[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (14 kwietnia 2000)


ROZA NOWOTARSKA

"Taki to moj los..." - ROZA NOWOTARSKA

 

Moja znajomosc z Janem Rostworowskim zaczela sie od korespondencji i - poza krotkim, bezposrednim spotkaniem - w jakies cztery lata pozniej, pozostala znajomoscia korespondencyjna. Pisalismy do siebie przez kilkanascie lat, a widzieli - zaledwie kilkanascie dni. Listy krazace miedzy Lancaster w Anglii a Detroit w stanie Michigan, poczatkowo szukajace wlasciwego tonu, wypelnily sie pozniej uwagami o ksiazkach, o emigracji, o trudnosciach wydawniczych i rynkowych. Wspominalismy tez czesto nasze miasto rodzinne. Pochodzilismy oboje z Krakowa, znalismy te same ulice, wyrastalismy w tej samej atmosferze spolecznej i w podobnym klimacie domowym. Jednak byl synem Karola Huberta Rostworowskiego, poety i dramaturga, ktorego sztuki ogladalam - jako uczennica szkoly sredniej - na scenie Teatru Miejskiego im. Juliusza Slowackiego, a potem czytalam je wraz z innymi w teatrze podziemnym Adama Mularczyka, w czasie okupacji.
Mielismy z Jankiem te same upodobania. Znalismy tych samych ludzi. Bywalismy w tych samych domach: u Jozefa Aleksandra Galuszki, poety i jego zony Edyty, swietnej tlumaczki z niemieckiego. U prof. Tadeusza Sinki. U artysty malarza Fryderyka Pautscha. Zahaczylismy nawet - kazde z nas w innym okresie - o rodziny Estreicherow, Lasockich, Puszetow, Ronikerow. Uwielbialismy teatr i Salwator, kopiec Kosciuszki i Krzemionki, z ktorych w pogodny dzien mozna bylo zobaczyc caly Krakow jak na dloni. Wawel, skad rozciaga sie panorama Tatr. I Stary Rynek z wiezami kosciola Mariackiego, na widok ktorych "duch sie korzy, a dusza zachwyca".
Tak wiec pisalismy do siebie o sprawach malych i duzych, wznioslych i przyziemnych, o tym, co wczorajsze i jutrzejsze. O tym, co bylo i co bedzie. Czy sie dobrze pisze wiersze i czy sklep z delikatesami dobrze prosperuje. Czy sluzy natchnienie i czy klienci stronia, czy tez garna sie do poety sprzedajacego wcale nie poetyczne kielbasy i pasztet.
Rostworowski czesto zalaczal do listu jakis nowy wiersz, ktory mu sie bardziej od innych podobal. Dzielil sie pomyslami i zamierzeniami czekajacymi na realizacje. Pamietam, jak powstawala Opatowa Anna, jak przezywal rosniecie i dojrzewanie poematu. Przesylal mi wtedy kartki, pocztowki, wycinki ze starych kalendarzy dla zilustrowania akcji. Pisal Opatowa Anne pozna jesienia, wyjasniajac mi w liscie: "Latem nie pisze wierzy. Latem wlocze sie, patrze na przyrode na slonce, niebo i na ludzi. Jak chomik gromadze moje przezycia na zime. A zima zywie sie wspomnieniami lata i zamieniam je na wiersze...".
W poczatkach naszej znajomosci korespondencyjnej, w roku 1960 Jan Rostworowski pisal jeszcze poematy-rzeki. Potoczyste, rozlewne, wierszowane opowiadania, jakby stworzone dla trubadurow i minstreli ulicznych, ktorzy przy dzwiekach lutni lub cytry wyspiewaliby gorzki los "Haliny z firmy Luxor", "niejakiego Albina Gasiorka" czy "Teodora Bakalarza". Wstrzasneliby sluchajacych "Koncertem na Stacji Victoria" lub wzruszyli "ballada o karczmie stojacej na rynku na granicy srebrnego uczynku, sonetu i gitary".
Te wlasnie poematy-rzeki najbardziej mi sie podobaly, najzywiej poruszaly moja wyobraznie. Przejmujace, tragiczne losy ludzi walczacych za Polske, ginacych za nia, a - jesli przezyli zawieruche wojenna i groze dni okupacyjnych i znalezli sie na emigracji - marzacych o niej, umierajacych - w przenosni lub doslownie - z tesknoty do znanych, bliskich sercu domowych katow. Losy ludzi wygnanych z najpiekniejszego ojczystego raju. Bralam w obrone te upiekszone przyspiewkami-interwalami poematy, od ktorych poeta - po jakims czasie odwracal sie - z niechecia piszac: "tone w slowach, musze sie wziac w garsc. Kierowac nurtem slow, a nie dawac mu sie ponosic". Pisalam w odpowiedzi, ze te wlasnie poematy nadaja sie doskonale do inscenizacji. Ze sa wspanialym materialem dla teatru malych form. Dla teatru jednego aktora. Dla nadscenki literackiej. Tak je widzialam i tak chcialam je realizowac. Namawialam Janka na przyjazd do Ameryki, gwarantujac powodzenie wieczorow autorskich. Rostworowski poddawal w watpliwosc moje zapaly, "Poezja towar niechodliwy - pisal. - Podziwiam twoj entuzjazm, wzruszasz mnie dobrymi checiami i uporem, ale trzeba wielkich umiejetnosci kupieckich, aby - juz nie sprzedac, ale ofiarowac komus poezje! Moze zbyt pesymistycznie patrze na pewne sprawy. A moze jestem dzis po prostu w zlym nastroju. Uzycz mi tego optymizmu. Chcialbym bardzo wierzyc ci na slowo!"
Umowilismy sie, ze najpierw sprobuje bez niego. Zaocznie. A byly to czasy, w ktorych w Detroit kwitlo bujnie zycie polskie, a ludziom chcialo sie jeszcze cos robic, poza robieniem pieniedzy; kiedy spotykalismy sie w klubie akademickim Na Pieterku, aby czytac wiersze lub dyskutowac i dyskutowac... I w tym wlasnie klubie odbyl sie pierwszy wieczor poezji Jana Rostworowskiego. Przy wypelnionej po brzegi sali. Przy entuzjastycznych brawach i lzach wzruszenia. - Po wieczorze, jeszcze tej samej nocy, napisalam do Lancaster: "Wiersze towar chodliwy. Lokal okazal sie za ciasny. Ludzie stali za drzwiami, w korytarzu, nawet na schodach. Wygralam jeden do zera. Przyjezdzaj!". Ale niedzwiedzia latwiej byloby wyciagnac z matecznika niz Janka z jego domu. "Daleka droga, trudna podroz. Ciagnie mnie do nowego swiata, ale chyba jeszcze troche zaczekam...".
A ja wtedy wlasnie otrzymalam zaproszenie z detroickiego Towarzystwa Przyjaciol Sztuki Polskiej do urzadzenia wieczoru poezji. Majac w pamieci sukces imprez w klubie Na Pieterku, postanowilam powtorzyc Rostworowskiego. W sali teatralnej Instytutu Miedzynarodowego zaludnila sie scena bohaterami bialo-czerwonych poematow. Odzyl "Teodor Bakalarz, syn Wojciecha, dziobaty karczmarczyk", "Halina z firmy Luxor, sprzedana w sluzbe do osmiu osnow" i "Albin gasiorek, artysta, ktory gral na piecach". Ten drugi wieczor i szczesliwy zbieg okolicznosci sprawil, ze Rostworowski zdecydowal sie na przyjazd. Patronowal jego podrozy bardzo wowczas ruchliwy i dynamicznie dzialajacy Polski Zwiazek Akademikow. Wieczor odbyl sie w Detroit Institute of Arts, starym, czcigodnym budynku mieszczacym galerie sztuki i piekna sale teatralna. - Rostworowski denerwowal sie, czy aby ludzie przyjda? Czy zagra magiczne "do trzech razy sztuka?" Nosil w sobie powszechne, zdaje sie przekonanie Europejczykow i Polakow londynskich, ze w Ameryce jedyne ksiazki, jakie sie bierze do reki, to czekowa i telefoniczna. Moze pokutowalo tez w nim uzyte kiedys przez Waclawa Gasiorowskiego okreslenie: Ach te chamy w Ameryce! (Powiesci moze nie przeczytal? Czulam, ze do ostatniej chwili, co wejscia na widownie nie wierzyl, ze znajduje sie w niej publicznosc.
Patrzac zza kulis na siedzacego w pierwszym rzedzie "sprawce wieczoru", widzialam, jak mu tezaly miesnie twarzy, ukladajac sie w grymas zalu czy smutku, jak mu blyszczaly oczy, gdy padaly ostatnie slowa "bo wysokie sa progi Gasiorkowych mordercow". Nerwowo zwieral lub rozwieral dlonie, reagujac w ten sposob na wlasne slowa. Na wlasne mysli ubrane w poetycka szate, podane w teatralnej formie z akompaniamentem fortepianu.
A moze slyszal je w wykonaniu estradowym po raz pierwszy? - Na zakonczenie sam mowil o poezji i czytal najnowsze, krotkie wiersze. Przyjecie mu zgotowano gorace, serdeczne. - Gdy po wieczorze, jechalismy do lokalu Na Pieterku na kawe i ciastka, powiedzial: "Bardzo cie przepraszam, ze watpilem w twoje slowa. Gdybym byl wiedzial...".
Moglabym bez zbytniej przesady napisac, ze byl to triumfalny pochod jego poezji przez Ameryke. Mial wieczor w Cleveland i w Chicago. Zetknal sie z ludzmi, ktorzy go interesowali w Nowym Jorku i w Buffalo. Czytal i mowil o poezji, o tym, co go gnebilo i bolalo. Z czym nie mogl dac sobie rady, walczac ze slowem zbyt opornym albo zbyt latwym. Wszedzie znajdowal wdziecznych sluchaczy, gotowych do dyskusji lub bez slowa, z uwielbieniem wpatrzonych "w samego poete".
Pobyt Rostworowskiego w Ameryce, takze w moim domu, a potem wspolna podroz od miasta do miasta, poglebily nasza znajomosc. Zrodzila sie przyjazn. Po jego wyjezdzie listy nabraly szczegolnego ciepla. Zapewne nabral do mnie zaufania. Zawieraly bardzo nieraz osobiste przemyslenia, wyznania, opisy przezyc zwiazanych z wycieczkami, spotkaniami. Zawieraly radosc z wydrukowanego w Wiadomosciach wiersza, czyjejs przychylnej recenzji, wlasnego, dobrego pomyslu, ze szczegolnej chwili natchnienia, objawienia poetyckiego. Kiedy mu cos nie szlo albo przez dluzszy czas nie drukowano nic jego piora, skarzyl sie, ze zyje na bocznym torze z daleka od miejsca w ktorym cos sie dzialo. Mial na mysli Londyn, do ktorego ciazyl i od ktorego sie rownoczesnie odsuwal, bo odpychaly go "potepiencze swary".
Czasem pisal z duma, ze sie urzadzil materialnie i od nikogo nic nie potrzebuje, to znow doskwierala mu rola handlarza delikatesami. Rzeczywistosc traktowal z humorem i pokpiwal z poety-hrabiego, stojacego za lada i sprzedajacemu zamiast strawy duchowej - sledzie w sloikach i ogorki malosolne. Byl to - jego zdaniem - temat dla innego hrabiego (gdyby zyl!) Aleksandra Fredry. W chwilach pasji czy zwatpienia, wyimaginowanej czy realnej zmowy milczenia pisal: "Moze lepiej wyrwac kartki z ksiazek i pakowac w poematy mieso cielece albo salceson? Ludzie przyniosa kartke do domu, moze rzuca okiem, co na niej napisano... wiersze?". Gdy sie oburzalam na taka slabosc i niewiare, nazywal mnie "tarcza ochrona", "okiem opatrznosci" albo "ostatnia deska ratunku". Kazda nowa ksiazke otrzymywalam - jedna z pierwszych - zawsze z piekna dedykacja pisana okraglymi, graficznymi literami.
Po wyprawie amerykanskiej, listy wypelnily sie ludzmi, ktorych tutaj poznal. Pamietal w sposob bardzo serdeczny tych, ktorzy brali udzial w jego wieczorach autorskich. Pytal: "Jak tam ladna Danusia, ktorej kazalas czytac takie trudne do przelkniecia slowa..." albo: "Czy Monika bardzo urosla i czy zadaje pytania, takie jak w wierszach, ale juz na wlasny rozum?" albo: "Czy doktor Artur Adamski, ktorym tak sie zachwycilas w Balladzie o granicy nie zdradzil mojej poezji i dzis moze piekniej cudze wiersze czyta?"
Bylam tez pierwsza osoba, ktorej przeslal swoje poetyckie reminiscencje z podrozy amerykanskiej z zapytaniem: "Czy dobrze odebralem twoj nowy kraj? Czy tez ty go widzisz inaczej, bo twoje oko i ucho przywyklo juz do niezwyklosci Nowego wiata, ze przestalo cie to wszystko fascynowac, urzekac i niepokoic?".
A jeszcze potem przyszla krotka wiadomosc, ze jedzie w odwiedziny do Polski i ze opisze swoje wrazenia po powrocie. Czy zdawalo mi sie tylko, czy istotnie ten list byl pisany w pospiechu i podpis "Jan" zdradzal drzenie reki?
O wrazeniach z Polski dowiedzialam sie z publikacji, nie z listu. Lancaster umilkl nagle, jakby sie z klebka pamieci zerwala serdeczna nic. Wkrotce w Londynie wybuchla tzw. sprawa Rostworowskiego, gorszacymi potepienczymi swarami, ktorych tak nie lubil. Spowodowal je decyzja powrotu na stale do ukochanego Krakowa, do ojczyzny, bez ktorej juz nie wyobrazal sobie zycia. Gdy nagonka doszla do szczytu, otrzymalam list ani nie tlumaczacy, ani nie usprawiedliwiajac decyzji. Po prostu po przyjacielsku zawiadamial mnie, ze zgodnie z sercem i sumieniem wraca do rodzinnego gniazda.W ten list, wyprany z emocji i egzaltacji, bardzo skupiony i powazny, znalazlam wplecione zdanie: "Pomysl, jak to dziwnie sie sklada, ze dzis bohaterem jest ten, kto z ojczyzny uchodzi, a zdrajca ten, kto - mimo wszystko - do ojczyzny wraca".
Taki bowiem byl ton, taki klimat wypowiedzi potepiajacych jego wybor. Chociaz byla do decyzja bardzo osobista, rodzinna, prywatna. Glosy "w sprawie Rostworowskiego" wykazaly, ze mozna cale lata zyc na Zachodzie i glosno krzyczec o potrzebie tolerancji, a rownoczesnie nie byc tolerancyjnym. Domagac sie wolnosci i rownoczesnie te wolnosc ograniczac. Upominac sie o prawo do swobody wyboru i tego wyboru nie uznawac. Jezdzic co roku do Polski turystycznie, jak sie jezdzi do Wloch, Francji lub Grecji, na wywczasy, a potepiac, gdy ktos wybieral na stale, na pewno nielatwe, polskie zycie. Ze smutkiem myslalam, ze sprawdzily sie slowa z jednego z jego listow "Zaczekaj tylko, ci, ktorzy rzucali mi niedawno kwiaty, obrzuca mnie kamieniami". I w zakonczeniu: "Wielka to dla mnie radosc, ze ciebie wsrod tych, ktorzy mnie kamienuja - nie ma. Jesli kiedys bedziesz w Krakowie, odwiedz mnie na Salwatorze".
Polska wciagnela Rostworowskiego bez reszty. Pisal duzo, obok wierszy, takze i proze. Drukowal w kraju i w Oficynie Poetow i Malarzy w Londynie. Nie pisal listow. Nie mial na nie czasu, zanurzony mysla, slowem i uczynkiem w nowym zyciu, w nowej rzeczywistosci. W nowe warunki, znajomosci, przyjaznie. Od czasu do czasu przesylal przez kogos pozdrowienia i czulosci. Wiedzialam, ze pamietal, ze dobrze wspominal pobyt w moim domu. Ale znalezlismy sie na dwoch brzegach oceanu i kazde zylo wlasnym, jakze odrebnym zyciem. Nie wiedzialam tylko, bo sie z klopotami nie ujawnial, ze chorowal i ze byla to choroba bez ratunku...
W roku 1974 podczas dwutygodniowego pobytu w kraju w nielicznych tylko wolnych od zajec chwilach mialam tyle dramatycznych, osobistych spraw do rozwiazania, tylu zywych i umarlych do odwiedzenia i tyle miejsc do objechania, ze podczas krociutkiego wypadu do Krakowa, aby uscisnac rodzine, na zobaczenie sie z Jankiem zabraklo czasu. Widzialam tylko w witrynach ksiegarn nowy tom jego wierszy. Kupilam, jednym tchem przeczytalam, ale - sledzac ze strachem uciekajace godziny, na Salwator, gdzie mialam go odwiedzic - nie zdazylam sie wybrac. A w nastepnym roku, tuz przed kolejnym wyjazdem do Polski, otrzymalam list od Ewy Lipskiej, mlodej poetki z Krakowa, ktora przekazala mi serdecznosci od Janka, a od siebie nakazywala, abym sie z nim koniecznie zobaczyla. "Jest bardzo chory. Bardzo...". Moj pobyt trwal tydzien, w ktorym musialam rozwiazac rozmaite poplatane sprawy rodzinne i jechac z pomoca do Gdanska. A godziny uciekaly... W wiekszosci mieszkan nie bylo telefonow, a publiczne linie lacznosci przedstawialy sie zalosnie... z Jankiem sie nie widzialam. Ale w ksiegarniach znow zobaczylam jego nazwisko. Pomyslalam wiec, ze chyba nie jest tak zle... i ze spotkamy sie nastepnym razem.
Po powrocie, gdy uporzadkowalam rozgardiasz powstaly podczas mojej nieobecnosci i dzien powszedni wrocil do normy, a zajecia w "Glosie Ameryki" sie uladzily, zaczelam ukladac plan nastepnej podrozy a w nim plan - juz nieodwolalnego spotkania. Wyobrazalam sobie, jak to bedzie, od czego zaczniemy rozmowe, kogo i co bedziemy wspominac... I wtedy zadzwonil telefon i dowiedzialam sie, ze w Krakowie wlasnie zmarl Jan Rostworowski, poeta i prozaik. Los sprawil mi okrutna niespodzianke...
A wkrotce potem, jak ostatnie poslanie od niezyjacego poety, przyjechala Ewa Lipska. Od niej dowiedzialam sie calej gorzkiej prawdy o ostatnich latach, w ktorych juz bylo wiadomo, ze dla Janka nie ma ratunku.
- Lekarze dawali mu tylko rok zycia - mowila. - Janek wykazywal niezwykly hart ducha. Pisal duzo. Kupil dom w Lanckoronie i cala energie, na jaka bylo go jeszcze stac, wkladal w urzadzenie wymarzonej przystani. Ze stoickim spokojem walczyl to o hydrant, to o rury wodociagowe, to o ramy okienne. To o niedostepny, a jakze niezbedny telefon. Pani mowi, z jakim humorem traktowal niedole emigracyjne. Tak samo - poza krotkimi chwilami zalaman - podchodzil do swej nieuleczalnej, smiertelnej choroby. Nie mowil o niej na co dzien, ale caly ogrom bolu i tragedii wypowiedzial w zbiorze wierszy pod tytulem Moje cialo. Mial tez na rynku nowa ksiazke proza. Moze zdazyl ja jeszcze zobaczyc w druku...".
Rozmawialysmy dlugie godziny. O Janku, o losach ludzkich, o powiklaniach i koincydencjach. Ja wspomnialam dawne, emigracyjne spotkania, ona - niedawne, krakowskie i lanckoronskie. Ostatniego wieczoru przed jej odjazdem, wieczoru przeciagnietego w gleboka noc, wlasciwie juz nad ranem, gdy noc przelamywala sie z dniem, Ewa Lipska powiedziala: - Ciekawa jestem, czy Janek z tego jakiegos innego swiata widzi nas? Czy wie, dlaczego pani go nie odwiedzila, a ja przed wyjazdem do Ameryki nie zdazylam jeszcze raz wpasc do szpitala? Czy pani wierzy w zmarlych z zywymi obcowanie?
Ogladalysmy album z mojej polskiej wyprawy. Pokazalam jej fotografie grobu Karola Huberta Rostworowskiego. Wielki, drewniany krzyz na salwatorskim cmentarzu.
- Tam bedzie lezal Janek. U boku ojca - powiedziala Ewa.
Tam go wiec odwiedze za nastepnym pobytem. Bo tak mi przeciez napisal: "Jesli kiedys bedziesz w Krakowie, a bedziesz mnie jeszcze pamietac, odwiedz mnie na Salwatorze". Chociaz nie takie odwiedziny mial wowczas na mysli.

Pisane w roku 1977