ROMAN MARKOWICZ
Kolekcja nagran Rubinsteina
Firma plytowa RCA/BMG wydala kilka miesiecy temu monumentalna
edycje nagran zatytulowana Rubinstein Collection. Niedawno
dzieki uprzejmosci firmy, ktora sprzedaje ten zbior krytykom
po specjalnej cenie - kto moze sobie pozwolic na ekstrawagancje
za 1500 dolarow! - stalem sie szczesliwym posiadaczem kompletu
nagran, jakich Artur Rubinstein dokonal, glownie w studiu,
w latach 1928-1976. Nie zamierzam oczywiscie recenzowac
94 plyt kompaktowych, ktore zawieraja ponad 106 godzin nagran:
jest to po prostu niemozliwe. Chcialem raczej podzilic sie
pewnymi uwagami i spostrzezeniami na temat najwiekszego
chyba polskiego muzyka naszego - przepraszam, ubieglego...
- stulecia.
Dzisiejszego melomana, przyzwyczajonego do kupowania nagran
dokonywanych przez nastolatkow zdumiewac musi, ze pierwsze
nagrania Rubinsteina pochodza z 1928 r.: byl on wtedy juz
41-letnim wirtuozem slawnym w Europie i Ameryce Poludniowej,
choc jeszcze o prawie dekade odleglym od triumfow w Stanach
Zjendoczonych, ktore mialy potem stac sie jego przybrana
ojczyzna. Nie wiadomo dzis, czy przyczyna tego poznego poczatku
kariery studyjnej byla niechec artysty do nagrywania w owczesnych
warunkach technicznych. Pamietac nalezy, ze w 1928 r. tzw.
nagrania elektryczne, podczas ktorych uzywano mikrofonow,
byly jeszcze stosunkowo nowoscia. Nagrania akustyczne, o
ktorych Rubinstein wyrazal sie z niechecia (twierdzil, ze
"fortepian brzmi na nich jak banjo"), byly rzeczywiscie
dalekie od doskonalosci. Niemniej w pierwszych trzech dekadach
stulecia wszyscy owczesnie najwieksi muzycy dokonywali nagran
i nieobecnosc Rubinsteina wsrod nich byc moze spowodowana
byla innymi przyczynami. Kiedy wiec w marcu 1928 r. artysta
dal sie w koncu przekonac Fredowi Gaisbergowi, legendarnemu
szefowi HMV, angielskiej kompanii plytowej, aby nagrac cos
dla niej, bylo to historyczne wydarzenie. Rubinstein wybral
na probne nagranie Barkarole Chopina. Artysta przyznal potem,
ze przesluchujac nagranie mial w oczach lzy. "Bylo to nagranie,
o jakim marzylem i zloty dzwiek fortepianu nareszcie zostal
prawidlowo zarejestrowany. To byl bardzo wazny dla mnie
dzien: rozpoczelo sie moje nowe zycie".
Przypomne, ze w czasach 78-obrotowych plyt czas nagrania
ograniczony byl do 4,5 minuty: dominowaly wiec zapisy glownie
krotkich utworow, a w zwiazku z niemozliwoscia "sklejania",
tzn. redagowania nagran, w przypadku jakichs potkniec palcowych
czy innych niepowodzen powtarzac trzeba bylo cala matryce.
Mimo tych ograniczen technicznej natury, powoli firmy plytowe
rozpoczely nagrywania dluzszych kompozycji i juz w 1929
roku Rubinstein byl pierwszym pianista, ktory nagral Koncert
B-dur Brahmsa, od lat bedacy w jego repertuarze. Wydawac
by sie moglo, ze dla artysty o tak wtedy nieokielznanym
temperamencie powolny i denerwujacy proces nagrywania kilkuminutowych
odcinkow bedzie czyms nie do wytrzymania i utrudni osiagniecie
odpowiednich artystycznych rezultatow: okazalo sie jednak,
ze Rubinstein potrafil bez wiekszego trudu i bez uszczerbku
dla muzyki poddac sie wymogom trudnego procesu. Jego wczesne
nagrania promieniuja jasnoscia, zyciem i porywajacym temperamentem.
W latach 30. Rubinstein byl regularnym gosciem w studiach
HMV; nagrywal kompozycje solowe, ale takze koncerty fortepianowe
Czajkowskiego, Chopina i Mozarta.
Nagranie Koncertu b-moll Czajkowskiego (1932 r.) z mlodym
wowczas angielskim dyrygentem Johnem Barbirolli, bylo bardzo
dobrze przyjete nie tylko przez melomanow, ale takze przez
krytykow i stalo sie pewnego rodzaju przelomem w artystycznej
karierze pianisty.
Polowa lat 30. przyniosla inne triumfy w postaci nagran
chopinowskich 4. scherz, mazurkow i nokturnow oraz polonezow.
Te plyty wlasnie znacznie przyczynily sie do podboju Ameryki
w 1937 r.: pierwsze amerykanskie wystepy Rubinsteina przeszly
bez wiekszego echa i sukcesu. Teraz nareszcie jego talent
i ogromne mozliwosci pianistyczne rozpoznano po drugiej
stronie oceanu. Byc moze do tego sukcesu przyczynila sie
takze nowo poslubiona zona Artura Aniela Mlynarska, corka
znanego warszawskiego dyrygenta. Rubinstein zabral sie w
tym okresie do porzadnej pracy nad soba i nad technika,
gdyz nie chcial, aby jak mowila zona pamietano go jako kogos,
kto "moglby byc wielkim pianista".
Po osiedleniu sie w USA podczas II wojny swiatowej artysta
nie zaprzestal dzialalnosci w studiu, nagrywajac znaczna
czesc swego wielkiego repertuaru. Wielu komentatorow zauwazylo,
ze niestety rownie duza czesc kompozycji, ktore czesto znajdowaly
sie w programach recitalowych, nigdy nie zostala nagrana.
Nie dojdziemy dzis, jaka byla tego przyczyna - decyzja artysty
czy tez kompanii RCA Victor, faktem jest, ze stracone bezpowrotnie
zostaly nie tylko pewne sonaty Beethovena, krotkie kompozycje
Bartoka, Prokofiewa czy Ravela, ale rowniez cykle wariacji
Brahmsa (na temat Händla i Paganiniego), kompozycje Skriabina,
ktore w mlodosci gral po mistrzowsku, suita z Pietruszki
Strawinskiego - jemu wlasnie dedykowana, pewne sonaty Mozarta
czy wreszcie Iberia <$>Albeniza, ktorej byl pierwszym i
ponoc wspanialym wykonawca. <$>Podbil nia Hiszpanie i zdobyl
slawe wspanialego odtworcy hiszpanskiej muzyki: inne kompozycje,
na szczescie nagrane, potwierdzaja znakomite wyczucie jej
specyfiki. Dla naszej kultury jednak najwieksza strata jest
nieobecnosc w jego dyskografii wiekszej czesci dziel Karola
Szymanowskiego: nagrano kilka mazurkow i Symfonie koncertujaca.
Do wielu kompozycji Rubinstein powracal czasami wierzac,
ze nastepnym razem osiagnie w studiu jeszcze lepsze rezultaty
niz poprzednio, czasami ze wzgledu na rozwoj techniki. Np.
cykle polonezow, nokturnow i mazurkow Chopina, nagrane w
latach 30. powtorzyl jeszcze dwukrotnie: raz w latach 50.,
nagrywajac je na plyty tzw. dlugograjace, ale wciaz monofoniczne,
potem juz stereofonicznie w latach 60. Podobnie bylo z wiekszoscia
jego utrwalonego na plytach repertuaru: duzo nagran istnieje
w dwoch przynajmniej wersjach, sporo jest nawet dokonanych
trzykrotnie.
Rubinstein czesto podkreslal, ze nagrywanie plyt sprawia
mu ogromna przyjemnosc. W dolaczonej do omawianej pieknej
edycji ksiazce, zawierajacej dyskografie oraz artykuly i
wspomnienia ludzi zwiazanych z artysta (glownie profesjonalnie),
znajdujemy wspomnienia Maxa Wilcoxa, ktory od 1959 do 1976
byl rezyserem nagran Rubinsteina. Wilcox pisze, ze pianista
przybywal na sesje nagran dobrze przygotowany, wiedzial
czego od siebie oczekuje i jak zamierza osiagnac wytyczony
cel. Po dokonaniu pierwszej wersji, odsluchiwal ja z partytura
w reku, nieodmiennie anonsujac: "No, a teraz ide sie uczyc!".
Rzadko kiedy potrzeba bylo wiecej niz kilka prob, aby osiagnac
oczekiwane przez samego artyste rezultaty.
Rubinstein czesto powtarzal, ze on sie ciagle zmienia, nagranie
zas wciaz pozostaje to samo. Nie byl w tym przekonaniu odosobniony,
gdyz kazdy artysta wie, ze jego interpretacje z czasem sie
zmieniaja.
O jakiej ewolucji mowimy, obserwujac jego 50-letnia dzialalnosc
przed mikrofonem? Zacznijmy moze od pewnych elementow, ktore
pozostaly obecne w jego grze do samego konca kariery, zastopowanej
powolna utrata wzroku raczej, niz kontroli nad rekami. Do
konca pozostal gleboki i spiewny ton instrumentu, rytmiczna
zywotnosc, dramaturgia i projekcja linii melodycznej. Do
konca pozostal niezachwiany sens interpretacji i najbardziej
naturalne rubato, cechy budzace wielki dla jego sztuki respekt
muzykow orkiestrowych; wielu z nich twierdzilo, ze najlatwiej
gralo im sie z Rubinsteinem. Ponadto - odpowiednia proporcja
sily i subtelnosci. Cechowal go tez calkowity brak ekscentrycznosci
czy kaprysnosci, a takze "teutonicznej" sztywnosci charakterystycznej
dla niektorych jego slynnych kolegow pochodzacych z tzw.
szkoly niemieckiej. Tu chcialbym rowniez wspomniec o pewnym
przydomku, jakim w ostatnich dekadach jego kariery obdarzano
Rubinsteina. Mowiono o nim "ostatni romantyk", co bylo zaprzeczenim
jego artystycznej wizji. W interpretacjach pianisty nigdy
nie bylo samowoli, muzycznego nieladu, lamania frazy itd.,
jednym slowem charakterystycznych cech pewnych artystow
wyroslych jeszcze w XIX-wiecznej estetyce.
W grze Rubinsteina, jesli porownamy powiedzmy pierwsze dwie
dekady jego studyjnej dzialalnosci, zaszly znaczne zmiany.
Pierwsze nagrania cechowala niesamowita witalnosc i czesto
nieokielznany temperament. Pozniej pod presja wlasnej muzycznej
rzetelnosci, wzrastajacymi standardami wykonawczymi, jak
rowniez pojawiajaca sie od lat 40. mozliwoscia "redagowania"
nagran, tzn. usuwania technicznych niedoskonalosci, ktore
byly zauwazalne we wczesnych nagraniach, artysta stawal
sie coraz to ostrozniejszy. Tracil charakterystyczna wciaz
podczas koncertow spontanicznosc. Nie chcialbym, aby czytelnik
nie znajacy dawnych interpretacji Rubinsteina odniosl wrazenie,
ze byly to pianistycznie nieudolne proby. W moim przekonaniu
byl to jeden z najwiekszych talentow o fantastycznej latwosci
gry - i znanej powszechnie nonszalancji, jesli chodzi o
precyzje - ale rowniez naturalnym, ujmujacym poczuciu liryzmu,
frazowania, introspekcji. Slychac to wyraznie we wczesnych
nagraniach nokturnow czy mazurkow Chopina, juz wtedy nieporownanych
stylistycznie i w pewnym sensie idealnych w koncepcji. Byla
to gra o rzadkiej elokwencji, elegancji, szarmancka, potoczysta,
radosna. Wedlug mnie najwazniejszym jednak elementem gry
tego fenomenalnie uzdolnionego pianisty bylo to, ze wszystko,
czego wtedy dotknal brzmialo tak naturalnie, ze pewne usterki
palcowe szybko popadaly w zapomnienie. Zdarzalo sie oczywiscie,
ze w pewnych momentach spontanicznosci joie de vivre zblizaly
sie niebezpiecznie do czegos, co mozna by nazwac niechlujnoscia,
byla to jednak niewielka cena do zaplacenia w porownaniu
z muzycznymi dywidendami. Ciekawe, ze w niektorych momentach
koncertow Chopina, Rachmaninowa czy Brahmsa, trudniejszych
palcowo, ten "a niech to diabli!..." stosunek do wiernosci
tekstowi pozostal u mistrza nawet w epoce nagran dokonanych
na plytach dlugograjacych. Jako pianista nie moge oprzec
sie pewnej dozie podziwu dla Rubinsteina, ktory wydawal
sie mowic nam - nawet bezczelnie oszukujac! - ze "jesli
brzmi to dobrze, to po co martwic sie o akuratnosc!".
Jak zaznaczylem, energia, zywotnosc i spontanicznosc, ktora
do poznej starosci towarzyszyla wykonaniom publicznym, zaczela
znikac ze studyjnych nagran, ktore coraz czesciej - szczegolnie
w erze stereofonii - brzmialy po prostu ostroznie, a czasami
wprost obojetnie. Wydaje mi sie, ze Rubinstein, podobnie
jak jego inni dlugowieczni koledzy: Claudio Arrau, Rudolf
Serkin czy Wilhelm Backhaus poddal sie presji dokonywania
nagran, ktore beda istotne jedynie dla kolekcjonerow pragnacych
posiadac wszystko, co w katalogu.
Rubinsetin Collection wypelnia duza luke, wprowadzajac z
powrotem do obiegu wiele nagran przez prawie pol wieku nieobecnych
na rynku. Mowa tu o wczesniej wspomnianych rejestracjach
dokonanych w latach 40. i 50., kiedy Rubinstein nieco mniej
nonszalancko gral, choc wciaz niebywale emocjonalnie i coraz
to bardziej arystokratycznie w oddechu i frazowaniu. Liczne
nagrania Chopina, Brahmsa czy Schumanna - od lat znane mi
z porysowanych, poniszczonych plyt, ktore latami kupowalem
w sklepach ze starzyzna, na wyprzedazach w bibliotekach
i gdziekolwiek sie dalo - w pewnym sensie niepowtarzalne,
bo rownowazace wspomniane cechy pianistyki. Zaznaczylem,
ze poczawszy od 1941 r. artysta nagrywal dla firmy RCA Victor.
Niestety, ta najbardziej prestizowa z amerykanskich firm
plytowych prawie nigdy nie obdarzyla swego najslynniejszego
artyste dzwiekiem, jaki sluchacze znali z koncertow. W wielu
przypadkach ton fortepianu jest jak gdyby pozbawiony alikwotow,
jest przytlumiony, bezbarwny, drewniany. Wydaje mi sie,
ze stare przedwojenne nagrania dokonane w Anglii dla HMV
maja bardziej naturalny, jasny, lepiej uchwycony dzwiek.
Rubinstein byl wielce negatywnie nastawiony do publikowania
nagran z koncertow. Jako jego wielbiciel od lat zaznajamialem
sie z pirackimi nagraniami, nie mowiac o tym, ze mialem
kilkakrotnie wielki przywilej sluchania go na zywo. Jestem
przekonany, ze Rubinstein wyrzadzil sobie i swoim wielbicielom,
a takze nastepnym generacjom, ktore znac go beda jedynie
z plyt, wielka krzywde publikujac tak znikoma liczbe nagran
pochodzacych z koncertow. W omawianej kolekcji koronnym
dowodem i wrecz bezcennym dokumentem jest nagrany na zywo
recital w Moskwie (1 X 1964 r.). Blisko osiemdziesiecioletni
pianista gra Chopina jak natchniony, pokazujac wirtuozerie,
brawure, styl, elegancje rzadko - jesli kiedykolwiek - spotykana
w studyjnych nagraniach. Sluchajac tego wlasnie recitalu,
nawet niewtajemniczony w arkana pianistyki laik natychmiast
zda sobie sprawe, ze ta gra brzmi zupelnie inaczej niz w
studyjnych wersjach, w ktorych kroluje ostroznosc i poprawnosc.
Wypada w koncu w kilku choc slowach wspomniec o pozamuzycznych
walorach tej cennej edycji. Pudlo zawierajace 82 albumiki
rozmieszczone na dwoch poziomach jest nie tylko starannie
wykonane, ale zawiera niezmiernie pieczolowicie wydana ksiege
zawierajaca liczne artykuly i potrojny spis nagran. Mamy
prawdziwa kopalnie informacji o nagraniach, ich datach,
miejscach itd. Wszystkie teksty opublikowano po angielsku,
niemiecku i francusku. Specjalnie dla tej edycji napisali
je znani muzykolodzy i krytycy. Umieszczono rowniez, rzadko
przedtem publikowane, fotografie artysty. Edytorska strona
Rubinstein Collection wydaje sie dzielem samym w sobie -
nie moglem znalezc w niej slabych punktow. Wiele artykulow
o pianiscie pochodzi spod piora osob blisko z nim zwiazanych,
jak np. Max Wilcox, John Rubinstein, Zubin Mehta, skrzypek
Arnold Steinkard czy Stanislaw Skrowaczewski i zawiera interesujace
wspomnienia, anegdoty i obserwacje. Ostatni z albumow (nr
82) zawiera nie tylko nigdzie dotad nie publikowane nagrania,
ale jako dodatkowa atrakcje -trzy wywiady pianisty na temat
jego nowych wowczas nagran koncertow Mozarta, Koncertu Es-dur
"Beethovena i Walcow" Chopina.
Firma RCA/BMG dokonala ogromnego wysilku odrestaurowujac
stare nagrania i nadajac im niemal wspolczesne brzmienie,
za co naleza sie slowa wielkiej pochwaly. Wkrotce kompakty
z tej serii maja pojawic sie pojedynczo w sprzedazy i wtedy
postaram sie raz jeszcze powrocic do tych czesto niepowtarzalnych
nagran, oferujac pewne sugestie i rekomendacje.
Spogladajac na moj nowy nabytek sam sobie zazdroszcze...
|