GRAZYNA DRABIK
Geba Gombrowicza
Ferdydurke
wedlug Witolda Gombrowicza. Rezyseria: Janusz Oprynski,
Witold Mazurkiewicz. Scenografia: Jerzy Rudzki. Oswietlenie
i dzwiek: Janusz Oprynski, Jan Szamryk. Muzyka: Borys Somerschaf.
Wykonawcy: Jacek Brzezinski (Pimko, Bladaczka, wuj Konstanty),
Witold Mazurkiewicz (Jozio), Jaroslaw Tomica (Mietus), Michal
Zgiet (Syfon, Walus). Teatr Provisorium i Kampania 'Teatr'
z Lublina. Przedstawienia w Nowym Jorku 8-12 marca, po polsku
i po angielsku. Raw Space, 529 W. 42 St.
'We wtorek zbudzilem sie o tej porze bezdusznej i niklej,
kiedy wlasciwie noc sie juz skonczyla, a swit nie zdazyl
sie jeszcze zaczac na dobre. Zbudzony nagle, chcialem pedzic
taksowka na dworzec, zdawalo mi sie bowiem, ze wyjezdzam
- dopiero w nastepnej minucie z bieda rozpoznalem, ze pociag
dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybila zadna godzina. Lezalem
w metnym swietle, a cialo moje balo sie nieznosnie, uciskajac
strachem mego ducha, duch uciskal cialo i kazda najdrobniejsza
fibra kurczyla sie w oczekiwaniu, ze nic sie nie stanie,
nic sie nie odmieni, nic nigdy nie nastapi i cokolwiek by
sie przedsiewzielo, nie pocznie sie nic i nic. Byl to lek
nieistnienia, strach niebytu, niepokoj niezycia, obawa nierzeczywistosci,
krzyk biologiczny wszystkich komorek moich wobec wewnetrznego
rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lek nieprzyzwoitej
drobnostkowosci i malostkowosci, poploch dekoncentracji,
panika na tle ulamka, strach przed gwaltem, ktory mialem
w sobie, i przed tym, ktory zagrazal od zewnatrz - a co
najwazniejsza, ciagle mi towarzyszylo, ani na krok nie odstepujac,
cos, co bym mogl nazwac samopoczuciem wewnetrznego, miedzyczastkowego
przedrzezniania i szyderstwa, wsobnego przesmiechu rozwydrzonych
czesci mego ciala i analogicznych czesci mego ducha'. Potok
slow plynie w Ferdydurke wartko. Wije sie niespodziewanymi
zakosami. Unosi nas w rejony absurdalnej przesady. Grozi
wirami zjadliwosci. Bawi dziwnymi minami, niepokoi, kusi,
flirtuje, tanczy, kreci sie w kolko, w kolko wokol nieruchomego
centrum: zawieszenia pomiedzy. Trwania w oporze przed okresleniem
zbyt jednoznacznym, pod przymusem, przez 'gebe' udawania
- czy bedzie to choralny zachwyt Slowackim, mit swobody
nowoczesnosci, czy wzniosly a pusty ideal romantycznej milosci.
Przedstawienie wedlug powiesci Gombrowicza, przywiezione
z Lublina do Stanow Zjednoczonych, rozpoczyna sie tak, jak
powiesc - cytowanymi powyzej slowami. Zanim zabrzmia jednak
ze sceny, przygladamy sie dlugiej pantonimie. Narrator/Jozio
(Witold Mazurkiewicz) siedzi na laweczce. Siedzi sam, kreci
sie, patrzy w lewo, w prawo, dlubie w nosie, poprawia spodnie,
przeklada noge na noge, chrzaka... Niewygodnie mu we wlasnym
ciele. Niewygodnie mu i z przybyszem, ktory sie don przysiada.
Drugi czlowiek, a wiec przeciwnik. Trzeba go sobie podporzadkowac,
aby on nas sobie nie podporzadkowal. Jozio zwycieza, przybysz
powtarza jego grymasy, wzdycha, kiedy on wzdycha, drapie
sie, kiedy on sie drapie. Trzeci osobnik, ktory zjawia sie
chwile pozniej, oprze sie formie narzuconej przez Jozia.
Z glowa zadarta do gory, zamyka sie niezlomnie w swojej
gornolotnej minie. Pierwsza scena zaznacza sile i slabosc
przedstawienia. Rezyserzy Janusz Oprynski i Witold Mazurkiewicz,
z Teatru Provisorium i Kompanii 'Teatr', zaproponowali prosty
a radykalny chwyt adaptacji powiesci. Minimalistyczna scenografia
Jerzego Rudzkiego swietnie podkresla ogolna intencje. Przestrzen,
na ktorej odbywa sie akcja ujmuja ramy eleganckiego szescianu.
Snop swiatla wydobywa z ciemnosci prostokat drewnianej podlogi.
Posrodku prostokata stoi lawka. Z lawki wysunie sie ukryta
w oparciu rama. Rama zaznaczy okno i juz bedzie pokoj w
mieszkaniu Mlodziakow. Potem pokoj przemieni sie w werande
dworku w Bolimowie. Aktorzy zjawiaja sie w waskim skrawku
oswietlonej przestrzeni, znikaja w pochlaniajacej wszystko
ciemnej nicosci. Ferdydurke staje sie seria obrazow rzuconych
na ekran pamieci lub swiadomosci. Swiatlo ujmuje w ramy
chaos walki o forme, nadaje bezladowi 'rozdarcia, rozproszenia
i rozproszkowania' dyscypline porzadku. Tak oszczednie wyznaczona
przestrzen sceniczna wymusza na aktorach nieustanne zblizenie,
zderzanie sie z soba nie tylko slowem, ale fizycznie, cialem
o cialo. Walka o ksztalt, o wlasna forme - glowny temat
Ferdydurke - znajduje dobitny wizualny wyraz. Samokreslenie
wymaga konfrontacji z drugim czlowiekiem, takze o przestrzen
zyciowa. Duch wadzi sie z bytem. Byt ze swiadomoscia. Pomysl
jest atrakcyjny i przeprowadzony konsekwentnie, ale kosztowny.
Po pierwsze, narzuca plynnym slowom sztywnosc jednoznacznej
ilustracji. Po drugie, surowe ograniczenia scenicznego ruchu
nakladaja nadzwyczajny ciezar na barki aktorow. Graja oni
w duzej mierze siedzac. Zmuszeni sa do polegania przede
wszystkim na mimice i modulacji glosu. Aktorom nie w pelni
udaje sie sprostac tym wymaganiom. Pozytywnie wyroznia sie
Michal Zgiet, ktory lepiej wydobywa niuanse tekstu. Gra
oszczedniej, jednoczesnie w szerszym rejestrze. Pozostali,
jakby chcac nadrobic brak ruchu, uciekaja w glosna i namaszczona
deklamacje, w przesadna pantomime, w gest rubaszny. Jest
to styl gry z farsy, przerysowany, bez melodii i lekkosci.
Gombrowiczowskie 'upupienie' staje sie wycieraniem tylka
o twarz. Bezwolni wobec rozbuchanego erotyzmu nastolatkowie
ocieraja sie o nogi lawki. Glowe otumanionego z zadurzenia
Jozia omotuje damska ponczocha. Pijany Mietus zatacza sie
i belkocze. Egzystencjalna malaise tlumaczona doslownie
przechodzi w groteske. Przasnosc i wulgaryzmy wywoluja smiech,
ale nie poruszaja ani prowokuja. Dosadna fizycznosc gry
to w koncowych scenach coraz wiekszy krzyk i kotlowanina
cial. Goraco. Przy calej eskalacji halasu ogolny efekt jest
zaskakujaco monotonny i statyczny. Szkoda, bo tekst Gombrowicza
brzmi aktualnie. Oddanie artystow budzi sympatie. Chcialoby
sie, by przedstawienie bylo lepsze. * Idac do teatru 'na
Gombrowicza' przygotowujemy sie do konfrontacji ze soba.
Ciekawi, czy nadal brzmi tak zywo, jak kiedy przemawial
bezposrednio do nas ze stronic ksiazki. Czy rozpoznamy w
jego buncie nasz wlasny bunt. Czy dojrzymy w szyderstwie
jego i nasza tesknote za czyms nieuchwytnym, autentycznym,
ku czemu szyderstwo droge ma nam przeczyscic. Szczegolnie
zywy odzew wywoluje wlasnie Ferdydurke, powiesc najbardziej
dostepna z dziel Gombrowicza i najpopularniejsza, z ktora
czesto nasze zwiazki sa wrecz osobiste. Nawet ludzie zrownowazeni
maja tendencje wyrazac o niej opinie niezrownowazone. W
pamieci trwaja przeciez ikonograficzne sceny: profesor Pimko
prowadzi Jozia do upiornej szkoly dyrektora Piorkowskiego.
Belfer Bladaczka, polonista-potwor, zmusza uwiezionych w
lawkach uczniow do zachlysniecia sie poezja: 'Dlaczego Slowacki
wzbudza w nas zachwyt i milosc? Dlaczego placzemy z poeta
czytajac ten cudny, harfowany poemat W Szwajcarii?... Dlaczego
zachwyt, milosc, placzemy, poryw, serce, i leciec, pedzic?
Dlaczego? Dlatego, ze wielkim poeta byl!'. Mietus, ordynus
i lobuz, wywoluje do pojedynku na miny ugrzecznionego Syfona,
ktory niewinnym pragnie pozostac, oprzec sie uswiadomieniom,
brudom i przyziemnym przyjemnosciom zycia. Na stancji w
nowoczesnym domu inzynierostwa Mlodziakow, Jozio mierzy
sie z Zuta, pensjonarka nowoczesnie chlodna na wszystko
poza soba sama. Ona go intryguje i dobrze wie o tym, lecz
udaje, ze go nie zauwaza. On udaje, ze ona go nic nie obchodzi,
a jeszcze mniej jej obojetnosc. Ona jego obojetnosci zniesc
nie moze, choc on sam wcale jej nie interesuje. On sie nie
uwolni, poki jej pozy nie przekluje i nie obnazy. Na wsi,
w szlagonskim dworze wujostwa, Jozio obserwuje jak sluzba
czyni z panstwa jasniepanstwo, jasniepanstwo niedbale jasniepanuje
na wlosciach. Mietus, ktory juz lobuzem nie jest, 'stroi
sie' bezwstydnie do parobkow, jak kiedys Syfon do wznioslych
idealow, zanim Mietus go nie pokonal i nie uswiadomil sila.
Mietusa zachwyca lokajczyk Walus, chlopiec z ludu, prosty
i wspanialy w swej prostocie. Jozio sie przyglada, i sam
tkwi bezwolnie w fascynacji bytem Parobka. Bytem naturalnym,
nieswiadomym siebie. Bez miny. Czysta geba. Ostatecznie
jedynym wyjsciem z sytuacji bez wyjscia bedzie dla Jozia
ucieczka, przed siebie, w nowe, w niewiadome, byleby od
- od upupienia, od pozy na luz i swobode, od skostnialych
form. Przedstawienie zachowuje trzyczesciowa organizacje
powiesci, dajaca przeglad kluczowych instytucji spolecznych:
szkola - mieszczanska rodzina z pretensjami do nowoczesnosci
- tradycyjny dom ziemianski, ostoja wartosci konserwatywnych.
W wyborze fragmentow tekstu nastapilo jednak przesuniecie
punktu ciezkosci. Ogladamy poszukiwania samookreslenia Jozia,
ale na czolo wysuwa sie postac Mietusa: jego pojedynek z
Syfonem, pijackie pocieszania, podszczypywania na zapleczu,
'bra...tanie sie' z Parobkiem. Ze sceny zostaje wyeliminowana
druga plec, zderzenie z jej radykalna innoscia. Role Zuty
sygnalizuje tylko ponczocha, ktora owija sobie glowe Jozio.
Z Mlodziakowej ostaly sie lydki - w swietnej zreszta scenie
podgladania przez dziurke od klucza. Nie ma cioci. Nie ma
Zosi. Kobiecosc - jako zagrozenie, pokusa i obietnica -
zostala relegowana do otaczajacej ciemnosci. Wszystko odbywa
sie miedzy mezczyznami. Byc moze dzieje sie tak z powodow
praktycznych; w zespole nie ma ani jednej aktorki. Sila
rzeczy jednak, w polaczeniu z pierwszoplanowa rola odgrywana
przez Mietusa, klamra spinajaca calosc staja sie watki homoerotyczne. Sa to watki duzej wagi u Gombrowicza, ale rozgrywane o wiele
subtelniej i wieloznacznie. * Kazda inscenizacja Gombrowicza
niesie ryzyko zderzenia z oczekiwaniami publicznosci, zwlaszcza
tych widzow, ktorzy kiedys Gombrowicza przezywali, klocili
sie o niego, klocili sie z nim. W sposob naturalny Gombrowicz
wywoluje emocje. Prowokuje przeciez i pobudza pasje. Po
przedstawieniu Ferdydurke, w foyer teatru dlugo jeszcze
staly zywo dyskutujace grupki. Potem rozdzwonily sie telefony.
Ktos goraco polecal. Ktos goraco ganil. Na obu przedstawieniach,
ktore ogladalam - po polsku i po angielsku - sala byla przepelniona.
Bardzo duzo mlodych, az przyjemnie bylo ogladac ich tylu
naraz - rozgadanych, ladnie ubranych, z blyskiem w oku.
Sporo mieszanych grup, gdzie polski i angielski przeplataly
sie swobodnie. Gombrowiczowi i lubelskim artystom udalo
sie zmobilizowac publicznosc w miescie, gdzie trudno zdobyc
uwage. Uderzylo mnie tez, jak starannie wizyta zostala przygotowana.
Poczynajac od z rozmachem zakrojonych wystepow (w Swarthmore
College, Filadelfii, Nowym Jorku i Kalifornii), poprzez
kontakty z amerykanskim srodowiskiem artystycznym, do waznych
szczegolow, jak elegancko wydany program z ciekawym wyborem
cytatow z Gombrowicza i o Gombrowiczu. Duza zasluge mial
w tym kierujacy wydzialem teatralnym w Swarthmore College
kolo Filadelfii Allen Kuharski, ktorego poznalam kilka lat
temu przy okazji przedstawienia Iwony, ksiezniczki Burgunda
rezyserowanego przez jego studentke. Kuharski z pasja i
uporem prowadzi mrowcza kampanie budowania polsko-amerykanskich
pomostow. Sprowadzil Slaski Teatr Tanca Jacka Luminskiego
na dluzszy pobyt w Pensylwanii. Zainicjowal stworzenie nowego
programu studies abroad w Krakowie dla studentow ze Swarthmore
College. Zarazony bakcylem Gombrowicza od momentu zetkniecia
sie z Ferdydurke w czasie pierwszego pobytu w Polsce dwadziescia
lat temu, jest jego rzecznikiem w USA. Przetlumaczyl wydana
posmiertnie sztuke Historia. Pracowal z Oprynskim i Mazurkiewiczem
nad angielska wersja inscenizacji Ferdydurke na podstawie
nowego tlumaczenia Danuty Borchardt. * Jeszcze slowo o samym
Gombrowiczu. Pora przyjrzec sie na nowo, co w jego tekstach
pozostaje aktualne. Co tworczo prowokuje. Co bawi, bo stalo
sie bezpiecznie swojskie. Gombrowicz ma juz przeciez takze
oficjalna gebe. Buntownik zostal wcielony do kanonu. Pisarz,
ktory ogromna czesc swej krytycznej sily zawdzieczal byciu
na marginesie - z boku, poza, wytrwale pomiedzy - stal sie
autorem upupionym uwielbieniem. Ferdydurke jest teraz lektura
obowiazkowa w Polsce, przerabiana we wszystkich szkolach
srednich. Przynajmniej dla czesci czytelnikow zachwyt Gombrowiczem,
jak zachwyt Slowackim, jest uczniowskim obowiazkiem. Instynktownie
sie opierasz lub biernie poddajesz, bo Bladaczka przykazuje,
'ze wielkim byl'. Cos z tego ducha namaszczenia powiewalo
takze nad przedstawieniem Teatru Provisorium i Kompanii
'Teatr'. Szyderca. Obalacz mitow. Moralista. Grozny przesmiewca. Tak. Ale Gombrowicz to takze filuterny gracz. Niepowazny,
przekorny, przyjazny. Mistrz dwuznacznosci i ironii, rowniez
wobec siebie. Przywolam jego slowa, tym razem z Testamentu,
ktorym zegnal sie z nami: 'Jestem humorysta, pajac, linoskoczek,
prowokator, moje utwory na glowie staja, zeby sie spodobac,
jestem cyrk, liryzm, poezja, groza, walka, zabawa...'. Gombrowicz
nie tylko krzywi sie szyderczym grymasem. Nie tylko marszczy
czolo od filozoficznych glebi. Wlasnie teraz, kiedy tyle
wokol nas patosu i kiczu, tyle nawolywan, cynizmu i groteskowych
wypaczen, warto posluchac szeptu jego lirycznych tesknot.
Dojrzec cieplo usmiechu. Niesmialosc. Finezyjny taniec linoskoczka
'nad otchlania anormalnosci'.
Koniec i bomba,
a kto czytal, ten traba! |