BOGDAN MADEJ
Majaki
Po przyjezdzie nad morze bezsennosc trapila go co noc.
Kiedy Maria juz spala, wyczolgiwal sie spod koldry, zblizal
do okna i rozsunawszy firanki stal tam godzinami. W rosnacym
spokoju patrzyl na nieruchome cienie, oddech Marii byl gleboki,
za oknem przebiegaly glosy, ktore przynosi z chlodem i oddala
nocna wilgoc. Falami, nie wiadomo skad, plynela mocna muzyka,
wtopiona w noc, dokladnie zespolona z jego czuwaniem i snem
Marii. Nastroj bezowocowego czuwania wydawal mu sie czasem
banalny, ale czul sie zwiazany z noca, bo napelniala go
spokojem saczacym sie wprost do serca, otwartego, blizszego
Marii niz za dnia. Zalowal, ze kiedy jest sam, ona juz spi.
Byl pewny, ze w tej ciszy mogliby rozmawiac. Dzien nie przysparzal
sposobnosci do rozmow. Budzili sie, wstawali ustepujac sobie
grzecznie miejsca i patrzyli na siebie z ogromnego dystansu
wspolmilczenia. Wychodzili przed poludniem na plaze, donoszac
swoje milczenie i tam, i w tym niezmienionym trybie przebiegala
im wiekszosc dnia. Lezac nie wiadomo dlaczego nie na piasku,
ale na wypalonej trawie, suchej i klujacej jak szczecina,
zastanawial sie, dlaczego tak sie dzieje, skoro w ich milczeniu
nie ma wrogosci. Godzinami slyszal kroki i glosy, obserwowal
ludzi. Od wielu dni panowala nadzwyczajna pogoda, upalne
slonce szlo przez niebo co dzien migotliwe jak neon. Maria,
wspierajac glowe na zlaczonych dloniach, patrzyla w urzeczeniu
na wode lub na pobliski las. Nad woda z lewej lub prawej
strony krecil sie wir ptakow, odwijal niespodziewanie i
plynac na nieruchomych skrzydlach jak klucz szybowcow zjednanych
nieuchronnym upadkiem.
Z bliska podplywal senny niepokoj odplywu. Mimo przychylnej
aury wyczuwal w powietrzu i w morzu zagadkowe, nieznane
przemiany. Obok widniala twarz Marii ukryta w cieniu glowy
i pograzona w zadumie mlodego sfinksa. Raz na jakis czas
poruszala nogami, unosila glowe i patrzyla, gdzie podzialy
sie ptaki. Nie zawsze mogla je dostrzec; czasem kolowaly
nad lasem, nieraz wysoko nad nimi. Z niezmaconym spokojem
naprezala plecy, odchylona do tylu dzwigala tors nad trawa
i niebywale smutnymi palcami wiazala wlosy nad karkiem.
- Przytrzymaj mi tasiemke - prosila. Kiedy na nia patrzyl,
przygladala mu sie trzymajac w zebach spinki, surowo sciagniete
wargi pekaly dziesiatkami zmarszczek. - Zwiaz mi wlosy -
mowila. Robil to dotykajac cieplego karku, Maria wysuwala
wargi jak do pocalunku i to go mylilo. Wyjmowala kolejno
spinki z ust, potem sie usmiechala. Odwzajemnial jej sie
niewyraznym usmiechem, ktorego korzenie tkwily w miesniach
twarzy jak mimowolny grymas.
Ludzie przychodzili, ukladali sie w poblizu parami, zagrzebywali
w piasku, podnosili i oddalali, aby zmieniwszy twarze wrocic
po kilku minutach. Gdzies podziewala sie wilgoc, sucha goraczka
piaskow przyprawiala ich o pragnienie. Milczenie natomiast
przedluzalo sie w szybowaniu ptakow i kolysaniu wody. W
porze obiadu odchodzili w strone miasta i wracali po dwoch
godzinach. Ukladali sie dokladnie w tym samym miejscu, albo
kroczyli brzegiem wzdluz szeleszczacych piaskow, pojednani
milczeniem i smutkiem. Bal sie, ze mimo wysilkow, dzieki
ktorym zapanowala zgoda, podobna wprawdzie bardziej do zawieszenia
broni anizeli do rzeczywistej jednosci, czas przeznaczony
na porozumienie wykruszy sie wkrotce, a oni wroca do pracy
i zwyklych dni, w ktorych nic sie na lepsze nie zmieni.
Obserwowal Marie podczas spacerow i przypatrywal sie jej
takze, kiedy calymi godzinami lezala tuz przy nim, nie zmieniajac
pozycji. Wyraz jej twarzy tez sie nie zmienil, a oczy wypatrywaly
czegos w liniach morza i nieba. Usilowal odgadnac, od jakich
do jakich spraw biegnie jej mysl. Byl ciekaw, czy i ona
boi sie zakonczenia, o ktorym myslal tak czesto, ze spedzalo
mu sen z oczu. Niejednokrotnie wydawalo mu sie, ze Maria
o tym nie mysli; potwierdzenie znajdowal w pelnym spokoju
zachowaniu. Sadzil, ze nie dzieli jego niecierpliwosci,
a tylko czeka, kiedy ich losy rozstrzygna sie same. Irytowaly
go wyczuwalny bezwlad i biernosc, i paralizowalo podejrzenie,
ze kiedy on, rozbity, z niepokojem szuka w kazdej minucie
slow, ktore by ich sobie zwrocily, Marie zadowala czekanie.
Z kolei dopuszczajac mysl, ze silne i zarliwe uczucie, jakie
ich do niedawna laczylo, jeszcze sie nie wyczerpalo, byl
pewny, ze jego w nim czesc jest wieksza i dlatego Maria
moze spokojnie czekac finalu, nie pomyslawszy o kompromisie,
jak gdyby tylko czas mogl weryfikowac i uczucie, i ich wzajemna
dla siebie przydatnosc. Ze szczegolnym okrucienstwem wmawial
sobie, ze te spokojne dni sa niczym wiecej jak czasem, ktory
im nic nie niesie. Wyzbywal sie wtedy wszelkich watpliwosci
i tracil nadzieje. Sadzil, ze tylko jakies gwaltowne zdarzenie,
ktore by jedno z nich postawilo w obliczu nieszczescia,
mogloby cos zmienic. Dlatego lezac na trawie albo idac za
Maria nadbrzeznymi wydmami coraz czesciej wypatrywal nierzeczywistej
proby. Raz sobie wyobrazal, ze Maria idzie sie kapac. Odplywa
daleko od brzegu, widoczna dzieki czepkowi, i tam zaczyna
tonac. On na jej krzyk rzuca sie do wody, plynie do tonacej,
traci ja z oczu, znow ja dostrzega i w koncu jest przy niej.
Maria oszalala ze strachu nie poznaje, kto przybyl jej z
pomoca. Sciaga jej z wlosow czepek i holuje do brzegu trzymajac
jej twarz na powierzchni. Maria wkrotce uspokaja sie, znowu
patrzy na slonce, kurczowo otacza ramieniem jego kark, a
jej wlosy oplywaja mu twarz razem z woda i utrudniaja oddech.
Kiedy wciaga ja na brzeg, Maria jest juz przytomna. Mimo
ze najadla sie strachu, usmiecha sie, w koncu zartuje ze
swojej przygody, ale pod powierzchnia slow tkwi nie wyrazona
wdziecznosc, ktora przemienia jej stosunek do niego. Jest
znowu wspaniale. Usmiechaja sie do siebie, wieczorem w drodze
na nocleg oboje sa niecierpliwi.
Poniewaz nic sie nie zdarza, dzien pozniej przychodzi mu
do glowy inny wariant. Ida wzdluz brzegu wysokimi skarpami
mijajac nawisy ciezkiej ziemi. Maria, ruchliwa jak podlotek,
wyzbywa sie tutaj smutku, pomagajac sobie rekami wchodzi
na skarpe i skacze z wystepu na wystep. Chce ja ostrzec,
bo widzi slady poteznych obsuniec, ale te ostatnie zdarzaja
sie w czasie sztormow, wiec nic jej nie mowi. Wydaje mu
sie, ze wystarczy, ze idzie czujnie tuz za nia. Do nieszczescia
dochodzi zbyt latwo. Metr kwadratowy ziemi, gdy Maria jest
na szczycie, usuwa sie nagle spod jej stopy szukajacej w
poplochu stalego oparcia. Maria krzyczy, chce skoczyc dalej,
ale tuz przed nia otwiera sie szczelina. Oderwany od calizny
slup ziemi chwieje sie i jak zmurszaly pien kruszy u podstawy.
Maria zniza sie gwaltownie, przekreca przed upadkiem na
biodro, pada z rozrzuconymi rekami, a ziemia sunie z mokrym
szelestem i przykrywa ja cala. Jest cicho, w promieniu kilometra
nie ma zywego ducha.
Po chwili odretwienia skacze za nia. Rozdziera palcami ziemie,
drazy ja i spycha zgarniajac cale jej tony wscieklymi rzutami
nog. Po minucie dociera do lezacej. Odgrzebuje wpierw jej
lydke i rozgarnia ziemie tam, gdzie spodziewa sie glowy,
ale Maria lezy w pozycji nie pozwalajacej zgadnac, gdzie
jest twarz. W zacieklym poruszeniu, nieprzytomny jak ranione
zwierze, rwie grunt i wreszcie po dalszych sekundach trafia
na szyje. Oczyszcza z ziemi twarz, piersi Marii i brzuch.
Maria sie nie rusza, lezy z zamknietymi oczami. Robi jej
sztuczne oddychanie. Podnosi rece, ziemia z palcow osypuje
sie na twarz, na nieruchome powieki, ktore wkrotce zaczynaja
drgac jak w czasie sennych widzen. Ziemistoszare policzki
rozowieja, z ust saczy sie slina zmieszana z piaskiem. Wraca
normalny oddech, piersi Marii unosza sie rownomiernie, rytm
wdechu i wydechu jest glosniejszy. Jeszcze minuta i otwiera
oczy pelne jeszcze zdumienia i leku, jakie zatrzymaly w
czasie upadku i nasuwania sie ziemi na twarz.
Poznaje go, krzywi sie z bolu. Jest swiadoma, ze cudem uniknela
smierci. Razem zgarniaja ziemie z uwiezionych nog. Podnosi
Marie wpierw do pozycji siedzacej, a pozniej pomaga jej
wstac. Wiadomo, co jest potem. Wracaja do domu, uplywa wieczor
i noc, i kazde z nich oskarza siebie o glupote. Rano, poniewaz
oboje maja dosc miasta, ktore dlugo bedzie sie kojarzyc
ze wspomnieniem niedorzecznego milczenia, postanawiaja tego
samego dnia wracac. Nie zdarza sie jednak i to, nie przychodzi
w sukurs zadne szczescie w nieszczesciu.
Dlatego rowniez w nocy, stojac przy oknie i sluchajac glosow
ulicy i ogrodow, raz po raz zbliza sie sluchem do Marii.
Czasem mu sie wydaje, ze nie slyszy jej oddechu. Przez moment
trwa przerazenie, mysli, ze to letarg, albo ze Maria wysunawszy
sie z lozka poszla poplywac samopas, wzywajac na pomoc jak
on wszelkie mozliwe przypadki. Ze sprzecznymi uczuciami
zbliza sie do lozka, widzi tam dlugi ksztalt, dochodzi go
jej oddech. Nie pozostaje nic, jak wrocic znow do okna albo
sie polozyc i czekac cierpliwie snu. W koncu przyszedl ostatni
dzien, nazajutrz mieli wracac. Maria krecila sie od rana
po pokoju zbierajac garderobe i drobiazgi, o ktorych sie
zapomina w ostatniej chwili. Wydalo mu sie, ze jej wzrok
omija wszystkie przeszkody, raz skupiony na czyms bardzo
odleglym, drugi raz na czyms tak bliskim, ze jej oczy rozwieraly
sie nagle i przestawaly go widziec.
Od czasu do czasu na jej usta zablakiwal sie usmiech. Zamienili
ze soba tylko tyle slow, ile trzeba bylo dla uzgodnienia,
ze przed poludniem pojda na plaze, a po poludniu wezma udzial
w pozegnalnym wieczorku. Poza tym nie rozmawiali: zauwazyl,
ze Maria wolala przez pare minut szukac jakiegos przedmiotu,
anizeli spytac, gdzie lezy. Wiedzial, ze oboje sa rozbici,
i dwa tygodnie przeznaczone na pojednanie nic im nie daly.
Godzine lezeli na plazy. Maria tym razem nie patrzyla na
wode, ale przygladala sie ludziom, jakby chciala odgadnac,
z kim bedzie sie bawic wieczorem. On lezal przy niej, usilowal
skoncentrowac swoje mysli na ksiazce, ale plaza tak napeczniala
ludzmi, ze polnagi tlum wylewal sie na trawe, gdzie lezeli.
Pozniej Maria zaproponowala spacer wzdluz brzegu. Szli nic
nie mowiac. Maria brnela w piasku i sledzila dym, ktory
sie zjawil na wodzie i zblizal ku nim bardzo nieporadnie.
W polowie drogi od horyzontu statek zmienil kurs i oddalil
sie na wschod w strone zatoki. Pozniej wydawalo mu sie,
ze to jest ich ostatni wspolny spacer. Zerknal na Marie,
ktora odpowiedziala spojrzeniem bez usmiechu, pomyslal zatem,
ze i ona wie o tym.
Wymineli nadbrzezne zarosla i wydostali sie na dzika plaze.
Nieco wyzej byl las, a w odleglosci stu metrow biegli marynarze
w mundurach z zaglowego plotna, nagleni krzykiem obracajacego
sie na piecie podoficera. Kilku zatrzymalo sie na moment:
patrzyli na Marie brnaca pracowicie przez wydme w niebieskim
dwuczesciowym kostiumie. Potem znowu szli sami wzdluz lachy
piasku. Maria wyprzedzala go, bielaly przed nim jej piety.
Kiedy na powrot znalezli sie obok siebie, spojrzala zatrzymujac
wzrok na jego twarzy nieco dluzej. - Zmizerniales - powiedziala
zrobiwszy gest, jakby go brala za reke, ale jej dlon zwisala
bezwladnie.
T eraz on spojrzal na nia uwazniej i dostrzegl, ze jej twarz,
opalona, z kropelkami potu na czole, starsza jest od twarzy,
na ktora patrzyl kiedys. Na czole pojawily sie bruzdy, wokol
oczu rozpiela sie siec zmarszczek, ich plytkie wglebienia
byly nieopalone. - Ty tez zmizerniales - powiedzial. Byly
to ostatnie slowa, jakie wypowiedzieli tego dnia. Odpoczeli
na dzikiej plazy, waskiej i oslonietej zewszad krzywizna
brzegu i zarosli biegnacych z wysokich zboczy, i wrocili
na dawne miejsce do zgielku i tlumu. Maria znow nie patrzyla
na morze i nie szukala sploszonych ptakow. Spogladala na
ludzi. Byli przewaznie mlodzi: mlodzi mezczyzni i bardzo
mlode kobiety. Idac za jej spojrzeniem od jednej do drugiej
sylwetki wyobrazal sobie, ze sledzi mysli Marii usilujacej
odgadnac, jaki bedzie jej nastepny mezczyzna. Nie poczul
sie tym wstrzasniety. On takze, gdyby wybral jakas dziewczyne,
rozpoczalby nowe zycie.
Zastanawial sie pozniej, jak sie wkrotce uloza ich wspolne
sprawy, ale nie umial powiedziec, czy niosa im nieustanny
smutek, czy tylko brak szczescia, jakiego kiedys chcieli.
Nie wiedzial, co by bylo gorsze. Byl teraz pewny, ze jego
mysli i pragnienia razem z meczaca pogonia za zyczliwoscia
Marii sa jednym pasmem nieporozumien. Nie liczy sie tu ich
wzajemny stosunek do siebie, sprawa ma wymiar inny. Wszystko,
co teraz ich trapi, jest konsekwencja urzeczenia przeciwienstwami
kobiecosci i meskosci, ktore ich kiedys pociagnely ku sobie
i na ktorych tak duzo chcieli budowac.
To bylo jednak dawno, a teraz, bez wzgledu na uczucie, i
on i Maria sa ilustracja zawartego w ludzkim materiale dazenia
do szczescia i nieustannej walki o jego zindywidualizowana
postac. Te, zlaczone, tak dlugo beda uniemozliwiac oczekiwany
rezultat, dopoki oboje z czegos bardzo waznego nie zrezygnuja.
W rosnacym teraz spokoju lezal przy Marii i patrzyl z nia
razem na ludzi, ktorzy krecili sie i zamieniali miejscami
niczym okruchy szkla w kalejdoskopie. Mezczyzni grali w
pilke, a dziewczeta sekundowaly krzykami. Biegly za uciekajaca
kula chwytaly ja i podskakiwaly, a wnetrze smuklych ud gralo
napietymi sciegnami. Slonce zzeralo slady fal pelznacych
lunatycznie do brzegu. A potem pokazaly sie ptaki. Jakas
kobieta przywiodla w poblize dwoje dzieci i Maria, nie dzwigajac
glowy, patrzyla na jedno i drugie. Po czym odniosl wrazenie,
ze na plazy zapanowal spokoj. Glosy oddalily sie i przycichly,
a twarz Marii, kiedy na nia spojrzal, wydala mu sie blizsza
niz kiedykolwiek.
Pomyslal, ze kazde z nich pragnie pomyslnosci i nic nie
laczy ich mocniej, bo tak czy inaczej skazani sa na pomylki
wyboru i niepowodzenia, a starosc, zamiast oczekiwanych
wynikow, przyniesie obojgu troche madrosci, ktora z lat,
jakie przezyja, dobedzie dosc pouczajacych rzeczy, aby mogli
zalowac, ze juz ten czas im minal. Chcial zerwac ten zwiazek,
bardzo tego pragnal przez moment. Dlugo spogladal na Marie,
a potem przeniosl wzrok na dziewczeta biegnace w sloncu
z krzykiem, od ktorego wibrowalo powietrze.
Nie wierzyl, aby nastepny zwiazek byl latwiejszy i lepszy.
Chcial sie jednak zakochac, by odkryto go innym. Chcial,
zeby dziewczyna byla bardzo mloda i zeby mogla nia byc Maria. |