[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (18 lutego 2000 r.)


ZDZISŁAW NOWICKI

Pójdźcie do mnie
wszyscy, którzy
utrudzeni jesteście...

Profesor Andrzej Kola z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu podczas prowadzonych w 1996 roku prac ekshumacyjnych i wykopaliskowych w podcharkowskim lesie starał się uwzględniać nie tylko informacje na temat Katynia pochodzące z archiwów i nie tylko wyniki wstępnych badań archeologicznych. Starał się być otwarty na wszelkie sygnały pochodzące od żyjących jeszcze świadków. Wszystkie informacje były bardzo wnikliwie weryfikowane, nie przechodzono obok nich obojętnie. Pamiętam szok całej ekipy, kiedy to archeolodzy - a w ekipie oprócz nich byli i antropolodzy, i specjaliści od medycyny sądowej, i specjaliści od kryminalistyki, a nawet prawnik, przedstawiciel polskiej adwokatury - odkopali ślady wskazujące wyraźnie na użycie ogromnych świdrów, które wzruszywszy ziemię miały zniszczyć ślady ludzkiej tkanki. Archeologia wiele może, bardzo szybko określono, że świdrowanie ziemi - wyraźnie w celu zatarcia śladów zbrodni ludobójstwa - miało miejsce w końcu lat 70. lub na początku 80. Czyli w okresie "schyłkowego Breżniewa". To było bardzo ważne odkrycie, wynikało bowiem z niego jednoznacznie, że KGB już wówczas doskonale znał miejsca pochówku polskich oficerów i innych ofiar bolszewickich represji, że w jego kierownictwie wyraźnie obawiano się ujawnienia prawdy, ale też - że uświadamiano tam sobie, iż kończy się czas ideologii i systemu opartych na strachu, przemocy i kłamstwie. Przy tej okazji mogłem wreszcie po kilku latach zrozumieć prawdziwe korzenie pewnej koszmarnej legendy: otóż po zaledwie wstępnych próbach analizy gruntu w podpetersburskim Lewaszowie, gdzie w zbiorowej mogile spoczywa ponad 46 000 ofiar komunistycznych represji, badania gwałtownie przerwano, a po mieście poszła plotka o ogromnej maszynie do mielenia ludzkich ciał, która jakoby miała stać na Lewaszowie i przez którą miano przepuszczać ciała ofiar. Te wstępne badania przeprowadzono w 1992 roku. Z perspektywy Charkowa widać wyraźnie: to nie maszyna do mielenia mięsa, a najprawdopodobniej te same co w Charkowie wielkie świdry z końca lat 70. i początku 80., które miały usunąć ślady zbrodni, spowodowały zmiażdżenie ludzkiej tkanki w torfowej ziemi Lewaszowa.

Komuniści, tak jak i hitlerowcy, usuwali ślady swoich zbrodni... Bardzo szybko przyszło potwierdzenie tego faktu, wskazujące w dodatku na skrajne bestialstwo ostatnich bolszewickich wodzów.

*

Któregoś południa umówiliśmy się na kubek gorącej kawy z profesorem Andrzejem Kolą. Było to już po odkryciu świdrów i po naszej rozmowie na temat Lewaszowa i rzekomych lewaszowskich maszyn do mielenia mięsa.

- Wie pan, panie konsulu, raz po raz odwiedza naszą ekipę stary człowiek...

- A któż to taki?

- Nazywa się Brimemberg, z pochodzenia jest Łotyszem. Jest działaczem Memoriału, tyle że ten ich Memoriał jest tutaj bardzo skłócony... Był rzekomo jednym z pierwszych, którzy wpadli na ślad pochówków w naszym VI kwartale. On ma sporo informacji, które powinny pana zainteresować. Nie zechciałby go pan przyjąć?

- Jak najbardziej, chętnie z nim porozmawiam.

Rozmawiałem potem z panem Brimembergiem wielokrotnie, wyrzucam dziś sobie, że nie tak często, jak on chciał - a ja mogłem... Wysoki, postawny staruszek, siwy jak gołąb, z trudem chwytający powietrze.

Jeszcze w Związku Sowieckim, na przełomie lat 80. i 90., pisał do miejscowej, ale też moskiewskiej i tomskiej prasy o szóstym kwartale. Najwięcej jednak pisał o swoim ojcu zamordowanym z wyroku trojki na Syberii wraz z liczną grupą Łotyszy - nazwiska niektórych ofiar wskazują i na inne ich narodowe korzenie - zamieszkałych w sąsiadujących ze sobą wioskach pod Tomskiem. Nazwano ich w akcie oskarżenia Partią Świętych... I byli to święci! Połączyła ich modlitwa (w tamtych strasznych czasach wystarczający powód, by być uznanym za "wrogów ludu"), przywiązanie do wiary katolickiej, na koniec - męczeńska śmierć za tę wiarę. Męczeńska śmierć tylko oprawcom i ich mocodawcom wydaje się być końcem... A jednak w tej sprawie pojawiło się coś tak bardzo bolesnego, coś, co nie daje mi spokoju i nakazuje mi jeszcze surowiej spojrzeć na komunizm, bolszewizm, jego doktrynę i to, co się uczenie nazywa praxis - czyli praktykę realnego socjalizmu.

Oprócz wiedzy o męczeńskiej śmierci ojca i jego braci w wierze, ujrzałem bezmiar tragedii syna - według sowieckiego kodeksu karnego "syna wroga ludu". Ten syn po latach męki i upokorzeń postanowił się upomnieć o swego ojca, o siebie, o utraconą młodość i swą godność... Dobijanie się poprzez gabinety postsowieckich decydentów, poprzez dziesiątki wniosków i petycji do drzwi archiwów NKWD, zbyt krótkie i niecierpliwe, pełne pośpiechu dnie i godziny spędzone w tych archiwach, setki stron zapisanych notatek - jest godne najwyższego szacunku. A jednak nie wszystko zrozumiał, nie wszystko mógł zrozumieć, ten "przejęty na własność" przez totalitarne i bezbożne państwo syn "wroga ludu".

W jednym ze swoich tekstów, zwracając się do dzieci oprawców, napisze: "My znamy swoich ojców, a czy wy znacie swoich?". Pewnie, że nie znają. Dlaczego mieliby ich znać, jeśli nigdy nie było bolszewickiej Norymbergi, jeśli ich ojcowie-oprawcy po dziś dzień korzystają z kombatanckich przywilejów, jeśli każdego roku obwieszeni medalami paradują na Prazdnikach Pobiedy. Dlaczego mieliby znać?

Nie znają swoich ojców i nie znają dzieci ofiar, dzieci męczenników.

Wszystkich obwinionych o przynależność do tzw. Partii Świętych aresztowano w jednym dniu - 12 kwietnia 1938 r. Prawie wszystkich też, sądząc po "sprawkach" - w jednym dniu rozstrzelano. Mordu dokonano 22 maja 1938 r. na terenie kołpaszewskiego więzienia. W tej jednej sprawie miano rozstrzelać 125 osób. Uwzględniając liczbę oskarżonych, a następnie wymordowanych z mocy bolszewickiego "prawa" - Witalij Brimemberg doszedł do wniosku, że cała sprawa została przygotowana "z góry". W którym momencie NKWD faktycznie rozpoczęło dieło rzekomej łotewskiej grupy kontrrewolucyjnej - kronikarz tej zbrodni się nie dowiedział. Pisał w tej sprawie wnioski do najwyższych władz sowieckich za pośrednictwem charkowskiego KGB w maju i czerwcu 1991 roku, zaledwie więc na dwa miesiące przed sierpniowym puczem Janajewa, czyli w okresie, kiedy to KGB-owcy mieli na głowach ważniejsze sprawy. Większość wniosków pozostała bez odpowiedzi. Coś jednak wywalczył: krótkie informacje o pomordowanych, nazwiska tych, co uczestniczyli w zbrodni - zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio - wreszcie ograniczony wgląd w akta sprawy.

Pod aktem oskarżenia podpisał się naczelnik 5. wydziału w 3. oddziale Urzędu Bezpieczeństwa Państwowego NKWD, porucznik Wołkow. Zapomniał tylko wpisać dokładną datę sporządzenia tego aktu bezprawia. Z dokumentu wynika, że na ślad "łotewskiej nacjonalistycznej grupy dywersyjno-kontrrewolucyjnej, działającej w rejonach kriwoszeińskim, czaińskim, parabelskim i aleksandrowskim okręgu maryńskiego, noszącej nazwę Partia Świętych" NKWD wpadł w lutym 1938 roku. Celem tej tak dziwnie nazwanej organizacji miało być "zniszczenie władzy sowieckiej w drodze zbrojnego powstania, które miało wybuchnąć wraz z początkiem wielkiej wojny przeciwko Związkowi Sowieckiemu". Wszyscy "przestępcy" w liczbie 125 przyznali się do winy...

Dalej z aktu oskarżenia wynika, iż na czele Partii Świętych stała trójka przywódców, którzy za pośrednictwem moskiewskiej Ambasady Republiki Łotewskiej utrzymywali kontakt z Rzymem! Bezpośrednim łącznikiem pomiędzy Rzymem - żeby nie było wątpliwości: pod nazwą Rzym bolszewicy rozumieli Stolicę Apostolską, nie zaś stolicę Włoch towarzysza Mussoliniego - a organizacją rzekomo działającą gdzieś tam, w głębi sowieckiego Sybiru, miał być ksiądz Groński, wydalony w 1934 r. z ZSRR na Łotwę. Ta trójka przywódców to Piotr Christoforowicz Brimemberg, agronom rejonu kriwoszeinskiego, Łotysz, ojciec Witalija Brimemberga; Anton Użan, syn Franciszka, szewc, mieszkaniec Kriwoszeino, Łotysz; Osip Wajwod, syn Adama, człowiek samotny, mieszkaniec miejscowości Madoga. To ostatnie nazwisko wróci niczym bumerang do historii Kościoła katolickiego na Łotwie i historii Związku Sowieckiego. Będzie je nosił wielki kapłan, pierwszy katolicki kardynał w Związku Sowieckim. To jego posługa przywiedzie w ściany Kościoła rzymskokatolickiego na Łotwie tysiące nawróconych wiernych, do nowego życia zbudzi się ten jakże dzielny naród.

Witalij Brimemberg na przełomie maja i czerwca 1991 r. w siedzibie charkowskiego KGB miał możność zapoznania się z aktami sprawy, której ofiarą padł jego ojciec. Widział protokoły przesłuchań. W "systemie prawnym" towarzysza Wyszyńskiego właśnie te protokoły stanowiły podstawowy element: oskarżony musiał się przyznać. Pod protokołem z przesłuchania swego ojca znalazł nazwisko porucznika Ulianowa. Takie protokoły sporządzono dla wszystkich 125 oskarżonych. Akta każdego z nich kończą się jednobrzmiącą "sprawką" - po polsku należałoby ten termin przetłumaczyć jako "zaświadczenie". Oto treść "sprawki": "Aresztowany w sprawie nr 2636 postanowieniem NKWD ZSRR z dnia 12 kwietnia 1938 roku, nr 224, został skazany na najwyższy wymiar kary. Wyrok wykonano 22 maja 1938 roku". Zaświadczenia zostały wystawione 29 kwietnia 1940 roku - dwa lata po mordzie - w Nowosybirsku. I tutaj Witalij Brimemberg odnalazł nieścisłości: na podstawie akt osobowych ustalił, że aresztowany Iwan Antonowicz Wucyn zmarł w areszcie 23 kwietnia 1938 roku. Zapewne był to rezultat "przesłuchań", może nie chciał się przyznać? Inny aresztowany, Piotr Dzeń został rozstrzelany tydzień wcześniej, 15 maja 1938 roku. W aktach wszystkim oskarżonym wpisano narodowość łotewską, jednakże wiele nazwisk nosi wyraźnie polski charakter, ot, chociażby Stanisław Juchniewicz, który przyznał się do podpalenia rejonowego magazynu materiałów siewnych. Takiego pożaru nigdy nie było, ale przyznał się i został skazany... Niemal każdy z oskarżonych miał coś podpalać, na przykład średnią szkołę we wsi Malinowka, której nigdy nie było, albo chlew kołchozowy... Tych wszystkich pożarów - co podkreślam - nie było, a jednak pomordowano ludzi. Wśród petersburskiej Polonii występuje nazwisko Dzeń. Pojawia się też na listach ofiar Lewaszowskiej Pustoszy. To tylko przykłady prawdopodobnych polskich korzeni niektórych pomordowanych. Zauważył je i Witalij Brimemberg.

7 września 1955 roku (były to już czasy Chruszczowa) Kolegium Sądowe ds. Karnych Sądu Najwyższego ZSRR z braku znamion przestępstwa uchyliło oskarżenie w stosunku do pomordowanych członków Partii Świętych. Cóż więc było ich winą? Dlaczego zginęli? Czy to typowe stalinskije szcziepki? Stalin lubił powtarzać: "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą".

Nie, oni się rzeczywiście spotykali. Byli więc dla systemu niebezpieczni. Spotykali się na modlitwie. Być może ktoś z nich - może właśnie wspomniany Wajwod - był "podpolnym" księdzem...? Być może. Nasz Pan to wie.

Partia Świętych. Święty, z greckiego - hagios - to inny, odmienny. W sowieckim społeczeństwie, które chcieli budować bolszewicy, oni byli rzeczywiście inni... Inni: dwudziestu ze wsi Malinowka, dwudziestu czterech ze wsi Malicziewno, dziewiętnastu ze wsi Pietropawłowka itd.

*

Uchylenie wyroków na "wrogów ludu" w okresie chruszczowowskim z zasady - dziś wiemy to dokładnie - wiązało się z przekazywaniem rodzinom pomordowanych fałszywych informacji o okolicznościach ich śmierci. To stąd słynne podwójne świadectwa śmierci powywieszane na drzewach w Lesie Lewaszowskim. Dla rodzin w tamtym czasie najistotniejsze znaczenie miał jednak fakt uchylenia wyroku, w ten sposób z żyjących krewnych ofiar bolszewizmu zdejmowano piętno "członków rodziny wroga ludu", to zaś oznaczało możliwość powrotu do normalnego - w kategoriach sowieckich - życia. Pewnie to uchylenie wystarczyło wówczas i Witalijowi... Zabrakło mi odwagi, żeby go o to zapytać. A jednak, kiedy tylko pojawiła się szansa wyjaśnienia do końca okoliczności śmierci ojca - Witalij się nie zawahał. Pewnie w najstraszniejszym śnie nie przypuszczał, dokąd zaprowadzi go własna dociekliwość.

Kołpaszewskie więzienie, gdzie wymordowano członków Partii Świętych, leżało nad samym brzegiem rzeki Ob - w perspektywie ulic Lenina i Dzierżyńskiego, czyli akurat tych, którzy rozpętali bolszewickie piekło na ziemi. Mordowano w Kołpaszewie "wrogów ludu" tradycyjnie - strzałem w tył głowy, chyba że ktoś wcześniej "procesu przyznawania się do winy nie wytrzymał"... Była tu jednak istotna różnica w stosunku do innych miejsc kaźni: na terenie więzienia miejsca było niemało, nie wywożono więc trupów. Jamy-mogiły kopano w obrębie więziennych murów. Śladów po pochówkach nie zostawiano. Ludzka pamięć jest ulotna, podobno człowiek z czasem obojętnieje. Tylko rzeka nie pozostała obojętna... Podmywała brzeg starej tiurmy, podmywała, aż w 1979 roku, po zimie, w jej wodach pojawiły się ludzkie kości. Wtedy to do akcji przystąpiła władza sowiecka.

Kto podjął taką decyzję - dokładnie nie wiadomo. Do brzegu podpłynął przerobiony na spycharkę holownik. Pracował dwa tygodnie, dzień i noc. Zepchnął więzienny brzeg do rzeki. Z nurtem popłynęły kości i całe trupy z tak zwanych mokrych mogił - trupy "wrogów ludu". Dokonał się ostateczny - tak się barbarzyńcom zdało - akt "socjalistycznej sprawiedliwości dziejowej".

Witalij Brimemberg zdołał nawet ustalić, kto dowodził tą akcją: był to pułkownik KGB Nikołaj Iwanowicz Pietruczenko. Dziś - cieszący się dobrym zdrowiem "weteran służby socjalistycznej". Pewnie tak jak i on po dziś dzień żyją i czują się dobrze ci, którzy w tym samym czasie "świdrowali" mogiły polskich oficerów w Charkowie.

Syn męczennika za wiarę katolicką napisał w 1991 roku: "Nigdy nie czytałem Biblii. Kiedy poznałem prawdę o mordzie popełnionym na moim ojcu i jego towarzyszach, zwłaszcza zaś epilog sprawy - uwierzyłem, że szatan istnieje". I wymieni potem z imienia i z nazwiska tych wszystkich, którzy mieli udział w morderstwie Partii Świętych.

To bodaj najbardziej bolesne wyznanie, jakie zdarzyło mi się przeczytać i usłyszeć w całym okresie mojej pracy na Wschodzie.

*

Kiedy aresztowano jego ojca, Witalij Brimemberg miał osiemnaście lat. To wystarczająco dojrzały wiek, żeby mieć ukształtowany światopogląd, zwłaszcza gdy się ma takiego ojca. Mimo to napisze: "Biblii nigdy nie czytałem". Tak, jakby chciał się od tej Biblii odżegnać... Jego ojciec też pewnie nie czytał - bo skąd? Widziałem na Białorusi, w Rosji i na Ukrainie Pismo Święte przepisywane w szkolnych zeszytach w kratkę, widziałem takie książeczki do nabożeństwa, modlitewniki, śpiewniki... Widziałem te materialne dowody wierności Bogu i Kościołowi wcale nie tak dawno. Takie to były czasy, taki system.

Ale Biblia jest Dobrą Nowiną. Dla tej Dobrej Nowiny Piotr Brimemberg i jego 125 współbraci w wierze ponieśli męczeńską śmierć.

Witalij, syn "wroga ludu", w całej sprawie swego ojca zobaczył tylko szatana. Męczeństwa za wiarę nie potrafił dostrzec. Czy mógł dostrzec, jeśli ta wiara była mu zupełnie obca? To prawda, bez szatana, bez tej najciemniejszej ze stron metafizyki w żaden sposób nie możemy pojąć historii XX-wiecznej Rosji. Ale jego ojciec - Piotr Christoforowicz Brimemberg, Łotysz, katolik - umarł dla Chrystusa, który zwycięża szatana i jego moc.

Jak bardzo musieli bolszewicy okaleczyć tego syna męczennika, że za swojego ziemskiego życia nie potrafił do końca zrozumieć i przyjąć pełnej prawdy o swoim ojcu... Czy zabrakło mu sił, by odnaleźć sens jego męczeńskiej śmierci? Czy nie starczyło mu sił, by własnego ojca poznać? Dziś całą prawdę już zna, zobaczył Prawdę twarzą w twarz.