[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (12 maja 2000)


Czulosc widzenia

Z Edwardem Hartwigiem rozmawiaja Anna i Andrzej Bernatowie

Anna, Andrzej Bernatowie: - Jako jedenastoletni chlopiec zrobil Pan, korzystajac ze statywu, swoje pierwsze zdjecie. Potem ojciec zachecal Pana do spacerow po miescie z aparatem. Pierwsze kontakty z fotografia odbyly sie wiec za sprawa ojca. A kiedy Pan sam poczul smak fotografowania?

Edward Hartwig: - Jestem 'niechcianym' fotografem. Mialem inne plany. To moj ojciec byl dobrym zawodowym fotografem i mial w Lublinie zaklad. A ja z bratem wczesnie rano, jeszcze przed pojsciem do szkoly, musielismy kopiowac portrety z negatywow. Brata to zupelnie zniechecilo, a i ja wtedy mialem zastrzezenia do fotografii. Ojciec jednak z czasem zatrudnil mnie jako pomocnika w swojej firmie. Zaczalem sie interesowac tym, co robie. Traktowalem to jednak jako zajecie przejsciowe, jako przygotowanie do egzaminu na Akademie Sztuk Pieknych. Po skonczeniu gimnazjum chodzilem juz wtedy do prywatnej szkoly malarstwa profesora Henryka Wiercinskiego.

A pierwsze zdjecia... Jedno z nich znalazlo sie na okladce folderu zapowiadajacego moja retrospektywna wystawe fotografii, ktora sie niedawno zakonczyla we Wroclawiu. Zwiewne postaci dziewczat na pelnej kwiatow lace przypominaja impresjonistyczny obraz.

To zdjecie, powstale prawie 70 lat temu, jest wyrazem mojego owczesnego stosunku do fotografii, poczatkiem dyskusji z obowiazujacym wowczas kanonem wiernosci rzeczywistosci, z fotografia-dokumentem. Chcialem ten kanon przezwyciezyc, dodac cos od siebie. Moze to byly proby niesmiale. Ale w tamtych latach nie istniala agresywna, brutalna awangarda. Zmiany w sztuce przebiegaly jeszcze ostroznie. Powiedzialbym, ze nie robilem wtedy fotografii, lecz obrazy fotograficzne.

- Jak one powstawaly?

- Najpierw wybieralem sie w plener, szukalem pejzazy. Wiedzialem jednak, ze w tym pejzazu musi pojawic sie czlowiek. Jesli chodzi o to konkretne zdjecie, to kiedy juz na Slawinku, na peryferiach Lublina znalazlem kwitnaca lake, namowilem znajome aktorki i tancerki z baletu, aby mi pozowaly. Poprosilem, by ubraly sie na bialo, wynajalem dorozki i pojechalismy fotografowac. Wtedy zrobilem cala serie zdjec w kwitnacych ogrodach i sadach. I tej zasady, ze najpierw wybieram pejzaz, staralem sie trzymac.

- Byl to pejzaz albo mgly. Bo przeciez z tamtego okresu pochodza Panskie zdjecia przedstawiajace przeswietlone sloncem podworza starych kamienic, mgliste lubelskie zaulki, lesne opary.

- Na zdjecia wychodzilem wczesnie rano. A o tej porze dnia po przedmiesciach Lublina konczacych sie torfowiskami wedrowaly mgly. Mgly unosily sie w dolinie Bystrzycy, snuly po lesnych drogach, gdzie czatowalem z aparatem na wiesniaczki niosace w zawinietych bialymi chustami koszach prowiant do miasta. Patrzylem, ktoredy ida, wyszukiwalem odpowiadajacy mi fragment krajobrazu i kiedy wracaly z miasta - fotografowalem. Byly to moje pierwsze intuicje artystyczne, bardziej przeczucia niz swiadomy program. W tamtym czasie jako pejzazysta dominowal Jan Bulhak. Mam dla niego wielkie slowa uznania, ale... bardzo bym sie gniewal, gdyby mnie do niego porownywano. Bo Bulhak uprawial kalkowanie natury, a ja, mlody adept, staralem sie robic cos innego. Bulhakowi jednak nalezy sie czesc, gdyz zwrocil uwage na to, ze trzeba fotografowac Polske. Odzyskalismy niepodleglosc, a Polacy nie znali swego kraju. A ja robilem te obrazy dla siebie, do szuflady, i to mi przynosilo satysfakcje. Najwyzej pokazywalem je w gronie malarzy, i to nie tych ze szkoly, ale w zaprzyjaznionym srodowisku z Kazimierza. Te moje dawne zdjecia byly juz dwa razy wystawiane w Houston, w 1984 i 1988 roku, gdzie co dwa lata jest organizowany miesiac fotografii swiatowej. Wlasnie zalezalo im na starych fotografiach. Podobnie organizatorom mojej jubileuszowej wroclawskiej wystawy.

- W latach 1935-37 studiowal Pan w wiedenskim Instytucie Grafiki, w pracowni Rudolfa Kopitza. Jakie to bylo doswiadczenie?

- Fotografem zostalem przede wszystkim dzieki mojej zonie i dzieki niej wyjechalem tez do Wiednia. Bylem mlodym, zakochanym czlowiekiem, mialem ambicje, aby nie pozostawac na utrzymaniu ojca. I choc wtedy juz troche malowalem, to z malarstwa utrzymac sie nie moglem. A z fotografii tak. Zakladajac rodzine, zalozylem jednoczesnie pracownie fotograficzna. Nauczylem zone fotografowac. Zarabialismy. I kiedy juz finansowo dawalismy sobie rade, za jej zgoda wyjechalem do Wiednia. To byl pierwszy wyjazd poza Polske i wszystko robilo na mnie wrazenie. W Instytucie Grafiki znalazlem sie w miedzynarodowym towarzystwie. Mialem doskonale warunki do nauki, wspaniale wyposazone w sprzet pracownie i laboratoria. I co najwazniejsze, spotkalem znakomitego profesora Rudolfa Kopitza, ktory do Wiednia przyjechal z Ameryki. Uchodzil w Europie za czlowieka postepu.

- Jak wygladaly zajecia?

- Uczelnia miala bogata biblioteke, a w jej zasobach rowniez fotografie, przewaznie amerykanska, ale tez angielska i francuska, choc wtedy nie bylo takiego zatrzesienia albumow jak dzisiaj. Jednym z pierwszych zadan, jakie otrzymywali studenci, bylo spedzenie tygodnia w bibliotece, zapoznanie sie z tymi wszystkimi albumami i wskazanie, ktory autor jest najciekawszy i dlaczego. Juz wtedy w dziedzinie fotografii istnialo pojecie autorstwa. Ja wybralem Francuza, ktorego nazwiska dzis juz nie pamietam. Uczynilem tak, gdyz jego zdjecia byly mniej realistyczne niz Amerykanow. Amerykanska fotografia jest znakomita. Ale zawsze, wtedy i dzisiaj, bliska jest rzeczywistosci; lubi byc dokumentem.

Kopitz mnie zaakceptowal. Ogladajac prace, ktore tak jak kazdy student musialem wykonac, zobaczyl we mnie czlowieka z osobowoscia, z artystyczna intencja, dla ktorego to, co mozna bylo poprzez owczesne techniki w fotografii wyrazic, bylo stanowczo za malo. Zachecil mnie, abym chodzil nie tylko na zajecia z fotografii, ale rowniez z grafiki. W tamtym czasie okreslenie 'fotografik' jeszcze nie istnialo. I tak znalazlem sie na wydziale grafiki.

- Jak mlody czlowiek nasycony nowymi ideami, ktory w Wiedniu zetknal sie z dorobkiem swiatowej fotografii, z nowymi tendencjami w sztuce, mozliwosciami nowoczesnych technik, odnalazl sie z powrotem w Lublinie?

- Odchorowalem powrot. W Wiedniu rzeczywiscie poznalem nowoczesny sprzet: ciezkie obiektywy z dobra optyka. W Lublinie nie bylo wowczas ani jednego sklepu fotograficznego. Razem z ojcem narysowalismy, jak powinna wygladac kamera. I wedlug tego szkicu pewien mily starszy rzemieslnik wykonal nam sprzet. Byl to aparat z duzymi kasetami, wielkosc negatywu wynosila 9 x 12 cm. Toporne, statyczne urzadzenie. W Wiedniu nauczylem sie tez, jak poslugiwac sie sztucznym oswietleniem. A w Lublinie nie mielismy zadnych reflektorow ani lamp. Fotografie robilo sie nadal tylko przy swietle dziennym. Pracownia, ktora kiedys moj ojciec wybudowal po przyjezdzie do Lublina z Moskwy, przypominala pracownie malarza. Miala przeszklone sciany i sufit. W srodku romantycznie roslo drzewo, poniewaz architekt miasta nie zgodzil sie na jego wyciecie. Pomieszczenie ogrzewal zelazny piecyk, wode nosilo sie kubelkami z podworka. A do plukania zdjec sluzyla balia.

Nie tylko jednak warunki oddalily mnie od tego, co poznalem w Wiedniu. Na nowoczesna fotografie nie bylo po prostu zapotrzebowania. Ppowrocilem do zawodu portrecisty. Moi klienci wywodzacy sie z kregow lubelskiego ziemianstwa mieli tradycyjne wyobrazenia, jak ich konterfekty powinny wygladac.

Z wlasnych poszukiwan w dziedzinie fotografii jednak nie zrezygnowalem. Zrozumienie znajdowalem w kregu przyjaciol z owczesnej bohemy artystycznej Lublina. Liczylo sie dla mnie to, ze mnie akceptuja. Bliskie wiezy laczyly mnie wtedy z malarzem Zygmuntem Gasiorowskim i poeta Jozefem Lobodowskim.

- A czy znal Pan Jozefa Czechowicza?

- Bylem z nim zaprzyjazniony. Pamietam go jako skromnego, bardzo sympatycznego czlowieka. Cichutko mowil, wolno chodzil. Przyszedl kiedys do pracowni na pogawedke. Trzymal w reku malenki aparat fotograficzny. Dawal w ten sposob znak, ze mamy podobne zainteresowania. Czesto rozmawialismy o Lublinie, o jego zaniedbanych, biednych przedmiesciach. Wielokrotnie przemierzalem i fotografowalem te rejony miasta. To sa wlasnie te zaulki, torfowiska, wierzby. Fotografie bardzo proste, ale bardzo polskie pejzaze. Pokazywalem Czechowiczowi moje prace. Ogladal i zamyslal sie dlugo nad nimi.

'...lublin nad laka przysiadl/ sam byl/ i cisza /.../ mgly nad sadami czarnemi/ znad laki mgly/ zamknely sie oczy ziemi/ powiekami z mgly'...

- W 'prowincji nocy' Czechowicz opisywal to, co Pan fotografowal. Jak to bylo z tymi mglami? Kto od kogo czerpal inspiracje?

- Nigdy by mi to do glowy nie przyszlo. Ale rzeczywiscie, Czechowicz turysta nie byl. Na przedmiescia zachodzil rzadko. Kiedy wybuchla wojna w 1939 roku, zostalem powolany do wojska. Wczesniej komisja odrzucila mnie - jako cherlaka i czlowieka o przewrazliwionej naturze skierowala mnie do rezerwy. Kiedy wiec Czechowicz w centrum Lublina obok hotelu Europejskiego zobaczyl mnie w mundurze, rzucil mi sie na szyje ze slowami: 'Panie Edwardzie, co pan w wojsku bedzie robil?'. Usciskal mnie serdecznie. Zyczylismy sobie wszystkiego dobrego i tak sie rozstalismy. Szedlem cos zalatwic, bo nastepnego dnia moja jednostka miala opuscic Lublin. W miescie panowal chaos. Skierowalem sie ku Bramie Krakowskiej. Bylo okolo godziny 11, gdy nastapil nalot. Bomby padly na Stare Miasto. Schronilem sie w sklepie na zapleczu Bramy Krakowskiej. Po jednym z wybuchow obrzucilo mnie pylem i kamieniami. Widzialem jak ludzie, okaleczeni, bez rak, sami biegli do szpitala nie czekajac na karetke. Kiedy bombardowanie ustalo, poszedlem do pracowni ojca. Tam dowiedzialem sie, ze Czechowicz nie zyje. Byl u fryzjera w Victorii, by sie ogolic. Gdy wychodzil z zakladu, zabila go bomba. Bomba tez zniszczyla pracownie mojego ojca. Stracilem wtedy caly swoj dorobek artystyczny, dokumentacje Zydow lubelskich, Zydow kazimierskich.

- Jako artysta chyba nigdy nie odczuwal Pan potrzeby komentowania historii, a nie ominely Pana przejscia bardzo trudne. W 1944 roku zostal Pan aresztowany przez NKWD i zeslany do sowieckiego gulagu...

- Kiedy mnie wywozono z Lublina, bylem w marnym stanie, gdyz wlasnie przeszedlem tyfus i tylko troche zostalem podleczony. Ale w tym nieszczesciu tyle mialem szczescia, ze moj los dzielili inni lublinianie, znajomi, ludzie wartosciowi. Tak wiec bylem wsrod ludzi, ktorych obecnosc dodawala mi sil psychicznych.

Trafilem do obozu w Jogle. Pobyt w lagrze spowodowal, ze dowiedzialem sie o sobie kilku rzeczy. Po pierwsze, ze nawet w nieszczesciu bylem bardzo na piekno wrazliwy. Pewnej nocy w tej okropnej ziemiance ktos szarpiac za kolnierz mnie budzi, zebym wyszedl i zobaczyl zorze polarna. Jakos wylazlem na zewnatrz i zdebialem. Bo takiego pejzazu (oczywiscie nikomu nie zycze go ogladac w takich warunkach) jeszcze nie widzialem. Bylo to cos niesamowitego. Na niebie mieszanina zaskakujacych kolorystycznych zestawien; zielonego z czerwienia albo fioletowego z zoltym. I chmury prawie nieruchome. Ja ogladalem zorze, a kilku innych przybieglo ogladac mnie, wariata, dla ktorego w tej nedzy najwazniejsza byla kontemplacja zjawisk tak bardzo nierealnych. Okazalo sie, ze dla mnie bylo to duzym psychicznym wzmocnieniem. Dokonalem odkrycia, ze moja natura potrzebuje estetycznej podniety.

Doswiadczenie gulagu pozwolilo odkryc mi cos jeszcze. Oto kiedy szczesliwie wrocilem do domu, do mojego gniazda, zrozumialem, co to znaczy wolnosc tworzenia. Bylo to pojecie, o ktorym przedtem nie slyszalem, ktorego ani bym szukal i ani bym znalazl. Po powrocie, mimo ze bylem oslabiony, zaczalem pracowac z taka pasja i sila, jakbym chcial koniecznie szybko cos odrobic.

- Po wojnie trzydziesci lat zycia poswiecil Pan teatrowi. Album 'Kulisy teatru' i wystawa pod takim samym tytulem, jak i wczesniejsza 'Aktorzy' to owoc wieloletnich pasji teatralnych. Chcial Pan zostac malarzem, grafikiem; czy takze aktorem?

- Szacunek dla teatru mialem wpojony od dziecinstwa. Od najmlodszych lat chodzilem z rodzicami na przedstawienia. Pamietam spektakl Maeterlinck, ktory widzialem jeszcze w przedrewolucyjnej Moskwie, w teatrze Konstantego Stanislawskiego. Sam jako mlodzieniec grywalem niewielkie role w Teatrze Miejskim w Lublinie. Tak sie zlozylo w moim zyciu, ze przez dlugi czas, od 1950 do 1980 roku, bylem na utrzymaniu teatru. I zostalem zaakceptowany nie tylko przez aktorow, rezyserow, ale tez ludzi zaplecza: ambitnych, nieslychanie kochajacych sztuke. W pewien sposob to dzieki nim powstaly moje albumy o teatrze. Ciesze sie, ze nie tylko w galeriach, ale i w teatrach wystawa 'Kulisy teatru' jest wciaz obecna.

- 'Wierzby' to jeden z Panskich najslynniejszych albumow. Drzewa sa stalym motywem Panskich fotografii: kwitnace jablonie, sosny rozdarte piorunem, swierki polamane przez halny...

- Kiedy bylem dzieckiem, nasza piastunka opowiadala mi i bratu przerazajace historie na dobranoc. Pojawialy sie w nich sekate, rosochate wierzby. Jakos to we mnie zapadlo. Drzewa sa takie wzruszajace i tak mocno przemawiaja jako metafora zycia...

- Pejzaze, portrety, fotografia teatralna. Zdjecia powstale przy zastosowaniu rozmaitych technik, stylizacji malarskich, grafizacji, kolazu prezentowane byly na ponad stu wystawach krajowych i za granica. Zasiadal Pan tez w najwazniejszych swiatowych gremiach zajmujacych sie fotografia. A jednak uwaza Pan, ze fotografik bez autorskich albumow nie istnieje.

- Przekonalem sie o tym przy okazji mojego pierwszego waznego albumu - Fotografiki - dzieki ktoremu zaczalem byc rozpoznawany w swiecie. Wczesniej ogladalem wiele zachodnich publikacji. Te piekne albumy zachecily mnie do wydania wlasnej ksiazki. Makiete sam przygotowalem i zanioslem do 'Arkad'. Szczesliwie sie zlozylo, ze moglem ja rowniez pokazac pewnemu Holendrowi, ktory zakupil wylaczne prawa do mojego albumu na Europe. Znalazly sie w nim prace bedace efektem poszukiwan w dziedzinie fotografii artystycznej. Fotografika miala trzy wersje jezykowe: polska, niemiecka i angielska. Mozna ja bylo kupic w kazdej wiekszej ksiegarni na Zachodzie. Album trafial do stowarzyszen fotograficznych w roznych krajach. Dzieki temu organizowano mi wystawy w calej Europie. Bywalo, ze kiedy wychodzil po mnie na lotnisko ktos, kto mnie osobiscie nie znal, zamiast kartki z nazwiskiem trzymal w gorze jako znak rozpoznawczy wlasnie Fotografike. Bylem wtedy chyba bardziej ceniony za granica niz w kraju.

Obecnie w Lublinie przygotowywana jest do publikacji Fotografika II. Zloza sie na nia nowe, dotychczas nie publikowane zdjecia. Bedzie to podsumowanie moich dzialan artystycznych w czasie, jaki minal od tamtego, pierwszego albumu. Przez lata wydalem wiele albumow tematycznych, ale Fotografika jest dla mnie szczegolnie wazna. Razem z lubelskim wydawca mamy nadzieje, ze zdazy sie ona ukazac na targi ksiazki Frankfurt 2000.

- Historia fotografii liczy 160 lat. Panska biografia artystyczna przypada na polowe tego okresu. Robi Pan zdjecia juz blisko osiemdziesiat lat. Czym wedlug Pana jest fotografia?

- Dla sztuki wspolczesnej fotografia stala sie tworzywem. Tak sie dzieje chocby w dziedzinie plakatu, ktory od dawna kocham i obserwuje. Jezeli na przyklad wybitny japonski plakacista, czlowiek, ktory potrafi wspaniale malowac i rysowac, przedklada ponad te techniki material swiatloczuly, bo nie mozna powiedziec fotografie, to cos w tym musi byc. Fakt, ze wybitni artysci plastycy siegaja po fotografie jako tworzywo przez dluzszy czas bardzo mnie mobilizowal. Od razu nabieralem checi do pracy, do szukania w dziedzinie fotografii artystycznej czegos nowego, do zrobienia w niej czegos pozytecznego. Utwierdzalo mnie to w przekonaniu, ze warto byc takim fotografem, nie tylko dokumentalista. A niezaleznie od wszystkiego, fotografia jest dla mnie przyjemnoscia.

- Ma Pan olbrzymie archiwum, ktore jak slyszelismy, wlasnie Pan porzadkuje.

- Jezdzilem troche po swiecie, bylem w Indiach i w Kanadzie, zwiedzilem Europe. Wszedzie oczywiscie fotografowalem, ale prawie nigdy nie zakladalem z gory, ze jade robic zdjecia. Nie dokumentowalem podrozy ani danego kraju. Jesli mnie cos zaintrygowalo, powiedzmy: w Kanadzie kalosz w kaluzy - to fotografowalem. Po powrocie wywolywalem material i z najciekawszych kadrow robilem powiekszenia. W ten sposob zebralem w moim archiwum tysiace fotografii. Nieraz mnie pytano, czy tez zarzucano mi, dlaczego nie zajmuje sie czysta fotografia. Otoz ja rowniez uprawialem i nieraz zagladam do niej z wielka ciekawoscia. Marzy mi sie wystawa w warszawskim Centrum Sztuki Wspolczesnej, w suterenie, gdzie mozna by pokazac w malych formatach trzysta lub czterysta takich zdjec. A jesli to za duzo, to moze byc chocby i dwiescie. Moglaby byc naprawde ciekawa, gdyz to jest ten Hartwig nieznany.