 |
Dzis i jutro
Instytutu Pilsudskiego
w Nowym Jorku
Z prezesem
Jackiem Galazka
rozmawia
Andrzej Jozef Dabrowski |
Andrzej Jozef Dabrowski: - Od ponad roku jest
Pan prezesem Instytutu Pilsudskiego w Nowym Jorku, przedtem
przez piec lat funkcje te sprawowal Andrzej Beck. Czy zmiana
na tym stanowisku oznacza jakies zmiany w pracy tej placowki?
Jacek Galazka: - Nie tyle wiaza sie one z osoba
prezesa, ile z sytuacja samego Instytutu. W przeszlosci
jako czlonek Rady Dyrektorow zajmowalem sie glownie sprawami
statutowymi, dzis musze miec na wzgledzie przyszlosc tej
instytucji. W roku 1998 Andrzej Beck zapowiedzial, ze chcialby
zrezygnowac z prezesowania. Wowczas pojawila sie moja kandydatura
na to stanowisko. Pojawila sie tez kwestia, gdzie ma byc
nasz Instytut. Zdalismy sobie bowiem sprawe, ze z chwila
odzyskania przez Polske niepodleglosci w 1989 roku, podstawowa
jego misja - niepodleglosciowa - zostala zakonczona. Ostatnie
10 lat utwierdzilo nas w tym przekonaniu.
- Czy nie powinien on zatem pozostac po prostu placowka
naukowa?
- Naukowcy polscy, ktorzy przyjezdzali do nas, aby zbadac
jakis problem, korzystajac z naszych zasobow, moga teraz
bez ograniczen korzystac ze zbiorow i archiwow polskich.
W ostatnich latach zmalala czestotliwosc skladanych nam
wizyt. Pierwsze pytanie, jakie postawilem sobie po objeciu
prezesury, dotyczylo dalszych zadan Instytutu i miejsca
jego dzialalnosci. Poniewaz Instytut Pilsudskiego zostal
utworzony przed wojna w Polsce (pod opieka Ministerstwa
Spraw Wojskowych) i duza czesc zbiorow pochodzi wlasnie
stamtad, trzeba bylo - w moim przekonaniu - sprawdzic, jakie
sa mozliwosci ewentualnego jego powrotu do Polski.
- Jak zareagowali na to czlonkowie Instytutu?
- Kiedy pytalem o to Rade Dyrektorow okazalo sie, ze spora
jej czesc uwaza, ze Instytut powinien jeszcze zostac w Nowym
Jorku i promieniowac na Polonie i na Ameryke. Powolywali
sie na glosy historykow polskich, ktorzy sa zdania, ze powinnismy
dzialac tutaj. Jednak szczuplosc funduszy sklonila nas do
wysondowania w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej, czy
w razie potrzeby mogloby ono przyjac nas pod swoje skrzydla.
Otrzymalismy odpowiedz, ze jesli nie znajdziemy srodkow
pozwalajacych utrzymac sie w Nowym Jorku, to ministerstwo
zaopiekuje sie przeniesionymi do Polski naszymi zbiorami.
- Jak mialoby to wygladac pod wzgledem organizacyjnym?
- Prawdopodobnie Instytut zostalby umieszczony w centralnych
archiwach wojska, a galeria obrazow trafilaby do Muzeum
Wojska Polskiego. Natomiast pozostala kwestia, czy istnielibysmy
w Polsce jako osobna i niezalezna placowka, ministerstwo
bowiem moze wspierac tylko instytucje rzadowe. Przed niespelna
rokiem w Warszawie powstalo Towarzystwo Przyjaciol Instytutow
Pilsudskiego w Nowym Jorku i Londynie, z ktorym wspoldziala
pani Danuta Cisek, wiceprezes obu organizacji. Towarzystwo
to tez uwaza, ze powinnismy nadal dzialac w Nowym Jorku.
- Czyli nie ma raczej mowy o tym, by Instytut istnial
w Polsce jako odrebna i niezalezna organizacja?
- Pojawilo sie wiec nowe pytanie: jesli nie pojedziemy
do Polski, to co bedziemy nadal robic w Nowym Jorku? I tu
sie wylonila koncepcja przeksztalcenia Instytutu Pilsudskiego
w Centrum Kultury Polskiej. Nasze zbiory i archiwa sa bardzo
dobrym zapleczem. Ten pomysl pozyskal zwolennikow w Radzie
Dyrektorow i wsrod przyjaciol Instytutu. Jednak trzeba sobie
odpowiedziec na kolejne pytanie, jakim mamy byc centrum
kultury, skoro nie mamy obecnie na widoku zadnych pokaznych
dotacji. Trzeba dzialac tak, aby nie obciazac naszego budzetu
nadmiernymi kosztami, bo Instytut musi trwac.
- Jakie zatem beda pierwsze kroki?
- Postanowilismy otworzyc szerzej drzwi dla mlodziezy szkolnej
i kadry nauczycielskiej. Chcemy tez nawiazac wspolprace
z Instytutem Europy Srodkowej i Wschodniej dzialajacym na
Columbia University. Prezentowalismy tam wlasnie nasza wystawe
o losie dzieci polskich wywiezionych w 1940 roku w glab
Zwiazku Sowieckiego, przygotowana przez pania Grazyne Jonkajtis-Lube.
Ekspozycje obejrzaly tysiace ludzi.
- Czy probowaliscie zainteresowac Waszymi pomyslami
organizacje polonijne?
- Owszem, wspoldzialamy z Polish National Alliance (nasi
gospodarze) i z Kongresem Polonii Amerykanskiej. Bardzo
nam pomogl prezes tych organizacji pan Edward Moskal, ktory
nie tylko poparl nasza koncepcje, ale jeszcze okazal sie
bardzo troskliwym opiekunem zarowno w sensie materialnym
jak i organizacyjnym.
- A jak sie bedzie miala Wasza dzialalnosc w stosunku
do dzialalnosci oficjalnego Centrum Kultury Polskiej, jakie
ma zamiar utworzyc w Nowym Jorku polskie Ministerstwo Kultury
i Ministerstwo Spraw Zagranicznych?
- Nie wiem jeszcze, jakie zadania postawi sobie to centrum.
Uwazam, ze powinno ono powstac w oparciu o placowki, ktore
tu juz istnieja. Nie ma bowiem potrzeby zaczynania wszystkiego
od nowa. Liczymy na to, ze jego pracownicy zwroca sie do
nas z pytaniem, co moglibysmy wspolnie robic. Mamy dobrze
usytuowane lokum, liczaca 240 polskich obrazow galerie,
biblioteke, archiwum i sale konferencyjna mieszczaca okolo
80 osob. Najwazniejsze jest jednak znalezienie wspolnych
tematow i form promocji. Naszym aliantem jest miesiecznik
New Horizon, ktore idealnie nadaje sie do popierania tego
typu inicjatyw. Wspolnie powinnismy utworzyc w Internecie
Polsko-Amerykanskie Centrum Informacyjne zajmujace sie kultura
(Polish Cultural Information Center), korzystajac z bazy
danych zawartych w ksiazce wydanej przed osmiu laty Polish
Heritage Guide to U.S.A. & Canada, ktora wznawiam w biezacym
roku. Zawiera ona opis prawie dwustu polonijnych placowek
w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Uwazam, ze wspolnie
powinnismy nastawic sie na propagowanie kultury polskiej
w USA, bo to jest najlepsze lobby dla Polski i Polonii.
- Od dziesieciu lat walcze o to piorem. Jak dotad bezskutecznie.
- Dlatego trzeba na razie podejmowac mniejsze zadania.
Potrzebne sa cegielki.
- Czy nie boi sie Pan, ze jesli Instytut Pilsudskiego
nastawi sie na promowanie kultury polskiej, to jego dotychczasowa
dzialalnosc ulegnie jednak pewnemu rozmyciu?
- Nasza akcja niepodleglosciowa naprawde sie juz skonczyla,
a zapotrzebowanie na nasza pomoc naukowa jest mniejsze niz
kiedys. To, ze nastawiamy sie na kulture nie oznacza, ze
nie mozemy byc waznym zapleczem dla historykow i badaczy.
Jednak jasno sobie trzeba powiedziec, ze dzisiaj musimy
byc apolityczni. Nie mozemy sie mieszac w zadne sprawy polityczne,
bo tak stanowi prawo amerykanskie. Musimy byc placowka,
ktora stanie sie potrzebna i ktora sama bedzie lansowala
takie projekty, jakie zapewnia jej egzystencje. Musimy byc
otwarci na rozne formy dzialalnosci kulturalnej.
- Czy Amerykanie korzystaja ze zbiorow Instytutu?
- W minimalnym stopniu. Tematyka polska nie jest dzis popularna
w nauce amerykanskiej. Amerykanie na ogol nie wiedza, ze
istniejemy. To tez trzeba zmienic. Pracujemy nad nowa strona
Instytutu w Internecie.
- Czy Wasza dzialalnosc jest dostatecznie spopularyzowana
w Polsce?
- W pewnym stopniu popularyzowal ja dr Janusz Cisek. Zorganizowal
wystawe w Bibliotece Narodowej w 80. rocznice odzyskania
niepodleglosci, pisal do prasy polskiej, docieral do senackiej
Komisji ds. Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Komisja ta
jednak musiala sie zajac w pierwszej kolejnosci Biblioteka
Polska w Paryzu. Do nas przyslano natomiast kilku fachowych
archiwistow.
- W jaki sposob powstaje Wasz budzet?
- 10 procent pochodzi ze skladek czlonkowskich, drugie
10 do 20 procent z indywidualnych dotacji. Nastepne 20 procent
mamy dzieki dotacji Fundacji Jurzykowskiego. Pozostala kwote
zdobywalismy dotychczas z wplywow uzyskiwanych z dorocznego
bankietu. Tradycje urzadzania bankietow zapoczatkowal sp.
admiral Zygmunt Bajak. Wiedzial, jak szukac bogatych sponsorow,
takich chocby jak Citibank i Boeing. W ubieglym roku nie
znalezlismy sponsora tego typu, co spowodowalo duza dziure
w budzecie. Na szczescie w tym roku udalo sie nam namowic
MacDonaldäsa, zeby sponsorowal nasz bankiet, ktory odbedzie
sie 2 czerwca. Nie oznacza to jednak, ze nie musimy zacisnac
pasa.
- Czy Polsko-Slowianska Federalna Unia Kredytowa nie
oferowala Wam jakiejs stalej dotacji?
- Dotychczas nie. Byloby jednak wspaniale, gdyby to zrobila.
- Moze wystapcie do nich z odpowiednim pismem, zapewniajacym,
ze ich gest bedzie nalezycie upamietniony. - Wezmiemy to
na pewno pod uwage. Moze P-SFUK da jakies fundusze na nasze
centrum internetowe.
- Ilu Instytut ma czlonkow?
- Okolo 500. Wielu z nich to czlonkowie honorowi. Nie zawsze
moga placic skladki.
- Czy corki Marszalka Pilsudskiego sa w jakis sposob
zainteresowane Wasza dzialalnoscia?
- Pani Wanda juz nie moze nas wspierac ze wgledu na podeszly
wiek, natomiast pani Jadwiga jest bardzo zaangazowana, ale
w sposob nie rzucajacy sie w oczy. Jest w zarzadzie Stowarzyszenia
Przyjaciol obu instytutow i czasem mowi, co jej sie jeszcze
marzy w odniesieniu do obu placowek. Staramy sie ja zaprosic
do nas, zeby po prostu pobyla tu z nami jak czlonek rodziny.
- Czym sie roznicie od Instytutu w Londynie?
- Dotychczas cele mielismy takie same. Oni maja wiecej
eksponatow zlozonych przez rodzine, poczawszy od slynnej
szabli Marszalka. Maja lepsza od nas sytuacje finansowa,
bo mieszcza sie w Polskim Osrodku Spoleczno-Kulturalnym
(POSK) i dostaja spadki po zyjacych w Anglii pilsudczykach.
Przydalby sie nam taki POSK w Nowym Jorku!
- Czy oba instytuty sa w dobrych stosunkach?
- W bardzo dobrych, wrecz serdecznych.
- Byl Pan zolnierzem Pierwszej Dywizji Pancernej generala
Maczka. Walczyl Pan we Francji, Belgii i Holandii. Jak potoczyly
sie Pana dalsze losy?
- Po zakonczeniu wojny przebywalem w angielskiej strefie
okupacyjnej, skad zostalem odkomenderowny na studia do Edynburga.
W 1948 roku ukonczylem ekonomie i pracowalem w Szkocji jako
ekonomista. W roku 1952 skorzystalem z wizy alianckiej i
zostalem zatrudniony w firmie St. Martin Press w Nowym Jorku.
Pracowalem w niej do 1963 roku, a przez nastepne 21 lat
w wydawnictwie Charles Scribneräs Sons. Bylem pierwszym
prezesem tej firmy nie nalezacym do rodziny Scribnerow.
W 1987 r. przeszedlem do wydawnictwa Hippocrene Books, z
ktorym jestem zwiazany do dzis. Jestem takze redaktorem
wspomnianego juz miesiecznika New Horizon, wydawanego przez
Bicentennial Publishing Corp.
- Jak Pan trafil do Instytutu Pilsudskiego?
- Moj ojciec Michal, legionista, mial w nim kolegow, wsrod
nich generala Wincentego Kowalskiego. Znal Adama Koca i
Waclawa Jedrzejewicza. General Kowalski wciagal mnie do
pomocy, m.in. bylem doradca Instytutu do spraw wydawniczych.
Kilkanascie lat pozniej Andrzej Beck wciagnal mnie do Rady
Dyrektorow.
- 18 marca br. odbylo sie doroczne zebranie rady, ktora
ponownie wybrala Pana na prezesa. Kto jeszcze wszedl do
zarzadu?
- Wiceprezesami zostali Danuta Cisek i Andrzej Beck, Halina
Janiszewska jest sekretarzem zarzadu, a Iwona Korga skarbnikiem.
Czlonkiem zarzadu jest tez Jan Wieckowski. Janusz Cisek,
dotychczasowy dyrektor wykonawczy, zlozyl dymisje. -
Kto go zastapi?
- Ze wzgledow oszczednosciowych szukamy kogos, kto moglby
pelnic te funkcje w ramach woluntariatu.
- Dziekujac Panu za rozmowe zapewniam, ze z uwaga bedziemy
sledzic nowe inicjatywy Instytutu Pilsudskiego.
Z Jackiem Galazka rozmawial Andrzej Jozef
Dabrowski |