[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (4 lutego 2000 r.)


JAN PIESZCZACHOWICZ

Krytyki
władyka

19 stycznia minęło 25 od śmierci prof. Kazimierza Wyki, wybitnego humanisty i pisarza; 19 marca skończyłby - gdyby Opatrzność obdarzyła go długowiecznością - 90 lat. Z okazji rocznicy śmierci odbyła się w akademickim kościele św. Anny w Krakowie msza, po czym przyjaciele i uczniowie Profesora spotkali się w murach Uniwersytetu Jagiellońskiego, wspominając jego postać i dorobek.

Czy należy zaliczyć do paradoksów w majestacie śmierci fakt, że jako pierwsi (albo jedni z pierwszych) dowiedzieli się o jego odejściu kibice piłkarscy, co prof. Marian Tatara tak opisał: "W niedzielę 19 stycznia 1975 roku przed południem na stadionie ´Cracoviiª odbywał się mecz piłki nożnej. Spiker zawodów ogłosił wiadomość o śmierci byłego wiceprezesa klubu Kazimierza Wyki. Po spotkaniu sportowym grupy kibiców piłkarskich udały się na ulicę Gołębią pod gmach polonistyki. W tym czasie odbywały się w nim zajęcia Studium Podyplomowego. Słuchacze, a wśród nich znajdowali się byli uczniowie profesora, z okrzyków wznoszonych na ulicy dowiedzieli się o jego zgonie". Ten hołd nie dziwi jednak: wszak Wyka przez wiele lat był zapamiętałym kibicem, wespół z rektorem Wyższej Szkoły Pedagogicznej prof. Wincentym Dankiem (też z Krzeszowic), a ich okrzyki na trybunach pod adresem zawodników i sędziów nie były ani ciche, ani beznamiętne...

A potem odbył się jego pogrzeb na cmentarzu na Salwatorze, na Wzgórzu Świętej Bronisławy, jednej z jego ulubionych krakowskich okolic, prowadzony przez kardynała Karola Wojtyłę, który zetknął się z profesorem, gdy zaczął studiować polonistykę i bardzo go cenił. W ostatniej drodze towarzyszyło zmarłemu kilka pokoleń polonistów i humanistów, którzy przyszli żegnać mistrza, "niezastąpionego" - jak powszechnie mówiono. Dla większości z nich odszedł ktoś więcej niż znany profesor UJ - odszedł obdarzony charyzmą guru, kipiący pomysłami i koncepcjami. Ileż artykułów i dysertacji wysnuto z jego kilkuzdaniowych uwag i rad! Nigdy zresztą nie narzucał swoich myśli, on je jakby rozsiewał hojną ręką, a one kiełkowały, gdy trafiły na podatną glebę.

Znamienne, że różni ludzie zapamiętali go niby podobnie, a jednak odmiennie. Sytuacje, w jakich spotkałem się z Kazimierzem Wyką, też nie były jednoimienne. Najbardziej utkwił w mej pamięci jako pełen uroku towarzyskiego, życzliwy człowiek pełen delikatnego humoru, który potrafił być kąśliwy, kiedy natknął się na szczególną głupotę.

Spotkałem się z nim na samym początku studiów. Wyka - jakby się chciał bliżej przyjrzeć pierwszoroczniakom - ustalił jako "zadanie domowe" napisanie w dowolnej formie o książce - współczesnej bądź z przeszłości - która zwróciła naszą uwagę. Przeczytałem akurat przedwojenną powieść Anieli Gruszeckiej Nad jeziorem - pełną uroku historyczną sielankę osadzoną w średniowieczu. Piórem na tzw. kratkowanym papierze (maszyna do pisania była wtedy odległą przyszłością w moim marnym budżecie) przekazałem swoje wrażenia. Kiedy Wyka zbierał nasze odręcznie napisane wypracowania, byłem niemal przekonany, że nie przeczyta owych bazgrołów. Ale przeczytał, chyba wszystko i dokładnie, skoro wdał się ze mną w rozmowę o książce Gruszeckiej, zaczynając od słów: "Więc to jest nadal dobra proza?". Umieściłem ów tekścik w mojej debiutanckiej książce Na widnokręgu historii.

Zapamiętałem też innego Wykę, jakby ogarniętego "smugą cienia" i przeczuciem zbliżania się Thanatosa, o którym tyle napisał, publicznie i prywatnie. Kiedyś, w latach 60., miałem popołudniowy dyżur na uczelni, był ponury jesienny dzień. Wszedł Wyka, jakiś cichy i smutny, kiedy zaś usiłowałem poprawić mu humor, machnął ręką i powiedział łamiącym głosem: "Dziękuję, niech pan da spokój, nie warto zajmować się ´grobem pobielanymª".

Ci, którzy uważali go za szczęściarza, nieledwie "króla życia" i zazdrościli mu nierzadko, mieli rację o tyle, że w warstwie widocznej gołym okiem wszystko niemal mu się udawało: błyskotliwa kariera naukowa, wieloletnia funkcja dyrektora Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, prorektorstwo UJ, sukcesy pedagogiczne, szybko mnożące się publikacje w czasopismach i książkowe. Ci, którzy znali go bliżej wiedzieli, że kryły się w owej przebogatej osobowości obszary cienia, mroku i dolegliwego niepokoju, ukryte w obszarze jego prywatności, czym dzielił się z nielicznymi i chyba nigdy do końca, jakby skrywał jakieś tajemnice. Wspominają o tym ludzie mu bliscy, np. Tadeusz Różewicz, autor wiersza dedykowanego pamięci Profesora, gdzie mowa o dojmującym lęku:

Bezbarwny bezwonny
wsącza się w ciebie
z każdym oddechem
w świetle dnia
(....)
czego się lękasz powiedz
ja nie wiem
wiem
To cień rosnący cień

W jednym z listów do poety Wyka - w związku z wiadomością o śmierci ulubionego pisarza Wilhelma Macha ("Wilka") - napisał: "Nie mogę się od tej śmierci otrząsnąć. Słyszałem kiedyś takie słowa Jana XXIII: ´Każda godzina jest dobra, by umrzećª. A jednak nie mogę się otrząsnąć, i to nie jest tylko sprawa chwili. Coraz więcej na świecie ludzkiego mięsa i coraz na nim puściej". A w karteczce ze stycznia 1974 r. kontynuował jakby ów wątek: "Bo przecież nadciąga nieuchronnie data, kiedy mój biogram się skończy: 19?? coraz więcej o tym myślę". W rok później niepokojące znaki zapytania zostały niestety wypełnione...

*

Wróćmy jednak do życia, bo on je kochał, bo kipiało wokół niego, podsycane niekiedy jakby od niechcenia, ale w sposób znaczący. Dziś widzę (nie tylko ja), jak zręcznie potrafił tworzyć atmosferę, w której lenistwo intelektualne czy pisarskie stawało się po prostu nieprzyzwoitością. Iluż ludzi wzbogaciły kontakty z nim: stawał się dla nich czymś w rodzaju "południka 0", od którego liczą się wszystkie maniery i lokalizacje.

Jego koncepcja osobowości - własnej i kształtowanej u innych - słusznie może być nazwana "renesansową". Streszczała się w ulubionym cytacie profesora Dzienników Fryderyka Hebbla: "Człowiek najlepiej czyni rozrastając się na wszystkie strony, a niewiele się troszcząc o rdzeń centralny, który ma wiązać te rozbieżne kierunki. To wiązanie odbywa się i tak bezpośrednio bez jego przyczynienia się, gdyby zaś takiego rdzenia nie było, nikt go sobie sztucznie nie wprawi". Należał do szczęśliwych posiadaczy owego "rdzenia", a imponujący zakres jego zainteresowań oraz praktyka badacza i humanisty w pełni potwierdzały magnetyczne właściwości takiej postawy.

Nie był nigdy mieszkańcem wieży z kości słoniowej, zacisznego gabinetu uczonego, przeciwnie, głosił bezustannie: "Tego kraju jestem piekielnie ciekaw", co przekładało się na dosłowne bądź realizowane na papierze "wyjazdy w teren", potwierdzające jego umiejętności nawiązywania kontaktów zarówno z intelektualistami, jak i prostymi ludźmi, np. góralami z ukochanej Bukowiny, z którymi potrafił godzinami "gwarzić". Cenił ich zdrowy rozsądek i wyobraźnię, co łączyło się z potrzebą jakiejś równowagi poprzez związki z ziemią, z "małymi ojczyznami", jak Krzeszowice i Kraków, oraz oczywiście z wielką ojczyzną od Tatr po morze.

Z owej pasji obserwatora zrodziły się eseje osadzone "tu i teraz", dalekie od patriotycznej idealizacji czy uproszczeń, a jednak pełne niezmierzonej, trudnej miłości do Polski. Wyróżnia się Życie na niby, przenikliwe studium negatywnych skutków zniewolenia "człowieka przeciętnego" w okresie niemieckiej okupacji - i głupiej, zbrodniczej arogancji hitlerowskiej "rasy panów", obserwowane z perspektywy rodzinnych Krzeszowic. Praca ta, w której nawet konstatacje ekonomiczne godne są dziś uwagi (np. "gospodarka wyłączona"), owa przenikliwa "opowieść ziarnka piasku o tym, co czynią fale", jest rewelacją w skali międzynarodowej. Wyraża przekonanie, "że może oprócz okrutnego i nieodwołalnego żywiołu dziejów istnieje trybunał słuszności dla pokonanych, dla cierpiących, dla udręczonych, dla katowanych" - jak napisał w książce o odkrytej przez siebie w okresie wojny poezji K.K. Baczyńskiego.

Po latach widać jasno, że był pisarzem, uczonym i człowiekiem zakorzenionym mocno w bycie, o silnym odczuciu stawania się dziejów: Pisał: "Historia jest daleko i historia jest tuż"; "Tradycja jest żywą tkanką, tworzy się na naszych oczach" i jeszcze: "Tradycja może stać się opętaniem, urzeczeniem, fascynacją, wcale nie prowadząc do tradycjonalizmu". To bardzo ważne, gdyż Wyka nie znosił upartego konserwatyzmu na równi z szowinizmem narodowym.

Szanował dorobek wieków, ale nie lubił utartych ścieżek w jego interpretowaniu. Potrafił największym naszej literatury wytknąć pomyłki i usterki, uruchamiając proces dwukierunkowy: wyłuskiwanie z przeszłości wartości nadal aktualnych - i wpisywania dorobku współczesności na mapie dokonań istniejących. Bardzo by się to przydało dzisiaj, kiedy żywioły względności postmodernistycznej igrają, jak i kiedy chcą, na ogół bez niczyjego sprzeciwu.

Można rzec, że Wyka tworzył z wiedzy, kultury, tradycji i dzisiejszości jakieś obszary "sakralne", uobecniające jednocześnie wszystkie te pierwiastki, stapiające je w jedno przedtem-obecnie, dające istnieniu ludzkiemu i polskiemu trwałe podstawy. W pięknym szkicu Rodzinne miasteczko, Kraków pisał m.in.: "Moja ojczyzna jest krajem deptanym przez kolejne wojny, niszczonym w latach naszej młodości. Tutaj jednak (w Krakowie - przyp. J.P.), w przeciwieństwie do owego gorzkiego zjawiska, dane mi było poznać miejsce wolne od ustawicznego trzęsienia ziemi. Zdaję sobie sprawę, w jakim stopniu kształtuje to moją psychikę".

*

Miał poczucie graniczności swojego pokolenia, skupionego wokół rocznika 1910, które w sposób świadomy przeżyło śmierć m.in. Żeromskiego, Reymonta, Kasprowicza, Jacka Malczewskiego (poświęcił mu książkę Thanatos i Polska...). "Do najtrwalszych wspomnień młodości - komentował - należą przecież te chwile, kiedy oglądamy, że określony i wielki gwiazdozbiór zachodzi na zawsze na firmamencie kultury narodowej, a jeszcze nie widać, które wschodzące gwiazdy ułożą się w nową i czy tak wspaniałą konstelację?" Na nowe konstelacje był stale otwarty, o czym przekonują m.in. książki Pogranicze powieści i Rzecz wyobraźni. Z rozmachem kreślił nowe kierunki i portretował talenty.

Kultura i literatura nie była dla niego zbiorem atomów czy zgoła gadżetów, którymi można dowolnie manipulować lub wyrzucić je za burtę, co dziś jest na porządku dziennym. Przyświecała mu raczej formuła Lukrecjusza zawarta w poemacie O naturze wszechrzeczy: "gońcy przekazują pochodnie życia", przenoszone z pokolenia na pokolenie, od narodu do narodu.

"Stary rdzenny liberał", jak o sobie mówił, przed wojną zwolennik pewnej formuły personalizmu katolickiego, pisał w 1963 r., że "zrozumieć nie może tych, którzy się nudzą w kraju pełnym tematów, którzy się krzywią, z zasady wybrzydzają, którzy go przyjmują jako gotowy dar i dopiero grymaszą, ach, jak kunsztownie grymaszą. Na melodię własnego pępka grymaszą". Dobrze byłoby, żeby sobie to dziś przemyśleli młodzi pisarze.

Była w owym głodzie nowych tematów i wiedzy o świecie oraz kulturze jakaś niecierpliwość - obok cierpliwości, której niewątpliwie wymagało np. napisanie obszernego studium o Panu Tadeuszu Mickiewicza. Tak jakby zza horyzontu poznania wysypywał się nieustannie rój komet, które on chwytał w swoje sieci. Od przedwojennej rozprawy (wydanej po wojnie) Modernizm polski i pracy o pokoleniach literackich (zaginionej, odnalezionej i opublikowanej dopiero po śmierci profesora) przenosił się do nowatorsko potraktowanego tematu Matejko i Słowacki; od przekornej Obrony van Meegerena (znakomitego holenderskiego fałszerza czy raczej podrabiacza obrazów) do książki o filmie Podróż do krainy nieprawdopodobieństwa; od zainteresowań teatrem (szczególnie ulubionym Fredrą) do świetnych pastiszów Duchy poetów podsłuchane.

Pamiętam, jak pisząc kiedyś obszerniejszy artykuł pożaliłem mu się na nużącą obfitość literatury przedmiotu. Zaśmiał się: "A któż panu powiedział, że trzeba przestudiować te wszystkie nudne wypociny? Należy przejrzeć głosy najważniejsze, ale tak, żeby nie kusiło ich powtarzanie, i pisać! Dopisywać, robić na marginesach ´wypustkiª. O szczegółową bibliografię będzie się pan potem kłopotał"...

Czuł się uczniem dwóch wielkich umysłów XX stulecia: Stanisława Brzozowskiego i Karola Irzykowskiego. Na własną rękę kontynuował ich postulaty rekonstrukcji zjawisk, a zarazem ich umocowania w szerokich kontekstach historycznych, społecznych, kulturowych, wśród innych dziedzin sztuki. Kierował się wiedzą, ale i swoistą, niepowtarzalną intuicją (mówiło się o słynnym "nosie" krytycznym Wyki) i okraszał to swoim stylem, jakby chwilami staroświeckim, ale przecież przylegającym do współczesności. Stał się wyrocznią już przed wojną, kiedy Witold Zechenter w dodatku literackim do IKC umieścił taki wierszyk:

Czym pisarza liryka nawyka
to wytyka mu nawyków wykaz,
groźny, śmiały krytyki władyka
patron byka, wróg słowika - Wyka.

Pogromca literackiego banału lubił czasami oddawać się niebanalnym literackim igraszkom, przytoczmy więc za Tadeuszem Kwiatkowskim fragmenciki tekstu, jak sprokurowali wspólnie z "wrogiem słowika" przed kolejną literacką zabawą (umieli się wtedy pisarze bawić, oj umieli, i to bez telewizora!) w opuszczonym dziś przez Boga i ludzi domu literatów przy Krupniczej 22. Był to zaiste osobliwy jadłospis:

"ZUPY: bulion ważykowy - rosół z jastruna - czerwona polewka - chłodnik zagórski - zupa posanacyjna. (...)

DESERY: dygaciki waniliowe - brezy w śmietanie - krem wazelinowy - kisiel katolicki".

Finezja tej propozycji jest wielostronna, warto może zwrócić uwagę na ową "czerwoną" zupę - aluzję do komunistycznych przekonań Adama Polewki, chłodnik ą la Jerzy Zagórski (żagarysta z Wilna) i kisiel związany ze Stefanem Kisielewskim, publicystą Tygodnika Powszechnego, strofowanego nierzadko przez redakcję za np. przesadny, jak na ówczesne gusty, erotyzm w prozie. Andrzej Kijowski utrzymywał, że Wyka powiedział kiedyś o nim, jednym z firmowych uczniów (obok Jana Błońskiego, Konstantego Puzyny i Ludwika Flaszena): "On tak pisze, jakby siusiał chodząc", co nie naruszyło wzajemnej sympatii obu panów.

Więc może na zakończenie przypomnijmy jeszcze wypowiedź Flaszena, który przez wiele lat uchodził za enfant terrible w owym towarzystwie, zanim wydostojniał i stał się klasykiem międzynarodowej myśli teatru awangardowego:

"Dałeś nam wiele. Grzaliśmy się w Twym cieple. Spotkanie z Tobą było czymś, co zobowiązuje. Kiedy pękał świat wartości i zdawało się, że nastąpi przemieszanie dnia z nocą, świadomość, że jesteś, sprawiała, że mieliśmy się do kogo odwołać, a kiedy sam błądziłeś, byliśmy pewni, że o tym wiesz, i nawet to wspierało nas w zmaganiach o zachowanie wierności sobie (...) To było ważne, że jest (...), że musi być, było czymś, co rozumie się samo przez się. (...) Nawet to, w czym go nie było i co przemilczał, miało swoją wagę. Ten Wyka jowiszowy z naburmuszoną brwią. I jowiszowemu wcale nie szkodził ów inny, cygański, sentymentalny, zapalony kibic sportowy, bezbronnie wystawiający się na bakchiczne spoufalenia. Nawet obnażony, zachowywał swą zagadkowość, jakiś szczególny dystans istoty wybranej. Wyka, dzieckiem podszyty, nie tracił ojcowskiego majestatu".

Podsumowania nie będzie - jest nim cały dorobek Profesora, pamięć o nim, jego ciągle odczuwalna obecność. Banalne pochwały - to nie byłoby w stylu Kazimierza Wyki.