Kraj skrzydlatych jeźdźców
Sztuka w Polsce lat 1572-1764 nad Pacyfikiem
Z profesorem Andrzejem Rottermundem rozmawia Jerzy Barankiewcz
W trwającej od 2 marca 1999 roku wędrówce przez kontynent amerykański słynna wystawa polskich zbiorów sztuki z lat 1572-1764, znana pod nazwą "Kraj skrzydlatych jeźdźców" dotarła nad Pacyfik. Bez większego rozgłosu została otwarta tuż przed świętami Bożego Narodzenia w San Diego i będzie pokazywana do końca lutego br. Wystawa jest prezentowana w najbardziej prestiżowym muzeum sztuk pięknych w tym mieście - San Diego Museum of Art - które mieści się w ciekawie zaprojektowanym w stylu meksykańskiego baroku budynku, z bogatą, typową dla tego stylu ornamentyką frontowej elewacji. Wystawa została bardzo starannie przygotowana przez kustosza zbiorów europejskich Stevena Kerna i jego współpracowników. Zbiory na nią się składające odbierali z Huntsville Museum of Art w Huntsville (Alabama) i przygotowywali do ekspozycji w Kalifornii pracownicy Zamku Królewskiego w Warszawie. Ze względu na wagę i wartość materialną zbiorów przedstawiciele muzealnictwa polskiego na całej trasie zawsze dokonują formalnego ich odbioru, a także uczestniczą w zamknięciu kolejnych ekspozycji.
Ogólne przesłanie wystawy - wielokulturowość, tolerancja religijna, bogacenie się i awans, unia z Europą - okazało się świetnie dobrane. Znalazło także wyraz w fachowo przygotowanych przez muzeum w San Diego materiałach dla prasy.
Uroczystego otwarcia wystawy, które nastąpiło 6 stycznia br., dokonali Don Bacigalupi - dyrektor San Diego Museum of Art oraz Steven Kern - kurator wystawy. Z Polski przybył prof. dr Andrzej Rottermund, dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie.
Wiele o wystawie i o Zamku Królewskim mówił profesor Rottermund podczas wieczoru w Polskim Salonie Artystycznym w San Diego, miejscu spotkań z przedstawicielami kultury i nauki polskiej, działającym w tym mieście od ponad siedmiu lat. Była to również okazja do przeprowadzenia rozmowy z gościem.
Jerzy Barankiewicz: - Jak Pan Profesor ocenia wystawę w San Diego na tle ekspozycji w innych miastach amerykańskich?
Profesor Andrzej Rottermund: - Widziałem dwie wystawy w Stanach Zjednoczonych: premierową w Baltimore i drugą w Chicago. Każde z tych muzeów dysponowało zupełnie inną przestrzenią wystawową. Walters Gallery w Baltimore mieści się w XIX-wiecznym budynku, który ma bardzo ograniczoną przestrzeń, ze ściśle zdefiniowanymi podziałami architektonicznymi, w którą trzeba było "wpisać" naszą ekspozycje. Części wystawy, jak np. prezentacja sali tronowej, były bardzo przestrzenne i pięknie zorganizowane, natomiast część poświęcona religii była bardzo stłoczona i przez to traciła na wyrazistości.
Zupełnie inaczej sprawa miała się w Chicago. The Art Institute of Chicago dysponuje oddzielnym skrzydłem przeznaczonym tylko na wystawy czasowe i tam nasza wystawa została umieszczona. Ściany muzeum chicagowskiego są ruchome i - podobnie jak sufity - regulowane, co pozwalało zorganizować przestrzeń do proponowanego przez nas podziału wystawy. Natomiast muzeum w San Diego dysponuje przestrzenią na pewno ciekawą i niektóre części naszej wystawy, jak np. religia, część militarna oraz poświęcona magnaterii są pokazywane w bardzo dobrej przestrzeni. Natomiast niezbyt udana jest część przeznaczona na ekspozycję dworu królewskiego, ponieważ tron ustawiony jest w sali, gdzie pokazywane jest wideo, a więc na pewno nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie. Ale w sumie oceniłbym bardzo wysoko ekspozycję i trud kuratorów San Diego Museum of Art. Umiejętnie wpisali tę wystawę w przestrzeń budynku.
- Jak doszło do tego, że wystawa dotarła do San Diego?
- Może powiem najpierw o podstawowych kwestiach dotyczących wystawy. My, to znaczy Zamek Królewski na Wawelu i Zamek Królewski w Warszawie, zleciliśmy ją wyspecjalizowanej agencji amerykańskiej Art International Services (AIS). Agencja ta była odpowiedzialna za wszystkie kontakty i całą stronę organizacyjną. Nasze kontakty z kuratorami muzeów, w których wystawa została już pokazana, odbywały się przez AIS, nie licząc jedynie muzeum w Baltimore, gdzie kurator galerii pani Ellen Reeder była jedną z osób, które z nami tę wystawę tworzyły.
We wszystkich muzeach osobami odpowiedzialnymi za ekspozycję byli czy są, kuratorzy różnych działów. W przypadku muzeum w Chicago był to kurator sztuki zdobniczej, w muzeum w San Diego - kurator sztuki europejskiej. W przypadku San Diego pierwszy kontakt, i to bardzo dobry, mieliśmy przed trzema laty, kiedy z profesorem Janem Ostrowskim promowaliśmy wystawę w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie. Na tę promocję przyjechali dyrektorzy wielu muzeów, którzy zainteresowali się naszą propozycją. Ówczesny dyrektor The San Diego Museum of Art Steven Brezzo z entuzjazmem i wielkim zapałem podszedł do projektu ekspozycji. Potem, gdy odszedł z muzeum, kontakty były słabsze. Ale rezultaty pracy kuratora Stevena Kerna są godne uwagi - korzystając z okazji chcę jemu i jego współpracownikom pogratulować sukcesu prezentacji wystawy w San Diego.
- San Diego to przedostatni etap w jej wędrówce po Stanach Zjednoczonych. Czy patrząc na dotychczasowe ekspozycje można powiedzieć, że cele, jakie miała spełnić, udało się osiągnąć?
- Aby na to pytanie opowiedzieć, wrócę do roku 1992, gdy do Polski przyjechała pani dr Ellen D. Reeder z The Walters Art Gallery. Zwiedziła ona wiele polskich muzeów i obejrzała najciekawsze zabytki. Wyjechała z Polski oczarowana bogactwem naszej sztuki i jej pewną odmiennością od sztuki centrów europejskich w XVI, XVII i XVIII wieku. Następnie zwróciła się do nas - do profesora Jana Ostrowskiego, do mnie i do profesora Andrzeja Ciechanowieckiego z pytaniem, czy widzielibyśmy możliwość zorganizowania dużej, reprezentatywnej wystawy sztuki polskiej z epoki baroku. Przyjęliśmy tę propozycję z wielką radością, gdyż był to pierwszy sygnał zainteresowania polską sztuką, który wyszedł ze Stanów Zjednoczonych. Wielokrotnie ponawiane nasze oferty zgłaszane do muzeów amerykańskich nie znajdowały żadnego pozytywnego oddźwięku. Również bez oddźwięku były nasze starania prowadzone przez polskie placówki dyplomatyczne. To była szansa, olbrzymia szansa i dołożyliśmy wielu starań, aby tę szansę właściwie wykorzystać.
Wraz z profesorem Janem Ostrowskim postanowiliśmy sięgnąć po rzeczy najciekawsze. Postanowiliśmy je przygotować jak najlepiej pod względem konserwatorskim; to był ogromny wkład finansowy strony polskiej.
Celem naszej wystawy było pokazanie przede wszystkim Rzeczypospolitej Obojga Narodów jako kraju rozległego, który był w tym czasie drugim co do wielkości państwem w Europie. Chcieliśmy pokazać, że był to kraj wielokulturowy, gdzie zgodnie obok siebie żyli Polacy, Litwini, Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Ormianie, mniejszości niemieckie, włoskie, a nawet szkockie. Kraj wielkiej tolerancji, który w czasie szalejących wojen religijnych był ostoją dla różnego rodzaju wygnańców religijnych, na przykład francuskich hugenotów. Chcieliśmy również pokazać Polskę jako kraj bardzo wysokiej kultury artystycznej, gdzie znajdowali miejsce pracy wybitni artyści z wielu krajów europejskich - z Francji, Włoch, Niemiec. Dwór królewski, dwory magnackie były wypełnione świetnymi dziełami sztuki i wspaniałymi kolekcjami, a architektura także była znakomita. Zależało nam także na zwróceniu uwagi amerykańskiej publiczności, amerykańskich naukowców, historyków sztuki, historyków kultury na polską sztukę i kulturę okresu wyjątkowej świetności. Pragnęliśmy, aby nasza sztuka, nasza kultura mogła zaistnieć w Stanach Zjednoczonych na stałe, aby się pojawiała w publikacjach, książkach i w albumach. Aby to osiągnąć, przygotowaliśmy wystawę bardzo starannie pod względem merytorycznym, czego wyrazem jest katalog. Musimy pamiętać, że wystawa za pół roku skończy swój żywot na terenie USA. To, co po niej pozostanie, to katalog, który będzie dostępny w bibliotekach na całym świecie. Jest on bardzo dobrze i pięknie wydany w języku angielskim i zapewne sięgnie do niego każdy, kto będzie się zajmował sztuką polską. Dlatego zwróciliśmy szczególną uwagę na jego edycję i zadbaliśmy, by znalazły się w nim eseje poszerzające obraz tego, co pokazane jest na wystawie. Oczywiście, malarstwo, rzeźbę, sztukę zdobniczą można eksponować, ale o wiele trudniej pokazać na przykład architekturę czy też przedstawić nasze dzieje. Toteż znalazł się w katalogu esej Adama Zamojskiego o historii Polski, esej czołowego amerykańskiego historyka sztuki, jakim jest Thomas DaCosta Kaufmann, który świetnie napisał na temat definicji polskiej sztuki okresu prezentowanego na wystawie.
Wracając do pytania myślę że biorąc pod uwagę wielką popularność wystawy mierzoną liczbą zwiedzających w dotychczasowych miejscach jej ekspozycji oraz entuzjastyczne recenzje, wystawa odniosła już duży sukces.
- Czy wzbudziła zainteresowanie muzealników, historyków sztuki?
- W tej chwili takim przejawem jest zaciekawienie sztuką polską w ogóle, co z całą pewnością jest wynikiem pokazania wystawy "Kraj skrzydlatych jeźdźców" w Ameryce. Wypłynęły już projekty prezentacji sztuki polskiej drugiej połowy XVIII wieku, XIX wieku i malarstwa przełomu XIX i XX wieku. Coraz częściej z prośbą o fotografie różnych dzieł sztuki zgłaszają się do nas profesjonaliści przygotowujący książki czy albumy o sztuce europejskiej; chcą wprowadzić przykłady sztuki polskiej. Jest to, jak jeszcze raz podkreślam, na pewno wielka zasługa tej wystawy. Inny przejaw zainteresowania - wiele osób z otoczenia profesora Thomasa DaCosta Kaufmanna zgłasza się do nas mówiąc, że chciałyby się zająć sztuką polską. Jedna z Amerykanek otrzymała już stypendium i będzie się w Polsce zajmowała sztuką XVIII wieku. Inna osoba zainteresowała się rzeźbą polską również XVIII wieku. To też bezsprzecznie wkład naszej wystawy i bardzo przyjaznego i osobistego stosunku profesora Thomasa DaCosta Kaufmanna do samej ekspozycji i do sztuki polskiej w ogóle.
- Czy o wyborze eksponatów decydowała tylko strona polska, czy też strona amerykańska miała jakieś sugestie i życzenia?
- Jednym z elementów sukcesu tej wystawy było to, że powstawała we współpracy ze stroną amerykańską. Jesteśmy bardzo wdzięczni pani dr Ellen D. Reeder, że zechciała się tak mocno zaangażować w tę wystawę. Miało to duże znaczenie, gdyż znacznie lepiej niż my zna ona potrzeby i przyzwyczajenia amerykańskiej publiczności. Toteż bardzo uważnie słuchaliśmy jej uwag w fazie wstępnej naszych przygotowań. Zaproponowaliśmy stronie amerykańskiej wystawę obejmującą cztery działy - dwór królewski, magnaterię, religię i wojsko - i również o tym planie dyskutowaliśmy z panią Reeder. Po przygotowaniu eksponatów nie wniosła już żadnych korekt. Strona amerykańska sugerowała, aby na wystawie były pokazane rzeczy spektakularne, wskazując na tron i insygnia królewskie, namiot turecki, poza tym, żeby pokazać pewne struktury przestrzenne charakterystyczne dla kościołów, fragmenty ołtarzy, świeczniki itd. Sam dobór eksponatów był już w naszych rękach.
- Jakiego sponsorstwa oczekuje Pan Profesor ze strony amerykańskiej i Polonii jako dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie i jako organizator wystawy?
- Sponsorstwo jest niebywale ważne dla działalności zamku z jego ograniczonym budżetem. Jest też bardzo ważne dla każdej przygotowywanej przez nas wystawy. Często zwracamy się do różnych firm działających w Polsce o wsparcie konkretnych pomysłów i przeważnie mamy bardzo interesujący odzew. W przypadku tej wystawy i jej prezentacji na Zamku Królewskim w Warszawie chcemy się zwrócić do firm amerykańskich działających w Polsce. Zapraszamy także do sponsorstwa Polonię amerykańską. Zapewniamy właściwą reklamę i właściwe potraktowanie potencjalnych sponsorów.
Sądzę, że sponsorowanie tej wystawy będzie obopólną korzyścią tak dla osoby czy firmy, która nam pomoże, jak i dla zamku. Proszę pamiętać, że Zamek Królewski w Warszawie został odbudowany wyłącznie ze środków społecznych. Wciąż otrzymujemy wielkie dary w postaci dzieł sztuki i są to dary, które przychodzą w większości z zagranicy. Fundacja profesora Andrzeja Ciechanowieckiego z Londynu, fundacja mieszkającej w Belgii Teresy Sachadian, dar profesor Karoliny Lanckorońskiej z Rzymu - to były te największe, które zdarzyły się w ciągu ostatnich lat. Nadal liczymy, że zamek będziemy upiększać i wierzymy, że duży w tym udział będą mieli ofiarodawcy ze Stanów Zjednoczonych.
- San Diego ma specjalny związek z Polską, gdyż od kilku lat związało się więzami miast siostrzanych z województwem warszawskim (teraz mazowieckim), obejmującym także Warszawę. Pragnęlibyśmy, aby powstały możliwie ścisłe związki współpracy między muzeami w San Diego a tymi w Warszawie i na Mazowszu. Czy widzi Pan Profesor możliwości przyszłej współpracy tak pięknie rozpoczętej wystawą "Kraj skrzydlatych jeźdźców"?
- Myślę, że jesteśmy dla siebie atrakcyjni. Ponieważ możemy pokazać kultury wzajemnie odległe, nawet w pewnym stopniu dla siebie egzotyczne. Trzeba by jednak wypracować jakąś formułę i zakres ewentualnej wymiany kulturalnej.
Ostatnio bardzo sprawdza się formuła wystawy jednego obrazu, szczególnego, ważnego, który mówi o kulturze, o ludziach, o stosunkach politycznych czy społecznych. Powołam się na nasze stosunki z muzeami florenckimi. W 1998 roku w Krakowie i w Warszawie pokazaliśmy słynną Wenus z Urbino Tycjana oraz obraz Rafaela La Velata, a w zamian za to udostępniliśmy Włochom znakomite dzieło Leonarda da Vinci Portret damy z gronostajem, który wystawiano we Florencji, Mediolanie i Rzymie. Do naszego znakomitego obrazu Leoanarda da Vinci stała nieustanna kolejka, mimo że wystawa była otwarta do godziny dziesiątej wieczorem. Toteż, gdybyśmy podobną formułę mogli wypracować w naszych kontaktach z San Diego, widziałbym sens takiej wymiany. Gdybyśmy pokazywali bardzo wartościowe dzieła sztuki, to dochodzą do tego koszty ubezpieczenia, koszty transportu, które nie są małe, więc trzeba pamiętać, że nie jest to proste przedsięwzięcie.
Można też szukać płaszczyzn współpracy na innych polach. Myślę tu o np. muzeum etnograficznym, archeologicznym, historycznym. Różne są więc możliwości, ale, jak mówią moje doświadczenia, publiczność przyciągają rzeczy niezwykłe. Jesteśmy otwarci na dyskusję na ten temat. Po powrocie do Warszawy przedstawię tę sprawę na posiedzeniu Rady do spraw Muzealnych istniejącej przy ministrze kultury, której przewodniczę. Być może obecna wystawa sztuki polskiego baroku w San Diego będzie początkiem dłuższej współpracy między naszymi muzeami i miastami.
*
Trzynastego stycznia w czasie programu dla członków San Diego Museum of Art kurator Steven Kern wygłosił wprowadzający do wystawy wykład. Była to wielce fachowa i przyjazna Polsce i organizacjom polonijnym prezentacja. Bardzo aktywnie w propagowanie "Kraju skrzydlatych jeźdźców" włączyła się Polonia z San Diego, której bardzo zależało, aby skorzystać z doskonałej możliwości pokazania Amerykanom Polski, gdy była potężna, dynamiczna gospodarczo i kulturowo, gdy jej obywatele stanowili zbiór różnych grup etnicznych i religijnych, a specyfikę kulturową cechowało twórcze spotkanie się szeroko rozumianego Wschodu z Zachodem. Polonia w San Diego ambitnie pragnęła wykorzystać wystawę do pokazania także Polski dzisiejszej jako znaczącego państwa w Europie, w szczególnym w jej historii momencie, kiedy po latach oddzielenia powraca do grona państw europejskich.
Do końca stycznia wystawę obejrzało ponad 50 tysięcy widzów. Mamy nadzieję, że uda się, jak wspomniał profesor Andrzej Rottermund, kontynuować współpracę muzealną i kulturalną w przyszłości, gdyż podobne prezentacje wzbogacają wiedzę Amerykanów o naszym kraju i mają duży wpływ na kształtowanie opinii o Polsce i Polakach. |