JAN ZIELINSKI
Pod innym katem - Pochwala pajeczyny
Dlon obejmuje myszke, ktorej poruszenia przynosza konkretne
efekty na ekranie. Polaczenie miedzy ruchami myszki a ruchami
i dzialaniami kursora odbywa sie przez moj mozg, ktory dokonuje
blyskawicznej przekladni sygnalow wzrokowych na motoryczne
i na odwrot. Ale procz tego polaczenia wzrokowo-nerwowego
(nazwijmy je nieco patetycznie duchowym) myszka jest przeciez
polaczona z komputerem cienkim sznurem. Podobnie jak komputer
innym cienkim sznurem polaczony jest z modemem, a modem
z gniazdkiem telefonicznym. Od myszki do gniazda wiedzie
pepowina, ktora laczy mnie z siecia.
*
Siec jest ciepla, przyjazna. Z poczatku troche sie jej
balem, lekalem sie, ze moze mnie wciagnac i juz nie bede
chcial poza nia funkcjonowac. Ale stopniowo sie oswoilem.
Owszem, jest to rodzaj nalogu, lubie sie podlaczac, zeby
sprawdzic poczte elektroniczna, czasem robie to co godzine
albo i czesciej, z przyjemnoscia slucham spiewu modemu,
bez oporow wstukuje dobrze znane haslo. Mam poczucie, ze
ona zawsze jest w pogotowiu, ze czuwa, gotowa na kazde zawolanie.
*
W dawnej ikonografii pajeczyna byla atrybutem zmyslu dotyku,
podobnie jak wizerunek tkajacej kobiety. Potem, jak wiele
atrybutow, takze i te zostaly zakwestionowane. 'Matka tka'
- zartowano sobie w mlodopolskim kabarecie w Krakowie. Podjal
ten zart w jednym ze swych rysunkow Witold Wojtkiewicz,
ktory podpisywal sie WW. Dzis www - World Wide Web - przynosi
nieoczekiwany renesans starego ikonograficznego atrybutu.
Pajeczyna rozciaga sie na caly swiat.
*
A zarazem jest to jakby gigantyczny wszechswiatowy mozg.
Dzialajacy, podobnie jak mozg czlowieka, na zasadzie polaczen
synaptycznych. Wiadomosci elektroniczne nie wedruja stalymi
drogami, jak depesze telegraficzne, tylko szukaja sobie
optymalnych polaczen. Czasem te poszukiwania zabieraja nieco
wiecej czasu, co widac przy internetowych dyskusjach. Mnie
to sie jakos kojarzy z troskliwa matka, ktora korzystajac
ze strzepow informacji z roznych czerpanych zrodel tworzy
sobie, czasem nieco wykrzywiony, czasem zbyt wyprostowany,
ale w sumie na ogol dosc rzetelny obraz zycia swoich dzieci.
*
Mowi sie niekiedy, ze w sieci jest tylko to, co w nia wstukano.
Ale wstukano bardzo wiele. Bardzo mi pajeczyna byla pomocna
przy pisaniu biografii Slowackiego. Dzieki niej moglem obejrzec
widoki z Pornic, gdzie nigdy nie bylem, sprawdzic, jakie
polonika sa w archiwach florenckich, ustalac najrozniejsze
daty, sciagac obrazy z odleglych muzeow. Ostatnio dzieki
pajeczynie stwierdzilem, ze jedna z pierwszych recenzji
Szat Aniola ukazala sie - w trzy tygodnie po wydaniu ksiazki
- w pewnej gazecie estonskiej. Dzieki pajeczynie nawiazalem
kontakt z autorem recenzji, ktory zgodzil sie zrobic dla
mnie polski wyciag ze swojej recenzji. To wszystko w ciagu
godzin. Dawniej zapewne nigdy bym sie o istnieniu takiej
recenzji nie dowiedzial, a gdy juz - wymiana listow trwalaby
tygodniami. Nieslychane zblizenie i przyspieszenie.
*
Czasem pajeczyna bywa irytujaca. Gdy jakas strona nie chce
sie otworzyc albo strasznie dlugo sie laduje. Ale i z tym
mozna zyc. Na przyklad dzieki miniaturowym ksiazeczkom.
Genewskie wydawnictwo Zoe publikuje taka serie 'Minizoe'.
Tomiki daja sie nakryc dlonia, maja gora piecdziesiat stron
druku i miejsce na notatki. W sam raz, zeby otworzyc, kiedy
cos sie w pajeczynie placze i przeczytac dwie-trzy stroniczki.
W ten sposob poznalem ostatnio historie Rumunki Elsy Cantacuzene,
zony przedwojennego dyrektora Deutsches Museum Bruckmanna,
ktora przechwalala sie, ze to wlasnie ona - fanatyczka buddyzmu
- podsunela Hitlerowi pomysl wykorzystania (odwroconej)
swastyki, hinduskiego symbolu slonecznego, jako godla partii.
Po wojnie Amerykanie organizowali przymusowe zwiedzanie
Dachau dla tych nobliwych starszych panow i pan, ktorzy
dawniej sprzyjali Hitlerowi i ktorzy mieli tego pecha, ze
przezyli wojne. Widok obozu wywarl na pani Bruckmann tak
wstrzasajace wrazenie, ze w pare dni potem umarla. A wyczytalem
to - czekajac, az sie jakas strona sciagnie - w ksiazeczce
Nicolasa Bouvier'a La guerre a huit ans, czyli Wojna osmiolatka.
Pare lat temu mialem jeszcze okazje poznac Bouvier'a, niestrudzonego
podroznika, przyjaciela ludzi i obrazow. Wysluchalem jego
gawedy o trzech szwajcarskich wedrowcach (przy czym dwoch,
szesnastowiecznego Thomasa Plattera i dwudziestowiecznego
Charlesa-Alberta Cingrie losy zawiodly tez do Polski), po
czym zjedlismy obiad. Byl juz ciezko chory, drzala mu reka,
kiedy nalewal czerwone wino i kiedy na mojej wizytowce (wlasnych
nie chcial miec) zapisywal swoj adres.
*
Dlaczego o tym wszystkim nagle pisze, zamiast dokonczyc
wyklad o prozie na temat wojny albo przygotowac sie do seminarium
o Pannach z Wilka? Sa dni, jak dzisiaj, kiedy zbiegi drobnych
okolicznosci wytracaja z rutyny i kaza inaczej spojrzec
na codzienna rzeczywistosc. Pare godzin temu ogladalismy
pelna i wyrazista tecze wyrastajaca z chodnika, ktorym chwile
przedtem wrocilem do domu. Obok niej pojawila sie potem
druga, jej lustrzane odbicie, nie tak jaskrawe. Starszy
syn nieoczekiwanie upiekl ciasto. Nie chce mi sie spac i
odczuwam potrzebe dzialania pozytywnego. Chcialbym kogos
albo cos pochwalic. Stad wlasnie ten tekst. |