[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (25 lutego 2000)


TERESA SIEDLAR-KOŁYSZKO

Kleck

O Klecku słyszałam wielokrotnie, ale zawsze tylko przy okazji opowieści czy wspomnień wygnańców; a to o domu rodzinnym pod starą lipą i jeszcze starszym dębem w Dziemidowiczach czy Kosmowiczach, a to o szkole w Nieświeżu, czy wreszcie dworze w Strzałkowie, który miał być tuż, tuż pod Kleckiem. A ja, choć nieraz byłam w pobliżu tego miasta, jakoś je omijałam. Słowem, trzeba było wreszcie jak najszybciej wypełnić lukę w mojej znajomości ziem wschodnich Rzeczypospolitej i oto pewnego razu po wyczerpującej, pełnej spotkań i wydarzeń podróży z Grodna przez Lidę, Nowogródek i Nieśwież dotarłam wreszcie w okolice historycznego (przypomnę za chwilę dlaczego historycznego) Klecka. Wcześniej jednak musiałam pojechać do Strzałkowa. Dlaczego musiałam? Otóż w mojej parafii w Kalifornii, przy niedzielnej kawie po mszy świętej do mojego stolika dosiadła się para starszych ludzi. Pani powiedziała coś miłego na powitanie, a ja z tej wypowiedzi wyłowiłam od razu śliczne przedniojęzykowe "ł". Spytałam więc, skąd pochodzi. Odpowiedziała jakby od niechcenia: "A, to teraz jest Białoruś. Pani słyszała o Nieświeżu? Bo ja z tamtych stron". Odetchnęłam. Nieśwież nie tylko znam, ale z wielu powodów jest mi bliski, więc zaczęłyśmy rozmowę. Wtedy właśnie usłyszałam: "Nasz dom, nasz majątek był właściwie bliżej Klecka i nad samą sowiecką granicą, a nazywał się Strzałkowo. Mój ojciec był okulistą w Nieświeżu, Strzałko moje panieńskie nazwisko".

Od tej rozmowy datuje się moja przyjaźń z państwem Raszewskimi (on z poznańskiego, także kombatant). Przy którejś u nich wizycie zobaczyłam śliczny obraz na ścianie, przedstawiający dwór w Strzałkowie. Obiecałam wówczas, że za następnym pobytem na Białorusi, pojadę do Klecka i do Strzałkowa.

I pojechałam. Dwór, do którego dążyłam, stał na wzgórzu pośród rozległych pól, a może raczej nieużytków i pastwisk. Na jednym z nich skubało trawę parę dorodnych kasztanków. Wjechałam na zaniedbany niegdysiejszy trawnik, stanęłam pośród starych drzew, w cieniu ich rozłożystych konarów. W dali bielił się dwór. Właśnie wysiadałam z auta, gdy nagle zza węgła wyskoczyło (przepraszam za mocne słowo) obrzydliwe babsko z grabiami w rękach i z wrzaskiem rzuciło się na mnie. Mimo słabej znajomości rosyjskiego (właściwie żadnej) zrozumiałam, że mam się wynieść, i to zaraz, a w ogóle skąd się tu wzięłam i czego chcę. Janek, mój kierowca (wzrost 195 cm), widząc co się dzieje, wyskoczył również z auta i zbliżywszy się do mnie czekał na rozwój wypadków. Popatrzyłam na babsko spokojnie i powiedziałam, że jestem z Polski, że chciałabym tylko sfotografować dwór, nic więcej. W tym momencie jeszcze głośniejszy i bardziej zajadły potok obelg i wyzwisk pod adresem Polski i Polaków popłynął w moją stronę. Nie bardzo wiedziałam, co począć, przecież muszę zrobić te zdjęcia, przecież sędziwa pani Maria w dalekiej Kalifornii czeka na nie. Nie ustępowałam i w pewnej chwili patrząc babie prosto w lekko zamglone alkoholem oczy, rzuciłam: "A wie pani, kto to był doktor Strzałko, bo córka jego mnie tu przysłała". Zamurowało ją, uspokoiła się, na chwilę zamilkła.

"Co macie z doktorem, naszym doktorem?" - spytała wreszcie. I nagle, jakoś inaczej ożywiona, zaczęła opowiadać, kto tu jeszcze żyje, a kto z tych, co go znali umarł, kto go wspominał. Niestety, za słabo ją rozumiałam, żeby cokolwiek zanotować.

Doktor był nie tylko panem we dworze, ale przede wszystkim dobrodziejem i społecznikiem, leczył miejscowy lud za darmo. Zapamiętali go więc wszyscy. I teraz nagle zza budynków z głębi ogrodu wyłonili się inni mieszkańcy dworu i dalejże zapraszać do wnętrza, w którym każdy z nich zajmował po jednym pokoju. Widząc stan dworu z zewnątrz, jego skrajne zaniedbanie, nie kwapiłam się z wejściem i na zewnątrz wysłuchiwałam żalów, jak to dwór kupiony został przez jakiegoś rosyjskiego bogacza, który chce wyrzucić z "ich domu" i gdzież oni pójdą. Do tego każe sobie płacić czynsz za te zajmowane pokoje!

Niestety, nie udało mi się ani na moment wzbudzić w sercu współczucia dla obecnych mieszkańców dworu w Strzałkowie. Zrobiwszy szybciutko zdjęcia, odjechałam do Klecka.

W Klecku czekał na mnie już (a byłam bardzo spóźniona) prezes stowarzyszenia tamtejszych Polaków Wiktor Burdejko. Ruszyliśmy od razu na objazd Klecka, bo pan Wiktor chciał mi jak najwięcej pokazać. Klucząc wśród wąskich ulic miasteczka zabudowanego głównie parterowymi domkami, dojechaliśmy do czegoś, co podobno jest kościołem.

- Proszę powiedzieć, co się stało z dawnym kościołem, bo jak pamiętam z przedwojennych ilustracji był bardzo okazały.

- Najpierw został porządnie podniszczony, bo znajdował się w nim przez wiele lat warsztat mechaniczny, no a ostatnio przejęła go cerkiew. My mamy teraz nasz własny kościółek (właściwie to jest kaplica, a my ją nazywamy kościołem) w centrum miasta, w parku. W tym domu za czasów sowieckich było przedszkole, a za Polski należał do Korpusu Ochrony Pogranicza. Niedaleko stąd była już granica ze Związkiem Sowieckim - powiedział pan Wiktor.

Kościół katolicki, czyli nieduży domek w ślicznym, barwnym od kwiatów ogrodzie, mimo że ubogi - przyciąga oczy czystością i porządkiem wokół. Wewnątrz pali się wieczny ogień, lśni każde miejsce, każdy detal w tej chatce-kościółku. W bielonej izdebce obok kaplicy ksiądz misjonarz Erwin Wieczorek chętnie opowiada o swojej świątyńce i garnących się do niej i do niego owieczkach. Mówi cicho, powoli, a wypowiadane słowa brzmią trochę inaczej, twardziej niż nasza zwykła, potoczna polszczyzna.

- Pracuję tu od dwóch lat, przedtem dojeżdżał do Klecka ksiądz proboszcz z Nieświeża. To parafianie wynajęli dom, w którym urządziliśmy kaplicę i zakrystię, to oni oddają całe swoje serce, żeby się znowu zjednoczyć z Bogiem, odnowić to, co komunizm zniszczył. Kiedyś były tu dwa kościoły, z jednego pozostały ruiny, a drugi, tak losy historii się potoczyły, został oddany na cerkiew prawosławną.

- Proszę powiedzieć, ilu jest wiernych, kto tu przychodzi?

- Parafian nasz powiat liczy około tysiąca. W naszym rejonie (powiecie) jest 180 wiosek. Właśnie w wioskach mamy sporo katolików. Jest tu na przykład niedaleko wioska Płaskowicze, teraz nazywa się Nagornoje, tam jest nawet czynny mały kościółek.

- Jakiej narodowości są tutejsi katolicy?

- To są dawne tereny polskie, więc większość, jakieś 90%, to Polacy. Nie wyjechali, zostali tutaj, ponieważ umiłowali tę ziemię. Jest też trochę Ormian, Rosjan i Białorusinów.

- Zapewne ma ksiądz poczucie spełniania obowiązku, zwłaszcza że jest ksiądz misjonarzem...

- Tak, jest we mnie radość, zwłaszcza kiedy widzę, że przychodzą ciągle nowi ludzie, że przychodzą dzieci. Szukają prawdy i dobra. Wtedy każde ludzkie serce się raduje. Co roku jest Pierwsza Komunia Święta, jest bierzmowanie. Przyjeżdża biskup albo jedziemy razem z kandydatami do parafii, która właśnie gości biskupa i tam udziela on sakramentu bierzmowania.

- A Ksiądz skąd pochodzi?

- Jestem Niemcem. Pracowałem trochę w Polsce i w Austrii, w Niemczech, a także w Rosji. Urodziłem się w Niemieckiej Republice Demokratycznej.

- Dlaczego nauczył się Ksiądz mówić po polsku?

- Ponieważ mama moja pochodziła z terenów zachodniej Polski. Rozmawiałem trochę w domu po polsku, a w każdym razie otrzymałem pewne fundamenty mojej obecnej polszczyzny. To mi się bardzo przydało, bo tutaj przecież jest liturgia w języku polskim przede wszystkim. To przykre, ale katechizacja jest w języku rosyjskim, bo dzieci niestety polskiego na tyle nie znają, ale o tym to już może pan prezes Burdiejko powie.

- Jak to się stało, że Ksiądz zdecydował się przyjechać na dawne ziemie polskie?

- Jestem misjonarzem, ksiądz prowincjał prosił, pytał kto może i chce. Nie było wiele zgłoszeń, więc się zdecydowałem. Najpierw byłem w Rosji, a potem zostałem przeniesiony tu, na Białoruś, gdzie jest z naszego zgromadzenia więcej księży. W Stołpcach, w Narowli, w Dzierżyńsku. Jeden drugiemu stara się pomóc. Możemy się też od czasu do czasu spotkać. Dzięki temu raźniej i łatwiej się pracuje.

Pożegnawszy się z księdzem Erwinem jedziemy z panem Wiktorem Burdejko uliczkami starego Klecka. Chcę zrobić zdjęcia i jak najwięcej porozmawiać i zanotować.

- Kleck to miasto o bogatej historii - zagaduję pana Wiktora.

- Tak, historia Klecka zaczęła się w 1127 roku. Wiele się tu działo. I szwedzka nawała przeszła, i w 1507 roku Michał Gliński, dowodząc wojskiem Wielkiego Księstwa Litewskiego stoczył tu sławną bitwę z Tatarami. Pobił ich na głowę. Z tej bitwy wielu jeńców pozostało i jest wśród nas dziś kilkuset Tatarów.

- Czy wiadomo, gdzie ta bitwa się toczyła?

- Oczywiście, dobrze znamy to miejsce. W stronę wsi Sieniawka, na zachód od centrum Klecka. Mówi się dotąd, że koryto płynącej tam rzeczki wypełnione było zabitymi końmi, po których można było przechodzić, a woda czerwona była od krwi.

Mamy tu w okolicy jeszcze trochę zabytków, w Ołynce na przykład jest do dziś majątek Słonimskich. Ten dwór w Strzałkowie, co wy byliście tam teraz, miał szczęście, bo jeszcze stoi i jakoś się trzyma, ale w Radziwiłłmontach (to teraz Czerwona Zwiezda) był piękny pałac - wszystko zniszczone. Jedno skrzydło całkiem spadło, a drugie ktoś podpalił umyślnie. Jeździła straż pożarna, ale niewiele uratowali. A to podobnież zabytek był najpiękniejszy w najbliższej tu okolicy.

Przed wojną 64% mieszkańców Klecka stanowili Żydzi, reszta to Polacy, trochę Białorusinów i 4 % to byli Tatarzy. Dziś, według statystyki, Polaków jest 760 osób, ale kiedy my zbieraliśmy podpisy w czasie jednej z akcji, to znaleźliśmy Polaków cztery razy więcej. Żydów dziś mamy tylko 17, a Tatarów jest kilkuset. Jedna mała Tatarka nawet należy do naszego zespołu, bo naprawdę ślicznie śpiewa. Jej mama jest Tatarką, ale mąż jest polskiego pochodzenia i oboje ciągną do nas. Tatarzy są lubiani, bo ślicznie na ziemi pracują. W ogródku wszystko pięknie uprawiają. Takie ogórki, jakie oni wyhodują, to nikomu się nie udają. Jest u nas w Klecku ulica Tatarska i do dziś tam najwięcej Tatarów mieszka. A znów na Pierwomajskiej najwięcej mieszka Polaków. Mamy tu Antonowiczów, Sidorowiczów, Silickich, Sarnowskich, Jankowskich, Iwanowskich, Ładowskich.

- Kim są Polacy, którzy tu są?

- Mamy jeszcze trochę kombatantów, ale ich coraz mniej, już wymierają. Jest jeden w Skomliczach, w Komliszczynie, w Klecku też jeszcze są. Na przykład pan Sienkiewicz. On wiele, wiele wie, jak tu było przed wojną na granicy, jak potem przyszła armia sowiecka 17 września 1939 roku, jak młodzi chłopcy stawili opór i swoje młode głowy tu złożyli. On nam to często opowiada. Mamy tu jeszcze mogiłę powstańców z 1863 roku. Bo była w stronie wsi Rycewicze bitwa powstańców z Kozakami i wielu naszych powstańców pogrzebiono pod lasem niedaleko szosy, która idzie z Klecka na Soligorsk. Stoi tam duży dębowy krzyż. Przyjeżdżała na to miejsce telewizja białoruska i dzieci szkolne kwiaty składały.

- Panie Wiktorze, proszę powiedzieć trochę o waszym związku i o sobie.

- Nasz Rejonowy Oddział Związku Polaków istnieje już prawie sześć lat. Mamy ponad 140 członków. Najważniejsze, co robimy, to uczenie dzieci języka polskiego. Mamy trzy grupy, jest w nich 54 dzieci. Mamy też dwa zespoły. Jeden dziecięcy polskiej pieśni i tańca, śliczny zespół, a drugi starszych już ludzi. Nasze dzieci często występują. Ostatnio byliśmy na festiwalu w Nieświeżu, gdzie mali klecczanie bardzo się podobali.

Druga nasza troska to stary klecki cmentarz. Mamy na nim pogrzebionych żołnierzy polskich z Korpusu Ochrony Pogranicza. Cały rząd jest tych mogił. To jeszcze za polskich czasów zginęli, kiedy jako żołnierze wykonywali swoje obowiązki na granicy z Sowietami i bandyty ruskie do nich strzelali, jak po kryjomu chcieli przejść granice. A znów drugi szereg to żołnierze i oficerowie z 17 września, którzy tu wkraczającym wojskom sowieckim stawili opór. Oni tu zostali z nami, tu są pogrzebioni. A pochodzili z różnych stron Polski: z Krakowskiego, Poznańskiego z Mazowsza. Cmentarz, te ich groby były zupełnie zniszczone i zasypane śmieciem, staramy się je teraz odczyścić. Już kilka ciężarówek śmieci wywieźliśmy, ogradzamy teren i podnosimy nagrobki, bo już i zapadły się w ziemię.

Tam, skąd ja pochodzę, to znaczy od Moraczy ze wsi Zastrowieczje, jest też polski cmentarz, ale w dużo lepszym stanie i kapliczka nawet się ostała. Ksiądz Erwin tam jeździ mszę świętą odprawiać. Na tym to cmentarzu przodkowie moi leżą. Bo moja mama z rodziny Jankowskich-Jastrząb, oni wszyscy tam pogrzebione, przodki moje, dziadkowie, pradziadkowie i inni krewni. A tato znów Burdejko i z takiejż wsi. Burdejko wieś się nazywała. To nasza szlachecka wieś.

- Była naprawdę taka wieś?

- A jakże, jest do dziś. Chodzi nawet autobus Kleck-Burdejko.Ta wieś na lewym brzegu rzeki Łani się znajduje.

- Jak to się stało, że Pan pozostał Polakiem, że Pan działa, żeby polskość całkiem nie zginęła? Tyle tu ludzi już się zruszczyło...

- W domu zawsze tak było, po polsku. I mama napominała: "Ty Polak jesteś i szlachcic polski" , tak mówiła do mnie. A jeszcze za polskich czasów, znaczy jak Polska tu była, to mój dziadzio Kazio Jankowski leśniczym był w radziwiłłowskim leśnictwie. A znów brat dziadzia Stanisław w Poznaniu zamieszkał i jeździliśmy z mamą do niego w gości, a i oni do nas przyjeżdżali. Stamtąd elementarze przywoziłem.

Jak kościoła u nas nie było, to do Nieświeża jeździłem co niedziela. Udało mi się też parę razy być w Lublinie na kursach polskiego. Trochę się nauczyłem, ale chciałbym jeszcze lepiej mówić po polsku, zwłaszcza że przecież uczę dzieci, a nauczyciel musi naprawdę pięknie mówić. Ja niestety ciągle robię błędy, bo w pracy (jestem inżynierem) prawie cały dzień mówi się tylko po rosyjsku. U nas w Klecku jest taka niższa uczelnia, właściwie chyba technikum; tam wykładam. Kształcimy traktorzystów, kierowców, tokarzy, mechaników, ślusarzy. No a po pracy to już jest wszystko polskie. Lekcje polskiego, zespoły, nabożeństwa w kościele. Zeszłego roku mieliśmy ogromną radość, zaprosili nas z Grodziska Mazowieckiego: 20 dzieci i dwoje wychowawców. Siostry ze zgromadzenia Opatrzności Bożej się nami zaopiekowały. Jeździliśmy nawet do Krakowa! Bardzo pięknie było. Dzieciom bardzo tam się podobało. Wszyscy się cieszyli, kiedy zobaczyli groby królów polskich, naszego Mickiewicza, Kościuszki i te wszystkie cuda, które tylko w Krakowie zobaczyć możesz. Wielkie to było dla nas przeżycie, wielkie i niezapomniane. To bardzo dużo znaczy dla odrodzenia naszej polskości tu, w Klecku naszym. I powiem, że tak powoli, powoli, ale idzie wszystko do przodu. I nawet z władzami jakoś się dogadujemy. Bo kiedy zaczynaliśmy, naprawdę ciężko było. I nawet niebezpiecznie. W końcu i za kraty trafić było można za rozbudzanie polskości, a nawet tylko za bycie Polakiem. Teraz już trochę jest inaczej, choć nasza Polska tak daleko od nas się znalazła...

*

Pożegnałam Kleck i jeszcze jednego wspaniałego Polaka, pana Wiktora Burdejkę ze wsi Burdejko, pożegnałam Białoruś i odjechałam z walizką pełną nagrań i fotografii do Kalifornii. Po powrocie oczywiście od razu zadzwoniłam do pani Marii ze Strzałków Raszewskiej.

Kiedy usłyszała, że przyjdę ze zdjęciami, podobno całą noc oka nie zmrużyła.

Usiedliśmy przy stole, wyjęłam fotografie. Na pierwszej: wsparty na zniszczonych kolumnach dwór jaśnieje wśród głębokiej zieleni stuletnich chyba drzew. Pani Maria wzięła zdjęcie ostrożnie, jak świętość i trzymając w drżących rękach ucałowała.

"Jak długo nie widzieliśmy się ze sobą, ty i ja" - wyszeptała.

A potem podniecona tym spotkaniem zaczęła opowiadać.

- O tu, to okno z lewej to był gabinet ojca. Potem pokój brata Aleksandra, a tu te dwa okna to do sieni, tu znowu jadalnia i w rogu z prawej, o tu, proszę popatrzeć, to okno mojego pokoju! Z tyłu jest salon, pokój mamy, a tu znów gościnne pokoje, tam łazienka. Przed domem, o mój Boże, tu gdzie te kaczki czy kury, był gazon bardzo piękny i podjazd.

Milcząc, bo i mnie udzieliło się to ogromne wzruszenie, poznawałam rozkład dworu w Strzałkowie. Jego radości i smutki. Kolejne urodziny i śmierci. Społecznictwo doktora, studia braci. Wspaniałą gospodarkę. Pachniał mi miód z kilkudziesięciu strzałkowskich uli, który pani doktorowa nieraz rozdawała w okolicy potrzebującym. Cieszyłam się udanymi zbiorami, i wyleczonymi przez doktora oczami pacjentów. Bo doktor Strzałko, okulista uratował od ślepoty wielu ubogich, chorych mieszkańców okolicznych wiosek. I oto kiedy przyszło najgorsze, kiedy przyszli bolszewicy, oni właśnie, wierni doktorowi pacjenci, białoruscy chłopi ukrywali i chronili jego córkę. Gdyby nie oni, zapewne podzieliłaby los większości Polaków z tamtych terenów; wywieziono by ją na Sybir albo do Kazachstanu, ot zwykły polski los. Panią Marię uratowali sąsiedzi, białoruscy chłopi, szczególnie jeden, którego córce, kilkunastoletniej Nastce, dobry doktor ze Strzałkowa ocalił wzrok.

Tak w dalekim San Lorenzo nad Zatoką San Francisco sędziwa pani Maria wspominała nie tylko swoje dzieciństwo i cudowną młodość, ale i czasy grozy, i dobroć ludzką, i ofiarowaną w czas próby przyjaźń. Tylko domu jej było żal, że taki zniszczony i zaniedbany, bo nie zasłużył sobie na taki smutny los - służył wiernie i bronił dzielnie w każdej potrzebie...