak można nakarmić ludzi, a potem im powiedzieć: "no, kończymy, my kładziemy się spać, a wy tam idźcie na to zimno".

Najpierw zostawało kilku bezdomnych, potem kilkunastu; wśród nich także Leszek Kuczera. Czasami nocowało ich ponad 20, a w ciągu dnia przychodziło drugie tyle. Steinerowie zarazili swym pomysłem wiele osób. Jedni pomagali im gotować, inni przynosili ubrania. Codziennie dostawali też żywność od greenpoinckich sklepów Garden, Kiszka i Syrena. "Steinerowie wtedy uratowali wiele osób, bo mrozy były straszne. To niezwykli ludzie, którzy społecznie pełnią tę rolę, którą powinien spełniać Kościół katolicki. W nich jest Chrystus" - mówi Janusz Pukianiec z grupy Wincentego a Paulo, która także stara się pomóc bezdomnym z Greenpointu.

Kilku chłopaków stanęło na nogi. "Oni mi wtedy bardzo pomogli" - mówi Sławek, który mieszkał w kościele metodystów przez kilka miesięcy. Wcześniej przeszedł załamanie nerwowe, przez kilka miesięcy był na ulicy, a w listopadzie ubiegłego roku miał wylew krwi do mózgu. "Kiedy po miesiącu wyszedłem ze szpitala, nie miałem dokąd pójść. Był taki czas, że chciałem skończyć ze sobą". Steinerowie go karmili, dawali mu nocleg. Przez Krzysztofa, którego Sławek nazywa "wielebnym", poznał też swojego pracodawcę, u którego od wielu miesięcy pracuje przy remontowaniu budynków.

MISJA PRZERWANA

Znalazła się też grupa ludzi, którzy uznali Steinerów za szaleńców. Mówili im, że nie warto poświęcać się dla "bumów", że ryzykują dobro swoje i 3 swoich dzieci - Joshuy, Miriam i Benia. "Ale my byliśmy jak strażacy, którzy skaczą w ogień i nie myślą, że mają dzieci na utrzymaniu - mówi Krzysztof. - Chcieliśmy ratować tych ludzi za wszelką cenę, nawet kosztem naszego komfortu. Próbowaliśmy im stworzyć namiastkę rodziny". Najbardziej buntowali się sąsiedzi. Jeden z nich ustawił krzesło po drugiej stronie ulicy i siedział na nim dniami i nocami, obserwował Steinerów i ich podopiecznych, robił zdjęcia, straszył, że doniesie do wydziału opieki nad dziećmi, że mieszkają pod jednym dachem z "homelesami". Pisał też petycje, że "okoliczne budynki tracą wartość, że nie wprowadzą się tam żadni lokatorzy". Ktoś nasłał na Steinerów inspektorów z wydziału budynków, którzy wystawili im tyle mandatów, że do dziś nie mogą ich spłacić.

Krzysztof wciąż nie może tego zrozumieć. "Dwa miesiące przed rozpoczęciem naszej misji dostaliśmy list od miasta, w którym pytano nas, czy w razie zagrożenia nasz kościół jest w stanie przyjąć ludzi i jeśli tak, to ilu. My zakreśliliśmy wtedy 100. I naszym zdaniem nastąpiła sytuacja zagrożenia - życie ludzi było w niebezpieczeństwie i my ich przyjęliśmy. Jak ktoś nam mógł zarzucić, że pomagamy? W końcu kościół jest do tego powołany...".

W rezultacie tej zimy bezdomni znowu śpią w parkach, nad rzeką, na klatkach schodowych i w subwayu, narażeni na zmiany temperatury, deszcz i śnieg. Kilku z nich pomieszkuje w przytułku na Skillman Avenue, ale nie dla wszystkich jest tam miejsce, nie każdy też może się tam odnaleźć. Ich sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że większość z nich to alkoholicy.

Steinerowie - mimo że nie mogą im już udzielić noclegu - nadal starają się ich wspierać, np. podpowiadając, gdzie się udać po pomoc. Krzysztof często wstaje też nad ranem i sprawdza, co się dzieje z chłopakami. Czasami zanosi im jedzenie, innym razem szuka z nimi materaca do spania, namawia, by porzucili alkohol, opowiada o Biblii. Niektórym pomaga sama jego obecność. "Dziękuję Bogu, że mam takich przyjaciół" - mówi o Steinerach Szczepan, jeden z bezdomnych.

POWOŁANIE OD DZIECKA

Ludzie często pytają Krzysztofa, dlaczego to wszystko robi. Dla niego to kwestia powołania. Właściwie już od dziecka pociągały go sprawy duchowe. Lubił atmosferę kościoła z jego ciepłym światłem i dymami kadzideł. Marzył, że w przyszłości zostanie misjonarzem. Ale z drugiej strony chciał mieć żonę i dzieci. W 1986 roku wyemigrował do Szwecji, a potem do Niemiec, bo nie widział dla siebie perspektyw w Polsce. W Niemczech poznał pierwszych protestantów. "Zobaczyłem normalną rodzinę, razem czytającą Biblię. I to mi się bardzo podobało, podobnie jak prostota protestantyzmu" - wspomina Steiner, który jednocześnie chodził z ciekawości na nabożeństwa do różnych innych kościołów niemieckich. W końcu przystąpił do adwentystów dnia siódmego. W 1992 r. udało mu się przyjechać do Ameryki, gdzie dwa lata spędził w szkole adwentystów w Westchester. Potem sprowadził się na Greenpoint, który - jak mówi - wybrał na swoje "pole misyjne". Zamieszkał w pokoiku za 200 dolarów i poszedł do pracy w stolarni. "Wierzyłem, że mogę pomóc ludziom, tylko muszę być w tym środowisku" - wspomina Krzysztof. Ale życie na emigracji i jemu dawało się we znaki. W końcu w 1994 roku postanowił wrócić do Polski. "Czułem, że wtedy nie miałem podstaw, nie miałem na czym budować".

Będąc w Polsce odwiedził zakład szkolno-wychowawczy dla upośledzonych dzieci koło rodzinnego Sztumu, w którym pracował jeszcze przed wyjazdem z Polski. Podczas tej wizyty poznał Gosię, z wykształcenia pedagoga specjalnego, która opiekowała się tam dziećmi. "Jeden z chłopców powiedział wtedy do niej: to będzie pani mąż" - wspomina Krzysztof. Szybko okazało się, że mają ze sobą wiele wspólnego. Gosia też jest ze Sztumu, a jej ojciec był nauczycielem Krzysztofa, historia obu rodzin ma swoje korzenie na Ukrainie, ale przede wszystkim oboje mają wrażliwość na ból ludzki i chęć bezinteresownego niesienia pomocy. Są też bardzo oddani swoim dzieciom. Oboje drobni, delikatni, aż trudno czasami uwierzyć, że nie boją się podejmować kolejnych wyzwań. Steinerowie uzupełniają się też charakterami. Krzysztof rzuca pomysły, nie oglądając się na przeszkody; Gosia owszem, pomysły wspiera, ale wprowadza w nie wymiar rzeczywistości.

Krzysztof sam się zastanawia, skąd u niego to poczucie misji i potrzeba ochrony pokrzywdzonych. W pewnym stopniu wychodzi historia rodzinna. Pradziadek pochodzenia żydowskiego uciekł przed prześladowaniami z Wiednia na Ukrainę, babka ojca pochodząca z husytów z Moraw także trafiła na Ukrainę, gdzie przeszła na katolicyzm. Wujek Krzysztofa, Stanisław Paszul, siłą woli i swoim nieustępliwym uporem doprowadził do postawienia Pomnika Katyńskiego na nabrzeżu Jersey City, dziadek, szef lokalnego oddziału ZBoWiD-u, niezmordowanie walczył o emerytury dla weteranów... "Pomieszanie religii, narodowości i uporu" - mówi Krzysztof o swoich korzeniach.

WIZJA ODNOWY

Kiedy Steiner przyjechał na Greenpoint po raz pierwszy, marzył, żeby mieć jakieś swoje małe miejsce, w którym mógłby się spotykać z ludźmi, na przykład sklepik z książkami. "Ale kiedy przyjechałem po raz drugi, Bóg miał takie poczucie humoru, że mi zaproponował wielki kościół" - mówi pastor. Od lat opuszczony kościół główny wymagał generalnego remontu. W latach 80. pomieszczenia należące do kościoła udostępniono emigrantom politycznym z Polski. W szczytowym momencie według Krzysztofa spało tam ok. 150 ludzi. Przez jakiś czas odbywały się tam też zabawy dla Polonii, a obecnie znajduje się szkoła języków obcych. "Kiedy objąłem kościół, czułem, że jestem trochę w próżni - wspomina Krzysztof. - Czasy emigracji solidarnościowej minęły i na mnie spadła rola tworzenia czegoś od nowa. Czułem się pionierem, a to nie jest łatwa rzecz, bo trzeba mieć wizję".

Krzysztof ma ich co najmniej kilka. Największa z nich to zjednoczenie Polonii. Ale ma też kilka mniejszych. Poczynając od odremontowania kościoła po znalezienie sposobu na pomoc wszystkim, którzy jej potrzebują. Może uda się połączyć wszystko razem. "Chciałbym, żeby ten kościół w przyszłości był domem narodowym, centrum kulturalnym i artystycznym, gdzie Polacy będą mogli dowiedzieć się wielu rzeczy, nauczyć angielskiego, poznać się, porozmawiać..." - snuje plany Krzysztof.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail