Wybrane artykuły Nowego Dziennika
Po 11 września prawo staje się coraz surowsze wobec nielegalnych
Pętla się zaciska
W ciągu ostatnich 3 lat czołówki gazet wypełniały newsy o wzmacnianiu bezpieczeństwa granic i zacieśnianiu kontroli nad imigracją. Dla tych, którzy są w trakcie legalizacji statusu, nic się nie zmieni, ale w przypadku nielegalnych oznacza to ograniczanie kolejnych możliwości normalnego funkcjonowania w społeczeństwie amerykańskim.
Na oddanie pewnej części swojej prywatności musieli po 11 września zgodzić się wszyscy, którzy mieszkają w Stanach Zjednoczonych lub chcieli je odwiedzić - imigranci, turyści, studenci zagraniczni czy biznesmeni. Ale także Amerykanie, którzy dzięki wprowadzanym zmianom mieli poczuć się bezpieczniej.
Dla nielegalnych nowa rzeczywistość oznaczała niepewność, czasem lęk, w innych przypadkach możliwość deportacji. Na dodatek, od ataków terrorystycznych w 2001 roku do Kongresu USA nieustannie trafiają kolejne propozycje ustaw, których celem jest zaostrzenie kontroli tej grupy imigrantów. Niektóre ustawy są przyjmowane i zamieniane w prawo, inne nie. Wszystkie razem wzięte sygnalizują, że nastroje antyimigracyjne są coraz silniejsze w USA, a drzwi dla przybyszów z zagranicy coraz ciaśniejsze.
Cena bezpieczeństwa
Pierwszą i jedną z najpoważniejszych zmian prawnych po 11 września była Ustawa Patriotyczna (Patriot Act), prawo antyterrorystyczne przegłosowane 45 dni po atakach na WTC. Jej akceptacja nastąpiła bez wcześniejszych przesłuchań kongresowych i przy pełnym poparciu ustawodawców.
Ustawa była wyrazem powszechnego przekonania, że USA stanęły w obliczu jednego z najpoważniejszych zagrożeń w historii i że część tradycyjnych swobód należy poświęcić w imię bezpieczeństwa. Ustawa Patriotyczna w bezprecedensowy sposób rozszerzyła uprawnienia rządu do inwigilacji i prowadzenia dochodzeń przeciwko wszystkim mieszkańcom USA, także samym Amerykanom.
Przyjęta naprędce ustawa Patriot Act m.in. obniżyła próg materiału dowodowego, jaki prokuratorzy muszą zgromadzić, aby oskarżyć mieszkańca USA o działalność terrorystyczną. Prowadzący dochodzenia antyterrorystyczne agenci FBI otrzymali rozszerzone prawo do zajęcia własności czy wglądu w dane osobowe mieszkańców USA. Zalicza się tu np. prawo do sprawdzania list książek wypożyczanych w bibliotece, karty chorobowej w archiwum szpitala, wykaz operacji finansowych na koncie w banku czy listy stron internetowych, na jakie wchodziła osoba objęta inwigilacją.
Niemal od pierwszego dnia od uchwalenia Patriot Act ustawa krytykowana była przez organizacje broniące swobód obywatelskich za niezgodność z konstytucją. Krytycy argumentowali, że ustawa stała w sprzeczności z Pierwszą Poprawką o wolności słowa do Konstytucji USA i z Czwartą Poprawką o prawie do bezpieczeństwa osobistego. Amerykańska Liga ds. Swobód Obywatelskich (ACLU) złożyła szereg pozwów w tej sprawie, które w większości zostały jednak oddalone przez sądy.
Kolejną zmianą było przemianowanie w listopadzie 2002 roku dawnego urzędu imigracyjnego Immigration and Naturalization Service (INS) na Department of Homeland Security (DHS). Wraz ze zmianą nomenklaturalną zaszły w nim także zmiany strukturalne - kontrolę granic i egzekwowanie prawa wobec imigrantów przydzielono Directorate of Border and Transportation Security, który później podzielono na U.S. Customs and Border Protection oraz U.S. Immigration and Customs Enforcement, natomiast sekcją imigracyjną zajął się U.S. Citizenship and Immigration Services.
Zmiany te miały służyć lepszej ochronie USA przed zagrożeniem terrorystycznym. Przyczyniły się także do bardziej efektywnej kontroli imigrantów - tych z uregulowanym statusem prawnym i bez niego.
Imigranci podejrzani
Partiot Act wprowadził możliwość inwigilacji wobec mieszkańców całego kraju. Uprawnienia, jakie z ustawy wynikały, nie mogły równać się z kontrowersyjnym rozporządzeniem Departamentu Sprawiedliwości, który zaraz po 11 września wprowadził specjalny program rejestracji pod nazwą National Security Entry Exit Registration System (NSEERS). Wymagał on od mężczyzn narodowości arabskiej, muzułmanów lub osób pochodzących z krajów południowej Azji, aby zarejestrowali się w urzędzie imigracyjnym i złożyli w nim odciski palców. Mężczyźni byli fotografowani i przesłuchiwani.
W wyniku akcji zarejestrowano około 82 000 mężczyzn. 13 000 osobom bez ważnego statusu imigracyjnego wstemplowano nakaz deportacji, chociaż żaden z nich nie został oskarżony o przestępstwa związane z terroryzmem. Program wywołał falę krytyki ze strony organizacji broniących praw człowieka i w efekcie został odwołany. Jednak nakazu deportacji w stosunku do 13 000 osób nie cofnięto.
Restrykcyjna ustawa Patriot Act i inne zarządzenia antyimigracyjne wywołały wiele protestów wśród samych ustawodawców w Kongresie USA. Wyrazem tych protestów był przedstawiony 16 czerwca 2004 roku przez The Civil Liberties Act (CLRA) projekt ustawy sponsorowany przez kongresmanów Howarda Bermana (demokratę z Kalifornii) oraz Billa Delahunta (demokratę z Massachusetts). W Senacie USA wysunięto ustawę towarzyszącą - The Civil Liberties Restoration Act (CLRA), a nastąpiło to 8 czerwca 2004 roku. Sponsorowali ją m.in. senatorzy demokratyczni Edward Kennedy z Massachusetts, Patrick Leahy z Vermontu oraz Jon Corzine z New Jersey. Celem obu projektów - tej w Izbie Reprezentantów i Senacie USA - jest zniesienie tych klauzul Patriot Act, które stanowią pogwałcenie praw cywilnych. Chodzi zwłaszcza o te, które powodują prześladowanie imigrantów zamiast terrorystów, oraz te, które ingerują w prywatność obywatela kraju. Posłowie i senatorowie pragną także, aby ograniczać tajne inwigilacje oraz przywrócić prawo do ochrony podstawowych praw człowieka. Ustawodawcy pragną także ograniczyć niektóre inicjatywy legislacyjne Departamentu Sprawiedliwości, które umożliwiły przetrzymywanie miesiącami setek imigrantów bez powiadomienia ich o stawianych zarzutach. Imigrantów więziono nawet po wydaniu orzeczenia przez sędziego imigracyjnego, wydającego nakaz ich uwolnienia.
Projekty przedstawione w Kongresie proponują m.in. ustanowienie niezależnego Sądu Imigracyjnego i domagają się, by imigranci zamknięci w centrach przetrzymywań zostali w określonym czasie powiadomieni o stawianych im zarzutach.
Kontrola na lotnisku
Po 11 września wprowadzono też kilka zmian w prawie i sposobie kontroli granic, które dotknęły bezpośrednio samych Polaków. Jedną z nich było uruchomienie programu US VISIT. Od 5 stycznia 2004 roku zaczął on obowiązywać wszystkie osoby, które, by wjechać na teren USA, musiały mieć w paszporcie promesę wizową. Od 30 września br. także obywatele 27 krajów uczestniczących w ruchu bezwizowym muszą przechodzić kontrole terrorystyczne na 150 lotniskach i w 14 portach. Przy pomocy biometrycznego skanera pobierane są od nich odciski obu palców wskazujących.
Przyjeżdżający muszą również dać sobie zrobić zdjęcie podczas przyjazdu i opuszczania terytorium USA. Wszystkie dane biometryczne trafiają do skomputeryzowanej bazy danych, do której dostęp mają zarówno władze imigracyjne, jak też amerykańskie placówki konsularne za granicą oraz federalne organy ścigania. Kontrola ma na celu sprawdzenie, czy turysta posługuje się prawdziwymi dokumentami i czy nie figuruje na liście terrorystów lub kryminalistów.
Od chwili wprowadzenia programu w styczniu tego roku nie złapano ani jednego terrorysty, zatrzymano natomiast setki kryminalistów.
Powodem numer jeden wprowadzenia takiego systemu identyfikacji podróżnych było bezpieczeństwo państwa, powodem numer dwa - próba ograniczenia nielegalnej imigracji do USA. W końcu znaczna część osób przebywająca w Ameryce nielegalnie wjechała do kraju zgodnie z prawem i po prostu została po wygaśnięciu wizy. Jeżeli system będzie pracował jak zaplanowano, rząd amerykański będzie wiedział, kto opuścił Stany Zjednoczone w wymaganym terminie. System nie wskaże jednak, gdzie przebywają osoby, które pozostały nielegalnie.
Trudniej studiować
Kolejne zmiany miały dotyczyć przepisów o wydawaniu wiz studenckich, choć nie są one zbyt konsekwentnie przestrzegane. Studenci międzynarodowi muszą, tak jak dawniej, uzyskać formularz akceptacyjny od szkoły amerykańskiej, do której zamierzają uczęszczać, ale w świetle nowych przepisów nie mogą już składać podań o zmianę statusu nie wyjeżdżając z USA, jeśli przebywali tu na wizie turystycznej (muszą wrócić do swoich krajów i zrobić to w tamtejszej ambasadzie). Jednak okazuje się, że przepisy te nie są przestrzegane. "W dalszym ciągu możliwa jest zmiana statusu bez wyjazdu z USA. Teraz to idzie nawet szybciej niż kiedyś" - twierdzi Piotr Kołaczko z New York Institute of English and Business, szkoły biznesowej na Manhattanie, do której uczęszcza wielu Polaków.
Od października tego roku także Social Security Administration zaczęła egzekwować dodatkowe wytyczne odnośnie wydawania numerów Social Security studentom przebywającym w USA na wizie F-1. Teraz wszyscy ubiegający się o ten numer studenci międzynarodowi muszą, obok dowodów daty urodzenia, tożsamości i statusu imigracyjnego, dostarczyć dokument poświadczający pozwolenie na pracę (employment authorization document - EAD) uzyskany od DHS lub zaświadczenie od szkoły, że student ma zapewnioną ofertę pracy w ramach odbycia praktyk studenckich (curricular practical training - CPT). Jak powiedziała "Nowemu Dziennikowi" Carmen Ross, rzeczniczka Social Security Administration: ten przepis zawsze obowiązywał, tylko wcześniej nie był egzekwowany.
Drugi już rok działa też na uczelniach amerykańskich system SEVIS - Student and Exchange Visitor Information System, administrowany przez Immigration and Customs Enforcement (ICE) i wykorzystywany przez służby Customs and Border Protection (CBP) na lotniskach. Jego zadaniem jest rejestrowanie międzynarodowych studentów na terenie całego kraju, jak również osób, które przebywają wraz z nimi na terenie USA. DHS twierdzi, że SEVIS upraszcza proces kontroli studentów, który kiedyś prowadzony był ręcznie. System wprowadził także obostrzenia, które nie zawsze mają sens. Na przykład nakazuje podanie amerykańskiego adresu na długo przez procesem rejestracji. W przypadku studentów międzynarodowych, którzy dopiero mają rozpocząć naukę, jest to czasami niewykonalne, gdyż oni jeszcze takowego nie mają (proces rejestracji rozpoczyna się na mniej więcej miesiąc przed rozpoczęciem zajęć i można to zwykle zrobić przez internet).
Nielegalni na celowniku
Najwięcej jednak obostrzeń dotyczy nielegalnych imigrantów. W wyniku nasilającej się polityki zamykania drzwi wobec nielegalnych stanowe urzędy motoryzacyjne (DMV) zaczęły przeprowadzać weryfikacje numerów Social Security i zawieszać prawa jazdy w przypadku, kiedy numer figurujący w komputerach DMV nie zgadzał się z bazą danych Social Security. "W wyniku przeprowadzonej kontroli do tej pory w stanie Nowy Jork zawieszono 1700 praw jazdy - powiedział "Nowemu Dziennikowi" Joe Picchi, rzecznik nowojorskiego Departamentu Motoryzacyjnego. - Akcja cały czas trwa i jeśli osoby, do których wysłaliśmy zawiadomienia, nie dostarczą odpowiednich dokumentów, przewidujemy, że liczba zawieszonych praw jazdy może dojść nawet do 300 000".
Nowojorski DMV już od 1995 roku domaga się od każdej osoby, która ubiega się o prawo jazdy, numeru Social Security lub listu od Administracji Social Security, że dana osoba takiego numeru nie może z określonych powodów uzyskać. DMV żąda również okazania paszportu z wizą wydaną na co najmniej rok pobytu, która musi mieć jeszcze co najmniej 6 miesięcy ważności. DMV stawia powyższe wymagania, mimo że prawo nowojorskie nie ogranicza wydawania praw jazdy na podstawie statusu imigracyjnego. Ponadto osoby, które otrzymały prawa jazdy w przeszłości, a nie mają zalegalizowanego pobytu, obecnie nie mają już możliwości odnowienia tego dokumentu. Dla wielu imigrantów, zwłaszcza Polaków, którzy często pracują jako kierowcy, to być albo nie być. "Bez prawa jazdy nie mogę wykonywać swej pracy. W związku z tym nie jestem w stanie utrzymać rodziny. Moja żona niedawno urodziła dziecko, więc nie bardzo może iść do pracy - mówi Michał C. z Queensu, który nie jest w stanie w spełnić wymagań weryfikacji DMV i prawdopodobnie niedługo straci pracę. - Tym, co już mają prawa jazdy, nie powinni ich tak po prostu odbierać, skoro sami je wydali. Przecież prawo nie działa wstecz". A jednak działa. Dlatego Michał nie poszedł do biura DMV. "Nie będę ryzykował aresztowania. A jak mi zawieszą prawo jazdy, będę się musiał przekwalifikować. Ale tego się przecież nie robi w jeden dzień".
Prawo jazdy to także dowód tożsamości i - jak twierdzą przedstawiciele New York Immigration Coalition (NYIC) - imigranci, którzy go nie posiadają, będą mniej chętni do współpracy z policją, jeśli na przykład będą świadkami przestępstwa. To zmusi też wielu nielegalnych do jeżdżenia bez praw jazdy, spowoduje niemożność zarejestrowania samochodu i uzyskania ubezpieczenia samochodowego. Zwiększy się także prawdopodobieństwo, że taka osoba ucieknie z miejsca wypadku.
"Władze powinny pomyśleć nad jakimś innym sposobem wyrabiania praw jazdy w stanie Nowy Jork - takim, który nie wymagałby posiadania Social Security - powiedział "Nowemu Dziennikowi" Mark Lewis z NYIC. - Kompromis mógłby polegać na tym, by imigranci mogli używać dokumentów tożsamości ze swoich ojczystych krajów - paszportu czy świadectwa urodzenia, zamiast numeru Social Security, kiedy ubiegają się o prawo jazdy. Teraz można pokazać paszport, ale wymagana jest ważna wiza".
Póki co, ustawodawcy pracują nad wprowadzeniem jednej z rekomendacji Komisji ds. 11 września, zalecającej ujednolicenie praw jazdy na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
Kolejne prawo, które uderzyło w nielegalnych, dotyczy świadczeń emerytalnych. Po wprowadzeniu Social Security Protection Act of 2004 osoby, które w USA pracowały nielegalnie, nie mają legalnego numeru Social Security i nie złożyły podania o świadczenia emerytalne do 31 grudnia 2003 roku, nie będą już mogły ich uzyskać, nawet jeśli przepracowały 40 wymaganych przez Administrację Social Security kwartałów.
Oszukane czują się tysiące ludzi. Jest wśród nich Edmund Chojnacki, który w USA przebywa nielegalnie od 13 lat, nie ma legalnego Social Security i nie złożył podania o emeryturę przed 1 stycznia br. Początkowo przez wiele lat pracował w hotelu na Long Island w tragicznych warunkach, wykonując pracę dla kilku osób. Nabawił się zresztą obustronnej przepukliny, przez co w efekcie trafił do szpitala, gdzie musiał przejść operację. Teraz opiekuje się starszą osobą, wymagającą bezustannej uwagi przez 6 dni i 7 nocy w tygodniu. "Mam dla siebie tylko 11 godzin w sobotę. Mam 66 lat i dosyć tego wszystkiego. Chciałem powoli wracać do Polski - w kwietniu, może w maju. Czuję się bardzo oszukany, bo to była cała moja nadzieja. W Polsce pracowałem jako nauczyciel chemii, ale w pewnym momencie musiałem odejść na przymusową wcześniejszą emeryturę. Tam przysługiwały mi tylko grosze, z których nie sposób przeżyć. Dlatego postanowiłem jeszcze na stare lata coś dorobić". Jeśli jednak Chojnacki nie zalegalizuje statusu, pozostanie mu życie z oszczędności i nauczycielska emerytura.
Niebezpieczne propozycje
Oprócz ustaw, które wchodzą w życie, do Kongresu USA trafiają też dziesiątki propozycji będących przejawem coraz silniejszych nastrojów antyimigracyjnych i nawet jeśli ostatecznie nie zostają wprowadzone w życie, są znaczącym sygnałem rosnącej niechęci wobec przybyszów z innych krajów.
Wiele z tych propozycji pochodzi od najbardziej chyba wrogiego imigracji ultrakonserwatywnego republikańskiego kongresmana z Kolorado - Toma Tancredo. Na przykład 18 czerwca stosunkiem głosów 262-145 Izba Reprezentantów odrzuciła jego poprawkę proponującą wycofanie pieniędzy z funduszu Homeland Security dla władz lokalnych, policji i straży pożarnej, jeśli te nie będą składać raportów o statusie imigracyjnym osób, które się do nich zgłaszają. Gdyby prawo przeszło, miasta i miasteczka amerykańskie na terenie całego kraju straciłyby miliardy dolarów, a bezpieczeństwo narodowe wcale by nie wzrosło.
W tym roku do Kongresu trafiła też propozycja ustawy Undocumented Alien Emergency Medical Assistance Amendments of 2004, zaproponowana przez republikańskiego kongresmana z Kalifornii Dana Rohrabachera. Wedle jej założeń szpitale i placówki zdrowotne miałyby weryfikować status imigracyjny swoich pacjentów i składać do DHS raport, w którym miałyby znajdować się informacje o sytuacji finansowej pacjenta, jego miejscu pracy itd. Gdyby szpitale się na to nie zgodziły, nie dostałyby zwrotu kosztów za udzielenie tym osobom pomocy w nagłych przypadkach.
Ustawa miała zatem kierować lekarzy i pielęgniarki prosto na policję imigracyjną. Propozycja Rohrabachera była wyjątkowo perfidna, gdyż jej celem było de facto ograniczenie zakresu pomocy udzielanej w sytuacjach typu "emergency" nielegalnym imigrantom, a niezdolność do zapłacenia rachunku medycznego mogła stać się podstawą do deportacji z USA. Powodowałoby to nie tylko powstanie zagrożenia dla zdrowia publicznego w przypadku, jeśliby osoba, której odmówiono pomocy, chorowała na groźną chorobę zakaźną, ale też strach milionów nielegalnych i ich dzieci przed udaniem się w nagłych przypadkach do szpitala z obawy przez aresztowaniem i deportacją z USA. Według danych Urban Institute 85% rodzin imigranckich ma mieszany status - na przykład rodzice nie są obywatelami USA, dzieci są. Jeśli rodzice baliby się pójść do szpitala z obawy przed deportacją, ucierpiałyby na tym także dzieci.
18 maja ustawa została odrzucona w Izbie Reprezentantów stosunkiem głosów 331 do 88.
Potem propozycję tę chciała przeforsować administracja prezydenta Busha, która jednak 1 października wycofała się z tych planów.
Pozostaje też kwestia ustawy, która miałaby wprowadzać rekomendacje komisji ds. 11 września. "Wersje ustawy przedstawione przez Izbę Reprezentantów (H.R. 10) i Senat (S. 2845), które miały wprowadzać rekomendacje komisji ds. 11 września, bardzo się jednak różnią - powiedziała "Nowemu Dziennikowi" Joan Friedland z waszyngtońskiego biura National Immigration Law Center. - Wersja Izby zawiera wiele klauzul antyimigracyjnych, którym sprzeciwiła się zresztą komisja ds. 11 września. Przedstawiciele Izby i Senatu wciąż dyskutują, które klauzule znajdą się w ostatecznej wersji ustawy". Są wśród nich propozycje między innymi zaostrzenia przepisów przy przyznawaniu azylu, zwiększenie liczby deportacji, wycofanie kart konsularnych jako dokumentów identyfikacyjnych, kolejne restrykcje w stosunku do wydawania praw jazdy osobom niebędącym obywatelami USA.
Amestia - słowo-tabu
Podczas kampanii wyborczej żaden z kandydatów nie mówił zbyt wiele o kwestii imigracyjnej, a obie partie unikały jak ognia słowa "amnestia".
Demokraci tradycyjnie zawsze byli bardziej przychylni imigracji, ale czy mają oni całościowy program, który pozwoliłby rozwiązać problem nielegalnych, nieszczelnych granic i niekonsekwencji prawnych, które pozwalają Ameryce korzystać z taniej siły roboczej imigrantów, dając im coraz mniej w zamian?
Faktem jest, że grupa 3 demokratycznych senatorów - Edward Kennedy z Massachusetts, Hillary Clinton z Nowego Jorku i Russell Feingold z Wisconsin - wniosła w maju 2004 propozycję reformy imigracyjnej o nazwie The Safe, Orderly, Legal Visas and Enforcement (SOLVE) Act. Poparło ich 47 kongresmanów, w tym Luis Gutierrez z Illinois i Bob Menendez z New Jersey. SOLVE to ich zdaniem plan całościowej reformy imigracyjnej, który legalizowałby status nielegalnych imigrantów, dając im jednocześnie możliwość otrzymania obywatelstwa. Propozycja przewiduje legalizację nielegalnych imigrantów, którzy mieszkają w USA od 5 lat, pracują i płacą podatki, mają podstawy języka angielskiego i znają podstawowe zasady amerykańskiego prawa cywilnego. Ustawa miałaby również pomóc w realizacji programu łączenia rodzin, redukując opóźnienia w systemie rozpatrywania podań o przyznawanie dokumentów pobytowych dla członków rodzin. Projekt mówi też o regulacji imigracji w przyszłości, zezwalając na wydawanie 350 000 tysięcy nowych wiz pracowniczych rocznie. "Jak na razie jednak nic się w tej kwestii nie dzieje. Senat zajmie się tym projektem dopiero podczas kolejnego posiedzenia" - twierdzi Friedland.
Tymczasem zaproponowana przez George'a Busha w styczniu 2004 roku reforma imigracyjna, której sednem było przyznanie nowego typu tymczasowych wiz pracowniczych, legalizujących pobyt imigrantów na trzy lata z możliwością ich przedłużenia na trzy kolejne lata, umarła śmiercią naturalną, bowiem szczegółowa propozycja ustawy nigdy nie trafiła do Kongresu. Jak wypowiedział się jeden z republikańskich kongresmanów, pomysł był martwy już w chwili ogłaszania.
Z kolei drugi demokratyczny kandydat na prezydenta, John Kerry, stwierdził podczas spotkania z National Council of La Raza, największej organizacji latynoskiej, a potem powtórzył to w wywiadzie udzielonym "Nowemu Dziennikowi", że w ciągu stu dni od objęcia przez niego urzędu prezydenckiego zgłosi projekt ustawy imigracyjnej, która zezwoli nielegalnym na zdobycie legalnego statusu, ułatwi łączenie rodzin. Dodał, że podobnie jak w myśl propozycji SOLVE, obywatelstwo mogłyby uzyskać osoby, które mieszkają i pracują w USA od co najmniej 5 lat, płacą podatki, a także przejdą kontrolę pod kątem bezpieczeństwa narodowego.
"Bush pokazał w ciągu 4 lat swojej prezydentury, że nie jest zainteresowany reformą imigracyjną - powiedziała Friedland. - Miał okazję pomóc w popchnięciu dwóch dobrych ustaw proimigracyjnych - AgJOBS, która pozwalałaby nielegalnym pracującym na farmach zalegalizować status, oraz DREAM Act, który z kolei legalizowałby status dzieci imigrantów. Ale nie zrobił nic oprócz zaproponowania tymczasowej legalizacji dla imigrantów, z czego nic nie wyniknęło. Kerry przynajmniej mówił o programie trwałej legalizacji nielegalnych, a nie tylko o tymczasowym wydawaniu wiz. Kiedyś musi przecież nastąpić jakieś praktyczne rozwiązanie kwestii milionów nielegalnych" - twierdzi Friedland.
Jednak propozycje te nie mają bezpośredniego przełożenia na rzeczywistość, ta bowiem zależy od Kongresu, który ma władzę, by ją zmienić. Są oczywiście rozporządzenia prezydenckie, ale te, jeśli nie są w zgodzie z prawem, mogą zostać zaskarżone do sądu federalnego.
Przykłady innych zmian w prawie po 11 września:
- osoba z nakazem deportacji ma się stawić w ciągu 30 dni do urzędu imigracyjnego
- policję na Florydzie uprawniono do zatrzymywania osób za wykroczenia imigracyjne (w przeszłości tylko agenci federalni mieli takie prawo). Floryda stała się przy tym stanem pilotażowym, w przyszłości takie uprawnienia mają dostać także policjanci w innych stanach)
- temat amnestii dla nielegalnych Meksykanów był wielokrotnie poruszany w rozmowach między prezydentami Bushem i Foxem, ale po 11 września mówi się raczej o wzmocnieniu granic niż amnestii
- zagraniczni studenci medycyny, którzy przybywają do USA na szkolenie medyczne, muszą wrócić do swoich krajów na 2 lata, zanim będą mogli wrócić do USA (wcześniej mogli oni zostać w USA i pracować w miejscach, gdzie odnotowywano niedobór lekarzy).
Ostatnia modyfikacja: Fri Nov 26 18:37:06 2004
