 |
JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK
Broszka Bereniki
i sumienie Ballmeyera
tylko glos sie inaczej odbija o sciany...
[Anna Frajlich, Metamorfozy] |
W Przygodach Robinsona, najnowszej, pisanej miedzy pobytami
w kilku paryskich szpitalach ksiazce Kazimierza Brandysa,
sa dwie urocze dziewczyny. Ilona przyjechala do Paryza z
malego miasteczka kolo Opola i za posrednictwem siostr z
Zakladu wietego Kazimierza znalazla sie u panstwa Brandysow
w charakterze pomocy domowej, opiekunki chorych i wreszcie
ich jakby przybranej corki, tyle bowiem w tym stosunku wzajemnej
czulej troski. Urodzona w Izraelu Berenika pojawia sie najpierw
jako autorka listu, w ktorym przedstawia sie jako wnuczka
autora, corka corki prawdziwej, choc zupelnie jej ojcu nieznanej.
Dowiadujemy sie o tej romantycznej historii dopiero na
stronie 81, w samym srodku Przygod Robinsona. "Pierwszy
list podpisany imieniem Berenika nadszedl mniej wiecej pol
roku przed moja choroba. Pisany po angielsku. Donosila mi,
ze jestem ojcem jej matki. Wiadomosc pochodzila jakoby od
jej grandmother, ktora przekazala ja swej corce, czyli matce
Bereniki, a z kolei Berenice jej matka. Utrzymywano to w
sekrecie, poniewaz zyl jeszcze czlowiek, ktory byl mezem
grandmother i uchodzil za ojca jej corki. Berenika zawiadamiala
mnie, ze znalazla moj adres w amerykanskim wydaniu Miesiecy.
Proszac mnie o odpowiedz, podala swoj adres w Jerozolimie.
Konczyla wlasnie studia filozoficzne na tamtejszym uniwersytecie.
Miala dwadziescia trzy lata.
Na list nie odpisalem. Liczylem sie z mozliwoscia mistyfikacji.
Niewykluczone, ze jakas narwana dziewczyna dowiedziala sie
o mojej przygodzie z Iza B. w czasie powstania warszawskiego.
Ale co moglo nia kierowac przy pisaniu listu? Nie mialem
na to odpowiedzi".
Oczywiscie, czytelnik takze liczy sie tu z mozliwoscia
"mistyfikacji", a nawet jest na te mozliwosc przez samego
autora przygotowany opisami towarzyszacych jego chorobie
halucynacji, nadzwyczaj realistycznych, pobudzonych morfina
przywidzen i majakow w stanie uspionej przez kilka miesiecy
swiadomosci. Teskniac bowiem Ð po powrocie do domu, ktory
nie jest wszak prawdziwym domem (wyspa Robinsona?) i do
zdrowia, ktore jest zaledwie zawieszeniem broni w walce
z bateria chorob Ð do cudownego teatru samograjacych widziadel,
Kazimierz Brandys zadaje sobie i nam pytania o istote faktu
i fikcji zarowno w zyciu, jak i w sztuce. I odpowiada, a
raczej broni swojej tezy, ze inaczej niz w poetycznym "zycie
jest snem" Ð takze sen jest zyciem.
Podobnie jak sa nim wszelkie swiadome i nieswiadome mistyfikacje,
mylne wyobrazenia o sobie i o innych, sfingowane oskarzenia
i bezpodstawne zachwyty, a wiec to wszystko, co fabrykuje
wlasna lub cudza wyobraznia: fikcje, ktore staja sie faktem.
Moze najbardziej pamietnym przykladem tego motywu urealnionej
fikcji jest w tworczosci Kazimierza Brandysa opowiadanie
Jak byc kochana. Aktorka, ktora poswiecila cala siebie,
swoj wewnetrzny lad moralny i psychiczny, aby uratowac podczas
wojny zycie ukochanego mezczyzny, pozwala wypelnic swoje
spustoszone wnetrze rola, ktora gra w serialu radiowym i
stopniowo nieomal staje sie kims zupelnie do siebie niepodobnym,
fikcyjna pania Felicja, lecaca na spotkanie z mieszkajaca
we Francji fikcyjna corka. W Romantycznosci, jednym z najbardziej
"brandysowskich" opowiadan, umierajacy w Paryzu na gruzlice
poeta majaczy o "zdradzie siebie z rzeczywistoscia", ktora
jawi mu sie jako gmatwanina spiskow, oblednych decyzji i
dzialan, ulomnych milosci i przyjazni i wreszcie nakazu,
aby stac sie "Tym Drugim" w imie ratowania "Czterdziestego
Czwartego" od zapasci w mesjanistyczne szalenstwo. Majaki
zycia odchodza na krotko przed agonia. Zamiast oczekiwanego
glosu Boga, umierajacy poeta slyszy na koniec swoj wlasny.
W wydanej wkrotce po wojnie powiesci Samson tytulowy bohater
Jakub Gold konsekwentnie i z rosnaca odwaga broni swojej
swiadomosci przed skazeniem najpierw podla, a potem coraz
potworniej zbrodnicza rzeczywistoscia. Nie kwestionujac
swojej przynaleznosci do spolecznosci przesladowanych i
skazanych na zaglade, ani nie usiluje sie zamaskowac, zatrzec
zewnetrznych i wewnetrznych znamion swojej zydowskosci,
ani tez nie ulega narzucanej mu od lat szkolnych, a podczas
okupacji przypieczetowanej wyrokiem zaglady, roli ofiary.
Nie pozwala Ð inaczej niz wiekszosc postaci w tworczosci
Brandysa Ð aby fikcja, morderczy falsz zdegenerowanej rzeczywistosci,
znieksztalcila jego prostolinijne poczucie tozsamosci, "niepodobnej
do wszystkich innych ludzi, do nikogo i niczego na swiecie".
Jakub przez cale swoje tragicznie krotkie zycie pozostaje
soba i ginie tak, jak nieraz mu sie snilo w dziecinstwie:
w triumfalnym akcie walki. Ginie "nie za to, ze byl Zydem",
ale w nagrode i za kare za to, ze nie "zdradzil siebie z
rzeczywistoscia".
Kiedy na pytanie Teresy Toranskiej (w ksiazce Oni), czy
zaluje swego udzialu w nieslawnym siedmioleciu socrealizmu,
Kazimierz Brandys odpowiedzial, ze nie zaluje, poniewaz
byla to dla niego jako pisarza cenna lekcja, jestesmy sklonni
nie tylko mu wierzyc, ale przyznac (mimo zastrzezen, czy
takie lekcje warte sa ich ceny) racje. Nie ulega bowiem
watpliwosci, ze owczesny osobisty i kolektywny akt "zdrady
z rzeczywistoscia" ogromnie wzbogacil tematyczna palete
autora Matki Krolow, Nierzeczywistosci i Ronda, dostarczajac
mu wielu wariacji motywu zmagan z pokusami i groza iluzji.
W Rondzie, ostatniej i najbardziej brawurowej z beletrystycznych
ksiazek Brandysa, czytamy w jednym z koncowych akapitow:
"Moment, w ktorym nieprawdopodobienstwo przeksztalca sie
w rzeczywistosc, jest trudno uchwytny".
Nieprawdopodobnym faktem i nieomal smiertelna przygoda
w Przygodach Robinsona jest blad lekarski Ð spartaczona
przez znakomitego paryskiego chirurga operacja. Zamiast
wyciac niezlosliwy polip w jelicie grubym, dr Mérignac,
ktorego poniosl "impet zawodowy", "zaczal krajac i zszywac",
usunal niepotrzebnie sledzione, a wiec literalnie przepatroszyl
i pokaleczyl wszystkie bebechy biednego polskiego pisarza,
nieswiadom ani fizycznych, ani tym bardziej poetycznych
konsekwencji tego ataku rzezniczej pasji. "Nie dzialal w
zlej wierze", pisze Brandys z jakze czytelna dla wielbicieli
jego prozy ironia, "tylko stracil glowe".
Cudem odratowany przez bardziej akuratnych medykow, chory
zapadl w wielotygodniowy sen i pozbawiony wladzy myslenia,
wlacznie z wladza mowy i ruchu, stal sie bezwolnym uczestnikiem
surrealnego spektaklu alternatywnej swiadomosci. Wiemy,
ze wizje senne bywaly i bywaja inspiracja dla wielu artystow
Ð Henry James, na jeden z setek przykladow, mial zawsze
na nocnym stoliku notesik z olowkiem Ð w Przygodach Robinsona
dzieje sie jednak cos innego niz albo bezposrednie opowiadanie
snow przez powiesciowych protagonistow, albo czerpanie z
tresci i formy snow pomyslow do wlasnych kreacji. Otoz Kazimierz
Brandys, nie wyobrazajac sobie (moim zdaniem) zycia bez
pisania, siega do owych sennych majakow po tworzywo do jeszcze
jednej, moze juz ostatniej, ksiazki Ð tworzywo bogatsze,
barwniejsze niz coraz bardziej skape codzienne zdarzenia
i refleksje, jakimi do niedawna wypelnial tomiki Miesiecy.
Nie chce przeciez nudzic czytelnikow opisami wylacznie dolegliwosci
i szpitalnych realiow (a mialby w tym swietnych rywali w
najnowszej literaturze polskiej), postanawia wiec splesc
realia czasu choroby z nierealiami: nie uciec w fikcje,
skoro nigdy w takie ucieczki nie wierzyl, ale raz jeszcze
ulec jej pokusom, chocby w podziece za to, ze zajela miejsce,
na ktore czyhala nicosc. Postanawia opisac nieprzytomnosc
Ð i piszac, szukac jej zaszyfrowanych zwiazkow z aktualna
i przeszla historia zycia.
Na pozor wiec ksiazka "pisala sie sama", bez okreslonego
do konca planu, wymagajac jedynie codziennego wysilku w
zmaganiu sie literata-Dawida z Goliatem choroby. Czujemy
jednak Ð i Brandys tu i owdzie to przyznaje Ð ze autor chce
bawic i siebie, i czytelnika, ze lezy mu na sercu jego prestiz
artysty, ocena potomnosci, nie moze wiec nie ukladac i nie
konstruowac, nie przebierac w materii snu i materii zycia
na jawie. Co oznacza scena jego samobojstwa w Oborach, w
szczegolnie uporczywym majaku? Czy jest jakis zwiazek pomiedzy
rozmowa z Pilsudskim we snie i osoba sasiada w domu przy
ulicy Francoisa Mirona, generala Archambeauda, "sedziwego
ksenofoba" zakochanego w konsjerzce pani Domingo? O generale
Archambeaudzie, pani Domingo i innych sasiadach bedzie jeszcze
wiele ciekawych historii w Przygodach Robinsona, a niejedna
z sennych wizji odezwie sie echem faktu Ð osoby lub rzeczy.
Kiedy Berenika, zywa i piekna, pojawi sie wreszcie w drzwiach
mieszkania panstwa Brandysow, bedzie miala w klapie rozowego
zakietu broszke w ksztalcie ptaka-jaszczurki, taka sama,
jak modne warszawianki w jednej z powtarzajacych sie halucynacji.
Chwilami wierzac snom, nie jestesmy pewni, czemu wierzyc
a czemu nie wierzyc we fragmentach z zycia Ð co autor mogl
a czego nie mogl zmyslic. Konczac ksiazke, Brandys mowi
nam, jak zrodzil sie jej pomysl, jak w trakcie pisania "przyszla
(mu) z pomoca rzeczywistosc majaca wszelkie cechy zmyslenia".
I wreszcie, na ostatnich stronach, wyznaje: "Czynilem rozpaczliwe
wysilki, aby sie ratowac. Zaczalem wymyslac sceny i okolicznosci,
ktore nie istnialy. Chcac nadac mojej ksiazce charakter
powiesci, tworzylem ficyjne watki. Co wrazliwszy czytelnik
z pewnoscia wyczul moment, w ktorym moje zycie i sny zastapila
sztuczna historyjka Ð w ktorym tonac wykonywalem kurczowe
ruchy beletrysty". Dowiadujemy sie wiec, ze autor zmyslil
przyjazd Bereniki do Paryza, jej "waskie skronie" i "nieskazitelny
owal twarzy" Ð i przyjazn obu dziewczyn, wyjazd Ilony z
wizyta do Bereniki w Jerozolimie. "Pragnalem wrocic do fikcji,
ale fikcja i nieprawda to sa dwie rozne sprawy".
Zapewne. Ale jakiez to piekne zdanie! "Czy Brandys w koncu
ma corke, czy jej nie ma?" Ð zapytal mnie jeden z przyjaciol
po przeczytaniu Przygod Robinsona. Moglby miec, moze ma,
niechaj sie biedza nad tym biografowie. Fikcyjna Berenika
nie jest ze snu, ale i nie wydaje mi sie, jak sugeruje autor,
tworem wylacznie beletrystycznej fantazji "sedziwego weterana
powiesci". Raczej lub przede wszystkim jest poetyckim ucielesnieniem
marzenia o niebezpotomnym odejsciu z zycia. Wszak Berenika
nie tylko jest potomkiem z krwi, ale takze poczatkujaca
pisarka, autorka debiutanckiego zbioru opowiadan pt. Sny.
I jeszcze jedno marzenie: Zydowka Berenika serdecznie zaprzyjaznia
sie z rowiesnica Polka, przybrana wnuczka Ilona. W pieknym
przedstawieniu tej przyjazni w Przygodach Robinsona nie
ma nic z "kurczowych ruchow beletrysty", "podszycia sie
pod rzeczywistosc, pod prawde". Oby rzeczywistosc, jak to
przeciez od wiekow bywa w jej zwiazkach ze sztuka, podszyla
sie pod to najprawdziwsze, moze juz ostatnie, pragnienie
starego pisarza.
Nie bylby Brandys soba, gdyby i w tej ksiazce nie poruszyl
spraw zawsze go nurtujacych. Powiesc krotka, wiec autor
pisze o nich zwiezle, oszczedza sily na to, co dla najwazniejsze.
Na przyklad Ð o kwestii tak zwanej tozsamosci. "O mojej
tozsamosci rozstrzygnal jezyk. Mysle i pisze po polsku,
ani jednego zdania nie napisalem w obcym jezyku. Nie moglbym
tez inaczej okreslic mojego samopoczucia". Jego czytelnicy
pospiesza tu dodac, ze wszystko, co Kazimierz Brandys napisal,
dotyczy Polski i polskosci, ze podmiotem jego utworow zebranych
jest dusza Polaka (i Polki), a przede wszystkim polskiego
inteligenta. Ale jak wielu Polakow pochodzenia zydowskiego,
tak jak oszkalowany tuz przed wojna jego ojciec, Brandys
nie chcial Ð a nieraz i nie mogl Ð wyprzec sie swego pochodzenia
ani go zatrzec. W Polsce ani przed wojna, ani po wojnie,
nie mowiac juz o latach okupacji, pisze Brandys, nie mowilo
sie "Polak pochodzenia zydowskiego", tylko zawsze "Zyd".
"Nikomu jednak nie przyszloby do glowy nazwac profesora
Stanislawa Lorentza Niemcem czy Polakiem pochodzenia niemieckiego.
Aby zanalizowac przyczyny tych zroznicowan, trzeba by napisac
gruby tom". Wreszcie w cala te pogmatwana historie uderzy
kataklizm zaglady. "Przemilczac swoje zydowskie pochodzenie
po eksterminacji Zydow europejskich jest czyms innym niz
zatajac je przed. Ukrywajac je po Zagladzie, jak odium,
przyznaje sie posrednio racje ludozercom".
Trudno sie z tym zdaniem w calej pelni nie zgodzic. Budzi
natomiast watpliwosci (moje przynajmniej) wskazywanie na
pochodzenie zydowskie ludzi, ktorzy sami zdecydowali sie
tego faktu, byc moze nie uznajac jego "faktycznosci", nie
ujawniac. Bo takze po zagladzie wolnosc wyboru w tej kwestii
stala sie prawem okupionym smiercia milionow ludzi tego
prawa pozbawionych. Nie powinno sie takze negowac, po czterdziestu
z gora latach despotycznej polityki paszportowej, wolnosci
wyboru miejsca czy kraju zamieszkania obywateli polskich
(nikt nie mial za zle Hemingwayowi, ze chcial mieszkac na
Kubie!). A jednak Kazimierz Brandys stara sie sobie i nam
uzasadnic decyzje zamieszkania we Francji i niektore z jego
tu argumentow moga budzic watpliwosci. Czyniac w tej sprawie
rachunek sumienia, cytuje swoj list do znajomej (domyslamy
sie w niej Ewy Kuryluk), w ktorym skarzy sie na aktualna
sytuacje w kraju.
"Najbardziej niepokoi dziura w zyciu kulturalnym, wessanie
spraw i ludzi przez polityke...". I dalej, piszac, ze adresatem
jego tworczosci sa polscy inteligenci, stwierdza: "... podobno
ludzi tego rodzaju, czyli inteligencji w moim rozumieniu,
prawie juz tam nie ma". Poniewaz w liscie tym autor wspomina
Kuznice, sztandarowe pismo powojennych pogromcow najlepszych
tradycji polskiej kultury i inteligencji, z ktorym byl blisko
zwiazany, trudno nam sie nie dziwic zrzedzeniom na obecne
"wessanie przez polityke" albo na wspomniany gdzie indziej
"zaduch literackiego magla, to intelektualno-artystyczne
piekielko, gdzie moga prosperowac tylko fajni kumple". Chcialoby
sie powiedziec: sa fikcje pamieci i fikcje zapomnienia.
Wszyscy je sobie tworzymy, lecz choc beletrystow wielu,
malo ktory wirtuozeria mysli, czuloscia sluchu i mistrzostwem
stylu rowna sie autorowi Sobie i Panstwu, Wariacji pocztowych,
Nierzeczywistosci, Przygod Robinsona... Nie ma wspolczesnego
pisarza, ktory tak wiernie, z nie gasnaca pasja, od ponad
pol wieku tworzy pamietnik swego miejsca i czasu.
Razem z Przygodami Robinsona ukazal sie w 1999 roku w serii
"Wspolczesne opowiadania polskie" Wywiad zBallmeyerem. Ambitny,
bo podejmujacy wielki temat odpowiedzialnosci za zbrodnie
ludobojstwa, Wywiad Ð inaczej niz realistyczne i autorefleksyjne
utwory Kazimierza Brandysa Ð skurczyl sie w trybach czasu.
Fikcyjny general Ballmeyer, Niemiec, zbrodniarz wojenny
odpowiedzialny za brutalna pacyfikacje fikcyjnej wyspy Barnum,
wykrecil sie od stryczka w Norymberdze, czy po Norymberdze,
udawaniem wariata i pod koniec lat piecdziesiatych, czyli
w czasie narracyjnym opowiadania, dozywa swoich zolnierskich
lat w skromnej westfalskiej stodole pod opieka wiernego
sluzbisty-adiutanta Ð bo jakze inaczej, skoro o Niemcach
mowa. Jego osoba, dusza, sumienie, budza ponoc ogromne zainteresowanie
na calym swiecie, a wiec dziennikarzy i wszelkich publicystow,
ktorych reprezentuje w opowiadaniu stereotypowo nerwicowy
Amerykanin pochodzenia zydowskiego Raphael (czytaj: aniol)
Daves, tylez zainteresowany owa nazistowska dusza, co swoja
rywalizacja z bystrzejszym oden korespondentem New York
Timesa Johnsonem, w domysle nie-Zydem. Przewage w rozmowie,
a raczej niezbyt udanej probie rozmowy, ma caly czas Ballmeyer,
poniewaz : "Jest w wiekszym stopniu soba niz Daves, ktory
nie ma zupelnej pewnosci, co za chwile powie i kim sie okaze".
Oczywiscie okazuje sie, ze Ballmeyer wyrzutow sumienia nie
ma, skoro twierdzi, iz: "Historia i natura zabijaja anonimowo,
w ten czy w inny sposob". Zamiast autentycznego zbrodniarza
wojennego, jak w Eichmanie w Jerozolimie Hanny Arendt czy
Rozmowach z katem Kazimierza Moczarskiego, faktycznie ucielesniajacych
"banalnosc zla", mamy w opowiadaniu Brandysa nieciekawa
figure i nieciekawy eksponat "typowo niemieckiego" mordercy
w mundurze, ktorego usiluje zdekonstruowac nieciekawy i
nieautentyczny Ð amerykanscy dziennikarze pochodzenie zydowskiego
juz od dawna nie maja kompleksow, jakie Davesowi przypisuje
Brandys Ð skryba z nietrafnie zatytulowanego periodyku Scientific
Review.
W roku pierwszego wydania Wywiadu z Ballmeyerem
(1958), umyslna fikcyjnosc zbrodniarza i miejsca zbrodni
mogla miec moc aluzyjna w odniesieniu do innych masowych
morderstw, o ktorych wowczas nie wolno bylo pisac. Podobnie
w Davesie niejeden z polskich publicystow moglby rozpoznac
siebie. Jak wiele owczesnych tekstow wspartych powszechnie
czytelnym podtekstem, Wywiad stal sie utworem jednowymiarowym,
dobrze napisana, lecz nieco nudna satyra na pewien typ moralistycznego
dziennikarstwa. "Brak panu wnioskow, poniewaz operuje pan
fikcjami" Ð mowi Ballmeyer do Davesa, a zachwycony ta perla
Brandysowskiego stylu czytelnik zaluje, ze autor ulegl w
tym wielkim temacie pokusie fikcji, zamiast rozejrzec sie
za istniejaca w bliskim i dalszym sasiedztwie prawda. Nie
chciejmy jednak zbyt wiele, majac od Kazimierza Brandysa
pelna polke ksiazek, ktore zyja i plona Ð i kaza nam pamietac,
ze: "Jestesmy winni ironie temu, co wobec nas jest ironiczne".
Kazimierz Brandys, Przygody Robinsona
Iskry, Warszawa 1999, s. 144, cena 10 dol.
Wywiad z Ballmeyerem
Wydawnictwo UMCS, Lublin 1999, s.49, cena 7 dol.
Obie ksiazki sa do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika.
W przypadku zamowienia z przesylka do ceny prosimy doliczyc
8,25% podatku i 4.40 dol. porto. |