Wybrane artykuły Nowego Dziennika

Wloczedzy dharmy - drugie pokolenie

Marcin Fabjanski

W roku 1958 amerykanski bitnik Jack Kerouac wydal powiesc "Wloczedzy dharmy" - manifest anarchistow zafascynowanych naukami Buddy. Od tego czasu swiat sie zmienil, ale nie buddyjscy buntownicy z Zachodu. Dzisiaj w klasztorach Birmy kolejne pokolenie zniecheconych do robienia pieniedzy anarchistow probuje osiagnac oswiecenie.

Centrum medytacji w Hmawbi, 60 kilometrow na polnoc od Yangonu, stolicy Birmy.

Wloszke Silvane (65 lat) zycie wepchnelo tu samo na czubkach butow. Opowiada tak: - Nigdy nie dogadywalam sie z rodzicami, przemyslowcami, stara wloska arystokracja. Kiedy mialam 12 lat, przestalam sie w ogole do nich odzywac. Wytrzymalam trzy lata.

Pierwszy maz byl Cyganem. Rodzice nie dali zgody na slub. Wiec znowu nie rozmawialam z nimi przez lata. Z matka zblizylam sie w roku 1958. Nie mialam wyjscia. Fabryka zbankrutowala, ojciec popelnil samobojstwo. Zostawil matke, mnie, brata i cztery siostry w biedzie. Maz Cygan pojechal w swiat.

W roku 1961 wyszlam za maz po raz drugi, za Jugoslowianina, asystenta znanego rezysera. Byl mily, wyciagal mnie z depresji, mielismy dziecko. Ale pil. Rozstalismy sie dwa lata pozniej. Mialam 52 lata (rok 1990), kiedy nakrylam trzeciego meza (ojca drugiego dziecka) - znanego fotoreportera - w lozku z mloda kobieta. Krzyknelam wsciekla: - Musiales to zrobic w naszym domu?! Powiedzial spokojnie, ze to jego dom. Przynajmniej nie trwalo to dlugo. Wyprowadzilam sie z miejsca, z reklamowka osobistych rzeczy. Prosto do buddyjskiego centrum indyjskiego nauczyciela medytacji Goenki we Francji.

W centrach Goenki przeszlam 11 dziesieciodniowych kursow. Zrozumialam, ze musze nauczyc sie zyc na wlasna reke, bo do tej pory bylam zawsze zalezna od innych. Stanelam na nogi. Wynajelam mieszkanie dla siebie i synow. Ale medytacja Goenki - skanowanie ciala od glowy do stop za pomoca umyslu - przestala mi wystarczac. Pojechalam do Plum Village - francuskiej wioski-klasztoru, wietnamskiego mistrza Thich Nhat Hahna. Stamtad do Tajlandii, Indii, na Sri Lanke.

W Nepalu, rok temu, od poczatku cos we mnie drgnelo. Zobaczylam pustke wszystkich form. Bylo to w centrum w Lumbini, gdzie kiedys urodzil sie Budda, a dzisiaj jest troche starych ruin i trzeba uwazac na weze. Potem przyjechalam do Birmy, do klasztoru Pa Auk, kolo Moulmein. W trzy tygodnie osiagnelam koncentracje, do jakiej inni dochodza po latach. Opat nie chcial mnie puscic. Medytowalas w poprzednich zyciach, powtarzal. Zostan, oswiecenie blisko. Wiec medytowalam. Ale nie osiagnelam stanu wchloniecia, zjednoczenia z obiektem. Wiec przyjechalam tutaj.

Do Hmawbi przyjechal tez francuski mnich Vincent (53 lata), ale z innych powodow niz Silvana.

- Pierwszy raz poczulem to w Afganistanie, gdy mialem troche wiecej niz dwadziescia lat. Jechalem z Kabulu do Mazar-i-Szarif, stara furgonetka Renault, ktora dostalem od ojca. Tam jest taka krawedz, najwyzsza na swiecie - 2900 metrow. Lata pozniej Rosjanie walczyli o nia zaciekle z Afgancami. Zatrzymalem stare renault. Usiadlem na trawie. Przede mna najpiekniejszy lodowiec swiata, spod ktorego przebijaja drzewa - w zyciu nie widzialem nic rownie fantastycznego. Siegnalem po torebke z haszyszem. Zeby bylo jeszcze piekniej. Wtedy przyszlo mi do glowy to pytanie - co ja tu robie? To juz wszystko? Nie ma nic piekniejszego na swiecie? Pustka i brak poczucia sensu zycia spadly na mnie prosto z nieba. Dwa lata pozniej zostalem mnichem. Jestem nim juz 30 lat.

Upychanie szpar

Nie moge zasnac w kokonie gestej moskitiery. Ciemno, goraco, lepko. Obce ptaki piszcza za oknem. Na dachu morduja sie, skowyczac z bolu, jakies tropikalne zwierzeta.

W oknie potezny pajak czeka na posilek. Nie widze go w ciemnosci, ale czuje - wypelnia swoja obecnoscia mala cele o drewnianej podlodze.

Przede mna mieszkal tu Amerykanin z Nowego Jorku. Ale nirwany nie osiagnal. Przybila go depresja. Zostaly po nim zwoje chusteczek higienicznych powpychanych w szpary miedzy oknami - tez pewnie nie lubil tropikalnych robali. Zalepil szpary w jednym oknie, zanim zdal sobie sprawe, ze dokonczenie lepienia zajmie mu tygodnie. A moze lepiac uswiadomil sobie, ze klasztor buddyjski nie jest miejscem ucieczki od swiata, tylko miejscem, gdzie ucza, jak w swiecie zyc.

Opowiedzial mi o nim Dario, sasiad z celi obok, 35-letni Niemiec, z ktorym bede dzielil lazienke. Ostrzegl przed skorpionami, ze wchodza do butow, i przed jedzeniem, ze jest oleiste i przylepia sie do zoladka.

Doktor prawa, 36 lat. Zanim zrobil doktorat, wpadl w ciezka nerwice. Ojciec kazal mu zarzadzac wielka firma budowlana, a on nie chcial: - Robienie pieniedzy to ostatnia rzecz, jaka chcialem sie zajmowac - opowiada.

Zbuntowal sie. Fotel szefa zamienil na taksowke we Frankfurcie nad Menem.

Medytowac zaczal wcale nie z powodu depresji. Zostal buddysta, bo panicznie bal sie dentysty. A najbardziej borowania. Pomyslal, ze medytacja go wyleczy, i mial racje. Teraz nie czuje bolu na fotelu, raczej podraznienie.

Dario zostawia mi ksiazke - "Sila uwaznosci" - niemieckiego mnicha Nyanaponiki Thery, najwiekszy hit klasztornej biblioteki.

Umysl wspolczesnego czlowieka Zachodu Nyanaponika opisuje tak: "Nawyk przedwczesnego ucinania procesow myslowych lub ich bagatelizowania osiagnal ogromna sile w czlowieku wspolczesnego cywilizowanego miasta. Jego nieustanna pogon za kazdym nowym bodzcem, w coraz szybszym tempie, ma odbicie w coraz szybszych srodkach lokomocji. Blyskawiczne bombardowanie zmyslow stopniowo stepi wrazliwosc czlowieka i sprawi, ze nowsze bodzce beda musialy byc jeszcze glosniejsze, bardziej potezne i urozmaicone. Ten wyscig musi sie skonczyc katastrofa".

Dario wie, ze to fragment o nim.

- Przelamanie leku przed dentysta to dopiero poczatek - mowi.

Wiecej sobie nie pogadamy. W tym miejscu nie wolno rozmawiac. Klasztor zalozyl opat Czanmjaj. Naucza vipassany - techniki wgladu w nietrwalosc umyslu, brak jazni i niemoznosc zaspokojenia. Cisza ma w tym pomoc.

Lysa glowa dotykam poduszki. Nowe doznanie - nigdy wczesniej nie bylem calkowicie lysy. Tutaj przyjezdni gola sie zwykle na dzien dobry. Strata wlosow to drobna cena za to, co chce tu osiagnac - przyjechalem tu po nirwane.

Bitnik w mnisiej szacie

"Wietrzejace od niepamietnych czasow postrzepione turnie wznosily sie groznie nad naszymi glowami, budzac we mnie przedwieczny lek.

- Te gory sa tak ciche - powiedzialem.

- Tak czlowieku! Czy wiesz, ze dla mnie ta gora jest Budda rozmyslajacym cierpliwie przez setki tysiecy lat w zupelnej ciszy, w doskonalym milczeniu, jakby modlil sie za wszystkie czujace istoty i czekal, az przyjdziemy don i wyciszymy wszystkie nasze troski i szalenstwa" - tak opisywal noc na prerii Jack Kerouac w dedykowanej chinskiemu mistrzowi Han Szanowi powiesci "Wloczedzy dharmy".

Tak, wedrujac po Ameryce z panienka i torebka haszyszu zawsze pod reka, wyobrazal sobie buddyzm Vincent Imberti, zanim sam usiadl na poduszce medytacyjnej.

- Odlot i zjednoczenie z natura - opowiada, poprawiajac mnisia szate na wychudzonym ciele. - Teraz wiem, ze w medytacji nie ma fajerwerkow ani mistycznych odlotow. A przynajmniej niezbyt czesto. Jest metodyczne cwiczenie umyslu.

Dziecinstwo Vincent spedzil pod Bordeaux. Ojciec - handlarz sztuka - mial znana galerie. Zawsze mieli kilka samochodow, kucharza, sprzataczke. Na obiady przychodzili miejscowi notable - prawnicy, lekarze i mer.

Vincent: - Sluzba czyscila mi buty, slala lozko.

Matka chodzila w niedziele do kosciola, ojciec byl liberalem - ateista. Ale religii sie nie sprzeciwial. Vincent poszedl w slady matki.

- Podobal mi sie Chrystus, tajemnica, ktora sie z nim wiaze. Msze wtedy odprawiane byly po lacinie, to jeszcze bardziej te tajemnice poglebialo.

Mial dziewiec lat, gdy przestal sie spowiadac. Wrocil do konfesjonalu po trzech miesiacach. Z tymi samymi grzechami co zwykle: oklamal mame, obzeral sie slodyczami.

- A jak dlugo sie nie spowiadales? - zapytal surowy glos zza drewnianej scianki.

- Trzy miesiace.

- Spojrz na krzyz! - zagrzmial glos. - Twoje grzechy sprawiaja, ze krwawi!

Tego dnia Vincent przezyl pierwszy w zyciu kryzys duchowy. Ale Chrystus wciaz go fascynowal. Codziennie - w tajemnicy przed rodzicami i kolegami - jezdzil rowerem do kosciola.

- Gdybym byl Azjata, zostalbym nowicjuszem, potem mnichem. W Europie balem sie, ze uznaja mnie za swira - opowiada dzisiaj.

Mial 15 lat, kiedy rodzice wyslali go do szkoly katolickiej z internatem, niedaleko Tuluzy. Zamieszkal wsrod chlopcow z dobrych domow. Program byl surowy: lekcje od siodmej do siedemnastej, potem pol godziny przerwy i znowu za lawke - odrabiac prace domowe. Katechizm musial wykuc na pamiec.

Na uniwersytecie (ekonomia i historia sztuki, bo tak chcial ojciec), w roku 1969, wytrzymal jedne zajecia - o stylach kolumn greckich. - Uznalem, ze ta wiedza nic mi nie da - mowi.

Uciekl ze studiow do Anglii, potem do USA. W roku 1972 pojechal do Indii, jak wielu jego kolegow z dobrych domow, miejsca, gdzie hippisi zakochiwali sie wlasnie w mistycyzmie Wschodu.

- Poczulismy zycie bez struktur, spalilismy paszporty, zaczelismy cpac. Jezdzilem tak przez poltora roku. W Indiach stalem sie zwierzeciem. Jadlem, kiedy bylem glodny. Spalem, kiedy chcialo mi sie spac. Wyrzucalem z plecaka niepotrzebne rzeczy. Po paru miesiacach nie zostalo w nim nic. Sprzedal plecak na jakims bazarze.

- Pchala mnie zadza odkrywania. Ale po roku dopadl mnie strach. Kumple wokol zaczeli zdychac w bolu od narkotykow. Widzialem, ze ja tez wkrotce umre. I umarlbym, gdybym nie musial przedluzyc wizy.

Wytarte chodniki

Pobudka o 3:30 rano. O 5:30 sniadanie (ciepla zupa, birmanskie nalesniki, papaja i slaba kawa), piec godzin pozniej obiad (ryz, warzywa, mieso, owoce, ciastka) - ostatni posilek. To caly program dnia w klasztorze dla tych, ktorzy nie chca zostac mnichami. Reszta jest medytacja - uwaznym siedzeniem na poduszce lub spacerowaniem. Co dwa dni rozmowa z mistrzem - trwa 15 minut.

Instrukcje nauczyciela U Nana Ramsi sa proste: - Obserwuj uwaznie kazdy ruch reki, kazda mysl, kazda emocje. W myslach nazywaj kazda czynnosc. Nie odlatuj w sny na jawie, nie poddawaj sie emocjom.

U Nana Ramsi - Chinczyk z Malezji - uczy medytacji przybyszow z Zachodu. A wcale nie zapowiadalo sie, ze zostanie buddyjskim mnichem.

- W naszym domu wszedzie byly oltarzyki z bostwami. Bostwa w kuchni, w pokoju na parterze i we wszystkich pokojach na pietrze. I zapach kadzidelek. Rodzice wyznawali taoizm.

Uczac medytowac ludzi Zachodu, sam tez czegos sie o nich nauczyl:

- Nie jest tak, jak myslimy w Azji, ze nie szanuja rodzicow. Caly czas o nich mysla - opowiada.

Ale na dluzsza rozmowe nie daje sie naciagnac.

- Ludziom Zachodu najbardziej przeszkadza w medytacji to, ze wiedza za duzo. I nie potrafia pozbyc sie mysli. Wiec nie mysl za duzo, nie gadaj i obserwuj uwaznie umysl.

Zaraz po rozmowie z nauczycielem ide do starego pawilonu medytacji - usiasc pod moskitiera, na poduszce wypelnionej ziarnami soi.

Opat Czanmjaj zbudowal nowy pawilon do medytacji - podloga z drogiego drewna, malowidla na scianach, szmer wentylatorow pod sufitem. Niepotrzebnie. I tak wszyscy medytuja w starym pawilonie, gdzie chmary komarow wlatuja bez przeszkod przez szpary w oknach, a z blaszanego sufitu leci ciurkiem woda. Niebieskie swiatlo wpada przez brudne szyby. W wazonach przed Budda stercza zeschniete liscie i puste szklanki z woda. Od razu widac - tutaj medytuja faceci. W pawilonie kobiet codziennie ktos stawia przed Budda swieze kwiaty.

- Tu jest atmosfera - tlumaczy jeden z mnichow. - Chodniki sa wytarte stopami tych, ktorzy osiagneli oswiecenie.

Piloci helikopterow

Vincent pojechal po wize do Tajlandii. W Bangkoku poszedl spac do klasztoru Phleng, zeby nie placic za hotel. Byl rok 1973, kwiecien. Wiceopat mowil dobrze po angielsku, na dodatek byla niezla biblioteka. Vincent postanowil zabawic w klasztorze dluzej. Dwa miesiace pozniej opat spytal, czy nie zechcialby zostac mnichem.

- Wlasnie konczyla mi sie tajlandzka wiza. Zgodzilem sie. Ale najpierw musialem dostac zgode rodzicow: taki jest wymog w tajlandzkich klasztorach.

Troche sie bal. Ale rodzice przyslali list z zezwoleniem. Na Zachod dochodzily juz wiesci o hippisach, ktorzy zacpali sie w Azji na smierc.

- Matka uznala, ze lepiej juz, zebym zyl w klasztorze, niz wbijal sobie igly w zyle gdzies na trasie - wspomina Vincent.

Zostal mnichem 14 lipca 1973 roku. Pozostali Francuzi swietowali tego dnia zdobycie Bastylii.

Z Bangkoku pojechal do Wat Pathong, lesnego klasztoru tajlandzkiego mistrza medytacji Adzana Czaa. Mlodzi Amerykanie i Anglicy,wychowani na literaturze bitnikow, przechodzili tam wlasnie pierwsze spotkania z prawdziwym buddyzmem.

- Zbieranina kolorowych typow: piloci helikopterow rozbici psychicznie wojna w Wietnamie, idealisci z bogatych przedmiesc Londynu, spirytualisci z New Age1u.

Wielu z nich zostalo mnichami na cale zycie, kilku znanymi pisarzami. Pamietam, jak przyjechal pozniejszy autor duchowych bestsellerow Ram Dass. Pod pacha trzymal deske do surfingu, otoczony byl gromadka pieknych kobiet i sniadych dzieci, polowa z nich byla pewnie jego - opowiada Vincent.

Opat Adzan Czaa byl juz wtedy legenda: mial za soba lata medytacji w dzungli, gdzie w ascezie badal swoj umysl, wedrujac sciezkami znanymi tylko jemu i tygrysom. Kiedy wrocil do swiata, okazalo sie, ze wie wiecej o medytacji niz wszyscy uczeni z Bangkoku razem wzieci, ktorzy znaja na pamiec starozytne pisma palijskie. Do jego klasztoru zaczely sciagac setki uczniow.

- Adzan Czaa byl niebywalym aktorem. Przyjmowal ludzi swieckich siedzac na podlodze. Kazdy mogl przyjsc, usiasc, posluchac, co mowi. Gdy byl z tajskimi oficerami, mowil, jakby sam byl generalem. Z wiesniakami jak wiesniak. Uczyl skrupulatnej samoobserwacji. Ale nie dawal zadnych konkretnych instrukcji medytacyjnych. Rozmawial, odpowiadal na pytania - wspomina Vincent.

Po kilku miesiacach Adzan Czaa wyslal Francuza do filii klasztoru, gdzie nikt nie mowil po angielsku. Vincent nie mial wyboru - nauczyl sie tajskiego.

Trzy razy odwiedzali Vincenta rodzice. - Ostrzegalem matke w liscie: nie sciskaj mnie na powitanie, bo zlamie kodeks mnichow. Dostosowala sie - wspomina.

Pierwsza wizyta, w roku 1974, przekonala Guya i Irene Imberti ostatecznie, ze w buddyzmie nie chodzi o narkotyki. Odetchneli z ulga. Za druga wizyta, w roku 1978, zrozumieli, ze Vincent nigdy nie wroci prowadzic galerii. Matka zatrzymala sie wtedy na kilka nocy wsrod mniszek, ojciec wsrod mnichow.

- Zobaczyli, jak wyglaszam kazanie dla wiesniakow po tajlandzku. Wywarlo to na nich wrazenie. Podobalo im sie, ze moi koledzy, mnisi z Zachodu, pokonczyli najlepsze uniwersytety.

Na lotnisku rodzice podziekowali Vincentowi. - Nauczylismy sie duzo - mowili. Ani razu nie spytali, kiedy wraca.

Francuski mnich: - Na szczescie moja siostra wyszla za maz za lekarza i ma trojke dzieci. Zaspokoila oczekiwania rodzicow.

Wedrowki buddyzmu

Buddyzm znany byl juz filozofom greckim, ale na wieksza skale zaistnial w kulturze Zachodu dopiero w drugiej polowie XIX wieku. Nie bez pomocy Madame Heleny Petrovej Blavatsky, wplywowej spirytualistki, ktora twierdzila, ze prawdziwy okultyzm zachowal sie tylko na Wschodzie.

W XX wieku w USA osiedlilo sie wielu znanych japonskich mistrzow zen, z najslynniejszym Daisetzem Teitaro Suzukim. A do Wielkiej Brytanii naplywali, glownie z Birmy, ktora byla brytyjska kolonia, mistrzowie Theravady - najstarszej szkoly buddyzmu. Po roku 1951, kiedy Chiny napadly na Tybet, na Zachod przedostalo sie, z przystankiem w Indiach, wielu tybetanskich mistrzow, w tym sam Dalajlama, ktory w roku 1989 dostal pokojowa Nagrode Nobla. Na jego wyklad w nowojorskim Central Parku w roku 1991 sciagnelo sto tysiecy ludzi. W amerykanskich i brytyjskich ksiegarniach zaroilo sie od ksiazek o buddyzmie. Z Ameryki nauki Buddy wracaja dzis w nowej postaci do Azji.

Nie wroce do ich swiata

Vincent Imberti postanowil jechac do Indii na pielgrzymke. Bez pieniedzy - buddyjski mnich nie powinien ich posiadac. Zebral o jedzenie, wedrowal pieszo. W kraju, z ktorego pochodzil Budda, pod wodza nauczyciela medytacji Goenki dojrzewal wlasnie ruch odrodzenia buddyzmu.

Goenka, rocznik 1924, byl kiedys jednym z najbogatszych birmanskich przemyslowcow. Ale pieniadze nie uratowaly go od chronicznej migreny. Nie pomogli najlepsi lekarze w USA, Japonii, Wielkiej Brytanii. Goenka poszedl wiec w roku 1955 w Yangonie na kurs medytacji do swieckiego nauczyciela U Ba Khina. Wyleczyl bol glowy i wkrotce sam zostal nauczycielem medytacji. W dobrym momencie - wladze birmanskie wlasnie znacjonalizowaly przemysl. Goenka stracil caly majatek, przeniosl sie do Indii. W roku 1983, kiedy Vincent trafil do jednego z jego centrow, Goenka mial osrodki medytacji na calym swiecie. Przez jego 10-dniowe kursy vipassany przeszlo tysiace chetnych.

Ale technika, ktorej nauczal Goenka, nie zaspokoila Vincenta. Zniechecil go tez tlum zachodnich buddystow, ktorzy u Goenki medytowali.

- Brakowalo im lagodnosci, gracji, spokoju. Mieli w sobie za to mnostwo zlosci - wspomina.

Przypominal sobie pare Belgow z Bangkoku, pierwszych bialych turystow, jakich widzial po latach w dzungli.

Vincent: - Szli ulica, klocili sie o to, jaka bizuterie maja kupic. Sztywne gesty, zaciekle twarze. On krzyczal: ty suko! Tajowie wokol nic nie mogli zrozumiec, ale patrzyli na nich jak na kosmitow. To wspomnienie przewazylo. Pomyslalem - za nic nie wroce do ich swiata.

Wrocil do Tajlandii - na kolejne 10 lat.

Romantyk w dzungli

W maju 1993 roku Vincent Imberti pojechal na Sri Lanke. Na siedem lat, szukac samotnosci. Rodzice kupili mu bilet w jedna strone.

Zatrzymal sie w lesnym klasztorze w Mitrigara Arahna, szescdziesiat kilometrow od stolicy - Kolombo. Studiowal jezyk pism buddyjskich - pali. Medytowal, nie dbal o sprawy doczesne, az jedzenie - pelne oleju i chili - zepsulo mu zoladek.

Ale nawet w lesnym klasztorze bylo mu za wygodnie. Po pieciu latach postanowil - samotna medytacja w dzungli, wsrod dzikich zwierzat albo smierc.

Nad rzeka, dwa kilometry od wioski Madumana, w strefie suchej, zbudowal chate z gliny - trzy sciany, sufit z lisci, jedna strona calkowicie otwarta. Nauczal wiesniakow dharmy. Zebral w ich wiosce o jedzenie. Kiedys trafil tam nauczyciel z Anglii, znali troche angielski.

- Ta dzungla to byl romantyczny odruch - mowi Vincent.

Wiesniacy bali sie przychodzic do jego chaty - zyl wsrod wezy, duchow i dzikich sloni.

- W nocy slyszalem trzask pekajacych drzew. Dzikie slonie szly przez dzungle. To jedno z najbardziej przerazajacych doznan. Jest sie czego bac: nastepnego dnia widzisz drzewa polamane jak zapalki. Ale nauczylem sie, ze jak zapale lampe naftowa, slonie nie podejda blisko. Kiedy jestes sam w dzungli, czujesz sie dziwnie. Ciagle zastanawiasz sie, co bedzie, jak wrocisz do swiata. I nie chcesz wracac - mowi mnich. - W dzungli samotni ludzie zaczynaja robic dziwne rzeczy: chodza nago, traca kontakt z rzeczywistoscia. Ja zaczalem przerzucac kamienie w strumieniu, z miejsca na miejsce. Zeby ladniej wygladal.

Wrocil do swiata po szesciu miesiacach, bo zachorowal. Nie mogl trawic jedzenia. Zoladek palil. Ale nie zaluje. Mowi: - To byla cena samotnosci.

P.S. Cytowalem "Wloczegow dharmy" Jacka Kerouaca (Rebis, Poznan 1994) oraz "The Power of Mindfulness" Nyanaponiki Thery (The Wheel Publication, Kandy, Sri Lanka 1976)

Ostatnia modyfikacja: Fri Jan 31 20:06:19 2003