Wybrane artykuły Nowego Dziennika

Jak 11 wrzesnia Jan Demczur uciekal z polnocnej wiezy WTC

Cztery minuty do smierci

Marek Tomaszewski

11 wrzesnia 2001 roku o 8:45 rano Jan Demczur, Polak ukrainskiego pochodzenia, ktory pracowal w Swiatowym Centrum Handlu (WTC) jako zmywacz okien, wsiadl do windy na 44. pietrze wiezy polnocnej. Z czterema innymi osobami i swoimi narzedziami do zmywania jechal na 70. pietro. O 8:46 w gmach uderzyli terrorysci.

"Nagle winda wstrzasnelo, zaczela spadac, obijajac sie o sciany szybu" - relacjonuje w rozmowie z "Nowym Dziennikiem" 48-letni Demczur.

Zaden z pasazerow w spadajacej windzie - John Paczkowski, George Phoenix, Colin Richardson, Shivam Iyer, Alfred Smith i Jan Demczur - nie wiedzial, na ktorym pietrze sie znalezli, gdy budynkiem zatrzeslo, poniewaz winda byla ekspresowa i wskaznik nie pokazywal wszystkich pieter.

W czasie spadania Demczur ocknal sie pierwszy. Zaczal wciskac rozne guziki, rowniez alarmowy; bez efektu. "Musi przeciez gdzies byc przycisk z czerwonym napisem emergency stop - pomyslal. - Za facetem kolo mnie" - wpadlo mu do glowy. Krzyknal: "Wcisnij guzik!". Mezczyzna nacisnal - i winda zaczela zwalniac.

To byl pierwszy raz tego dnia, kiedy Jan Demczur oszukal los.

Dym w windzie

Cala piatka kilkanascie sekund stala w milczeniu. Z wewnetrznego telefonu laczacego windy z centrala odezwal sie glos: "Co sie tam dzieje?". Demczur odpowiedzial, ze spadli kilka pieter i nie wiedza ani na ktorym z nich winda stanela, ani dlaczego. Glos zdazyl jeszcze wykrztusic, ze "cos" stalo sie na 91. pietrze budynku. Zaraz potem zamilkl.

Demczur zaczal zastanawiac sie, co robic dalej. Jak wyjsc z zelaznej klatki?

"Jeden z mezczyzn byl bardzo wysoki - opowiada pan Jan. - Zaczal wiec rozpychac sufit windy, aby wpuscic wiecej powietrza". Ciagnal to w jedna, to w druga strone, ale niczego nie osiagnal. Wtedy pomysleli o drzwiach.

"Jak otworzylismy drzwi, to byla sciana i na niej liczba 50, wiec wiedzielismy juz, ze jestesmy na 50. pietrze" - wyjasnia Demczur, podkreslajac, ze na szczescie w czasie ich przymusowego pobytu w windzie swiecilo w niej swiatlo i nikt nie panikowal.

Po otwarciu drzwi do malego pomieszczenia zaczal wdzierac sie dym. Kiedy zamkneli, nie bylo z kolei czym oddychac. Demczur zaproponowal wtedy, ze jednak lepiej trzymac je otwarte, bo pomimo dymu dochodzi powietrze. Otworzyli je wiec ponownie. Zeby sie nie zamykaly, Demczur wlozyl miedzy nie ponadmetrowy pret.

Odruchowo przeciagnal reka po scianie.

Dlubanie w gipsie

"Od razu zorientowalem sie, ze to jest gipsowa scianka, a wiec nie bedzie wielkiego problemu z rozbiciem jej" - ze znawstwem ocenil sytuacje. Zaczeli wiec kopac w scianke. Niestety, bez zadnego efektu. Nikt w windzie nie mial ani noza, ani innego ostrego narzedzia. Demczur pomyslal wtedy o lezacej w kuble, ktory wzial ze soba, wycieraczce do okien. Wyciagnal ja i zabral sie do mozolnego dlubania w gipsowej scianie.

Przez wyzlobiona szpare zobaczyl, ze za pierwsza warstwa jest druga, grubsza. Nie byl pewny, czy dalej nie bylo warstwy trzeciej, czwartej itd. Piatka uwiezionych w windzie szybko doszla do wniosku, ze rowniez musi zabrac sie ostro do roboty.

Wycieraczka przechodzila z rak do rak. Wszyscy, w skupieniu, bez slowa, cierpliwie drazyli otwor. Nikt specjalnie sie nie denerwowal, bo nie zdawali sobie sprawy, co dzieje sie na zewnatrz.

Praca szla bardzo powoli. Ci, ktorzy skonczyli swoja kolejke przy scianie, wpatrywali sie w nia potem zaczerwienionymi od dymu oczami, jakby pragneli rozlupac ja sila woli. Otwor drazyli na wysokosci 1 metra, gdyz - jak obliczyl Demczur - ta wlasnie czesc sciany nie byla do niczego przymocowana i w razie jej przebicia mogliby przeslizgnac sie na wolnosc. Trwalo to 40-45 minut. Z zewnatrz nie dochodzily do nich zadne dzwieki.

Zdazyl podlac kwiatki

Zgodnie z przewidywaniami po pierwszej scianie z gipsu natrafili na druga. Zorientowali sie jednak, ze jest gorszej jakosci i latwiej ja bedzie sforsowac niz pierwsza.

Demczur kopnal w nia kilka razy i zrobila sie dziura. Po drugiej stronie sciany slychac bylo brzek odpadajacych i rozbijajacych sie kafelkow. Pozniej dopiero okazalo sie, ze rozbili sciane w rogu meskiej toalety.

Jako pierwszego - bo byl najszczuplejszy - przepchneli przez dziure Alfreda Schmidta. Demczur nie pamieta dokladnie, czy wyszedl jako trzeci czy czwarty. "W kazdym razie wyszlismy wszyscy" - mowi.

Drugi raz tego dnia udalo mu sie oszukac los.

Zadaniem Schmidta bylo znalezienie pomocy. Od Demczura wiedzial, ze gdy wyjdzie na korytarz, znajdzie szesc innych wind. Tak tez bylo. Nacisnal jeden z guzikow i otworzyl jedna z nich. Zjechal z 50. na 44. pietro. Przyprowadzil dwoch strazakow i cywila z kluczami.

Teraz piatka rozlaczyla sie. Wiekszosc zaczela uciekac schodami. Demczur, razem ze strazakiem, ktory bardzo go popedzal, wsiadl do windy, chociaz pamietal, ze instrukcje przeciwpozarowe wyraznie tego zabraniaja. Bez problemow jednak, razem ze strazakiem, zjechali na 44. pietro. Tam wysiedli i ktos skierowal ich na schody.

Demczur niosl ze soba narzedzia pracy. Z wycieraczki, ktora drazyl otwor w scianie, zostala tylko raczka - gorna czesc zlamala sie i spadla w czarne czeluscie budynku.

Postanowil zejsc z 44. pietra. Zanim doszedl do schodow, zobaczyl stojace nieopodal kwiaty. Podlal je woda ze swojego kubla, bo, jak wtedy pomyslal: "Przeciez nie wiadomo, kiedy je ktos podleje".

Wyscig ze smiercia

Zaczal zbiegac w dol i jakos nie widzial ludzi za soba. Wygladalo na to, ze byl ostatnim z uciekajacych cywilow. Mijal wprawdzie kilku strazakow i policjantow, ale ich zadaniem bylo - tak, jak w czasie pierwszego ataku terrorystow na WTC w 1993 roku, ktory Demczur rowniez przezyl - sprawdzic, czy ktos nie pozostal wewnatrz. Nikt nie myslal, ze budynek moze sie zawalic.

Kiedy zbiegl trzy pietra w dol, zobaczyl pelno ludzi. Bardzo wolno schodzili. Obliczyl potem, ze skoro zejscie z pietra zajmowalo srednio 1,5 minuty, to gdyby winda zatrzymala sie piec pieter wyzej, nie byloby czasu na opuszczenie budynku.

Na 12. pietrze schodzacy w dol Demczur uslyszal straszny huk. Myslal, ze to eksplozja instalacji elektrycznej. Teraz wie, ze byla to wieza poludniowa WTC, ktora zgrzytajac i chrzeszczac zawalila sie...

Dopiero po wyjsciu na zewnatrz pan Jan zorientowal sie w rozmiarach tragedii. "Patrzylem na budynek. Ciagle jeszcze stal; palilo sie kilka pieter na gorze" - opisuje. Pamieta tez, ze podszedl do niego jakis medyk. Udzielil mu pierwszej pomocy i zalozyl na twarz maske. Nie widzial jednak wiezy poludniowej. Myslal, ze z miejsca, w ktorym stal, nie mozna jej zobaczyc.

"Zapytalem o to stojacego kolo mnie mezczyzne i uslyszalem, ze tamten budynek juz sie zawalil" - mowi Demczur. Wiele gruzu z niej nie widzial, gdyz wyszedl na zachodnia czesc dolnego Manhattanu, a wieza poludniowa padla w przeciwna strone. Wokolo bylo jednak bardzo duzo szarej warstwy pylu grubosci 10 cm.

Ktos glosno zawolal, zeby przesuwac sie dalej, bo coraz wiecej ludzi wychodzi z budynku. Bardzo go tez zastanowil inny krzyk - krzyk policjanta na srodku ulicy. Bardzo glosno, niemal histerycznie nawolywal, aby uciekac.

Demczur spojrzal w gore i zobaczyl, jak antena stojaca na szczycie wiezy polnocnej zaczyna sie obsuwac. Bardzo sie wtedy przestraszyl, bo nie wiedzial, w ktora strone budynek padnie. Byl jedna przecznice od rozsypujacej sie wiezy. Zaczal trzasc sie jak galareta. "Jesli spadnie w moja strone, to mnie zabije" - pomyslal przerazony. Zaczal biec, co kilka krokow ogladajac sie do tylu. Widzial, jak wieza zapadala sie pietro po pietrze. "Slychac bylo, jak zgrzyta i chrzesci to wszystko" - odtwarza dzisiaj te chwile. Budynek osiadl w miejscu, w ktorym stal. Demczur prosil tylko Boga, aby ratowal ludzi, ktorzy tam pozostali. "To wszystko bylo straszne" - mowi, jakby wciaz nie wierzyl w to, czego byl swiadkiem.

I tym razem - po raz trzeci tego samego dnia - Janowi Demczurowi udalo sie oszukac los.

W objeciach przyjaciela z windy

Jak obliczyl pozniej, wieza WTC zaczela osuwac sie cztery minuty po tym, jak wyszedl z budynku.

Po kilku minutach ucieczki zwolnil i przestal biec. Przeszedl kolejne trzy przecznice i zatrzymal sie. Ciezko mu bylo oddychac. Oczy mial podraznione dymem i zaproszone pylem. Przymknal je na chwile, gdy ktos zblizyl sie do niego i zapytal, jak sie nazywa. "Jan - odparl - a jak ty masz na imie?". "George" - uslyszal. Po chwili rozpoznal, ze to ten sam mezczyzna, ktory byl z nim w windzie. Objeli sie i stali tak bardzo, bardzo dlugo.

Ruszyli razem w gore Manhattanu, ale wkrotce rozstali sie, bowiem Jan Demczur chcial odnalezc zone, ktora pracowala we wschodniej czesci dolnego Manhattanu. Dowlokl sie do banku, w ktorym byla zatrudniona. "Zona, dopiero gdy zobaczyla mnie zywego, uwierzyla, ze juz jestem bezpieczny" - mowi Demczur.

Przez wiele dni po 11 wrzesnia nie mogl z nikim rozmawiac, plakal caly czas, trzasl sie. Nie mogl dojsc do siebie, nie spal.

Teraz przechodzi terapie. Nie wie, jak dlugo to potrwa. Raczke od wycieraczki, ktora uratowala zycie jemu i pieciu innym osobom, podarowal kilkanascie dni temu waszyngtonskiemu Muzeum Historii Amerykanskiej. 11 wrzesnia 2002 roku zostanie pokazana na wystawie poswieconej wrzesniowej tragedii.