Czulosc widzenia
Z Edwardem
Hartwigiem rozmawiaja Anna i Andrzej Bernatowie
Anna, Andrzej Bernatowie: - Jako jedenastoletni
chlopiec zrobil Pan, korzystajac ze statywu, swoje pierwsze
zdjecie. Potem ojciec zachecal Pana do spacerow po miescie
z aparatem. Pierwsze kontakty z fotografia odbyly sie wiec
za sprawa ojca. A kiedy Pan sam poczul smak fotografowania?
Edward Hartwig: - Jestem 'niechcianym' fotografem.
Mialem inne plany. To moj ojciec byl dobrym zawodowym fotografem
i mial w Lublinie zaklad. A ja z bratem wczesnie rano, jeszcze
przed pojsciem do szkoly, musielismy kopiowac portrety z
negatywow. Brata to zupelnie zniechecilo, a i ja wtedy mialem
zastrzezenia do fotografii. Ojciec jednak z czasem zatrudnil
mnie jako pomocnika w swojej firmie. Zaczalem sie interesowac
tym, co robie. Traktowalem to jednak jako zajecie przejsciowe,
jako przygotowanie do egzaminu na Akademie Sztuk Pieknych.
Po skonczeniu gimnazjum chodzilem juz wtedy do prywatnej
szkoly malarstwa profesora Henryka Wiercinskiego.
A pierwsze zdjecia... Jedno z nich znalazlo sie na okladce
folderu zapowiadajacego moja retrospektywna wystawe fotografii,
ktora sie niedawno zakonczyla we Wroclawiu. Zwiewne postaci
dziewczat na pelnej kwiatow lace przypominaja impresjonistyczny
obraz.
To zdjecie,
powstale prawie 70 lat temu, jest wyrazem mojego owczesnego
stosunku do fotografii, poczatkiem dyskusji z obowiazujacym
wowczas kanonem wiernosci rzeczywistosci, z fotografia-dokumentem.
Chcialem ten kanon przezwyciezyc, dodac cos od siebie. Moze
to byly proby niesmiale. Ale w tamtych latach nie istniala
agresywna, brutalna awangarda. Zmiany w sztuce przebiegaly
jeszcze ostroznie. Powiedzialbym, ze nie robilem wtedy fotografii,
lecz obrazy fotograficzne.
- Jak one powstawaly?
- Najpierw wybieralem
sie w plener, szukalem pejzazy. Wiedzialem jednak, ze w
tym pejzazu musi pojawic sie czlowiek. Jesli chodzi o to
konkretne zdjecie, to kiedy juz na Slawinku, na peryferiach
Lublina znalazlem kwitnaca lake, namowilem znajome aktorki
i tancerki z baletu, aby mi pozowaly. Poprosilem, by ubraly
sie na bialo, wynajalem dorozki i pojechalismy fotografowac.
Wtedy zrobilem cala serie zdjec w kwitnacych ogrodach i
sadach. I tej zasady, ze najpierw wybieram pejzaz, staralem
sie trzymac.
- Byl to pejzaz albo mgly. Bo przeciez z tamtego okresu
pochodza Panskie zdjecia przedstawiajace przeswietlone sloncem
podworza starych kamienic, mgliste lubelskie zaulki, lesne
opary.
- Na zdjecia
wychodzilem wczesnie rano. A o tej porze dnia po przedmiesciach
Lublina konczacych sie torfowiskami wedrowaly mgly. Mgly
unosily sie w dolinie Bystrzycy, snuly po lesnych drogach,
gdzie czatowalem z aparatem na wiesniaczki niosace w zawinietych
bialymi chustami koszach prowiant do miasta. Patrzylem,
ktoredy ida, wyszukiwalem odpowiadajacy mi fragment krajobrazu
i kiedy wracaly z miasta - fotografowalem. Byly to moje
pierwsze intuicje artystyczne, bardziej przeczucia niz swiadomy
program. W tamtym czasie jako pejzazysta dominowal Jan Bulhak.
Mam dla niego wielkie slowa uznania, ale... bardzo bym sie
gniewal, gdyby mnie do niego porownywano. Bo Bulhak uprawial
kalkowanie natury, a ja, mlody adept, staralem sie robic
cos innego. Bulhakowi jednak nalezy sie czesc, gdyz zwrocil
uwage na to, ze trzeba fotografowac Polske. Odzyskalismy
niepodleglosc, a Polacy nie znali swego kraju. A ja robilem
te obrazy dla siebie, do szuflady, i to mi przynosilo satysfakcje.
Najwyzej pokazywalem je w gronie malarzy, i to nie tych
ze szkoly, ale w zaprzyjaznionym srodowisku z Kazimierza.
Te moje dawne zdjecia byly juz dwa razy wystawiane w Houston,
w 1984 i 1988 roku, gdzie co dwa lata jest organizowany
miesiac fotografii swiatowej. Wlasnie zalezalo im na starych
fotografiach. Podobnie organizatorom mojej jubileuszowej
wroclawskiej wystawy.
- W latach 1935-37 studiowal Pan w wiedenskim Instytucie
Grafiki, w pracowni Rudolfa Kopitza. Jakie to bylo doswiadczenie?
- Fotografem
zostalem przede wszystkim dzieki mojej zonie i dzieki niej
wyjechalem tez do Wiednia. Bylem mlodym, zakochanym czlowiekiem,
mialem ambicje, aby nie pozostawac na utrzymaniu ojca. I
choc wtedy juz troche malowalem, to z malarstwa utrzymac
sie nie moglem. A z fotografii tak. Zakladajac rodzine,
zalozylem jednoczesnie pracownie fotograficzna. Nauczylem
zone fotografowac. Zarabialismy. I kiedy juz finansowo dawalismy
sobie rade, za jej zgoda wyjechalem do Wiednia. To byl pierwszy
wyjazd poza Polske i wszystko robilo na mnie wrazenie. W
Instytucie Grafiki znalazlem sie w miedzynarodowym towarzystwie.
Mialem doskonale warunki do nauki, wspaniale wyposazone
w sprzet pracownie i laboratoria. I co najwazniejsze, spotkalem
znakomitego profesora Rudolfa Kopitza, ktory do Wiednia
przyjechal z Ameryki. Uchodzil w Europie za czlowieka postepu.
- Jak wygladaly zajecia?
- Uczelnia miala
bogata biblioteke, a w jej zasobach rowniez fotografie,
przewaznie amerykanska, ale tez angielska i francuska, choc
wtedy nie bylo takiego zatrzesienia albumow jak dzisiaj.
Jednym z pierwszych zadan, jakie otrzymywali studenci, bylo
spedzenie tygodnia w bibliotece, zapoznanie sie z tymi wszystkimi
albumami i wskazanie, ktory autor jest najciekawszy i dlaczego.
Juz wtedy w dziedzinie fotografii istnialo pojecie autorstwa.
Ja wybralem Francuza, ktorego nazwiska dzis juz nie pamietam.
Uczynilem tak, gdyz jego zdjecia byly mniej realistyczne
niz Amerykanow. Amerykanska fotografia jest znakomita. Ale
zawsze, wtedy i dzisiaj, bliska jest rzeczywistosci; lubi
byc dokumentem.
Kopitz mnie
zaakceptowal. Ogladajac prace, ktore tak jak kazdy student
musialem wykonac, zobaczyl we mnie czlowieka z osobowoscia,
z artystyczna intencja, dla ktorego to, co mozna bylo poprzez
owczesne techniki w fotografii wyrazic, bylo stanowczo za
malo. Zachecil mnie, abym chodzil nie tylko na zajecia z
fotografii, ale rowniez z grafiki. W tamtym czasie okreslenie
'fotografik' jeszcze nie istnialo. I tak znalazlem sie na
wydziale grafiki.
- Jak mlody czlowiek nasycony nowymi ideami, ktory w
Wiedniu zetknal sie z dorobkiem swiatowej fotografii, z
nowymi tendencjami w sztuce, mozliwosciami nowoczesnych
technik, odnalazl sie z powrotem w Lublinie?
- Odchorowalem
powrot. W Wiedniu rzeczywiscie poznalem nowoczesny sprzet:
ciezkie obiektywy z dobra optyka. W Lublinie nie bylo wowczas
ani jednego sklepu fotograficznego. Razem z ojcem narysowalismy,
jak powinna wygladac kamera. I wedlug tego szkicu pewien
mily starszy rzemieslnik wykonal nam sprzet. Byl to aparat
z duzymi kasetami, wielkosc negatywu wynosila 9 x 12 cm.
Toporne, statyczne urzadzenie. W Wiedniu nauczylem sie tez,
jak poslugiwac sie sztucznym oswietleniem. A w Lublinie
nie mielismy zadnych reflektorow ani lamp. Fotografie robilo
sie nadal tylko przy swietle dziennym. Pracownia, ktora
kiedys moj ojciec wybudowal po przyjezdzie do Lublina z
Moskwy, przypominala pracownie malarza. Miala przeszklone
sciany i sufit. W srodku romantycznie roslo drzewo, poniewaz
architekt miasta nie zgodzil sie na jego wyciecie. Pomieszczenie
ogrzewal zelazny piecyk, wode nosilo sie kubelkami z podworka.
A do plukania zdjec sluzyla balia.
Nie tylko jednak
warunki oddalily mnie od tego, co poznalem w Wiedniu. Na
nowoczesna fotografie nie bylo po prostu zapotrzebowania.
Ppowrocilem do zawodu portrecisty. Moi klienci wywodzacy
sie z kregow lubelskiego ziemianstwa mieli tradycyjne wyobrazenia,
jak ich konterfekty powinny wygladac.
Z wlasnych poszukiwan
w dziedzinie fotografii jednak nie zrezygnowalem. Zrozumienie
znajdowalem w kregu przyjaciol z owczesnej bohemy artystycznej
Lublina. Liczylo sie dla mnie to, ze mnie akceptuja. Bliskie
wiezy laczyly mnie wtedy z malarzem Zygmuntem Gasiorowskim
i poeta Jozefem Lobodowskim.
- A czy znal Pan Jozefa Czechowicza?
- Bylem z nim
zaprzyjazniony. Pamietam go jako skromnego, bardzo sympatycznego
czlowieka. Cichutko mowil, wolno chodzil. Przyszedl kiedys
do pracowni na pogawedke. Trzymal w reku malenki aparat
fotograficzny. Dawal w ten sposob znak, ze mamy podobne
zainteresowania. Czesto rozmawialismy o Lublinie, o jego
zaniedbanych, biednych przedmiesciach. Wielokrotnie przemierzalem
i fotografowalem te rejony miasta. To sa wlasnie te zaulki,
torfowiska, wierzby. Fotografie bardzo proste, ale bardzo
polskie pejzaze. Pokazywalem Czechowiczowi moje prace. Ogladal
i zamyslal sie dlugo nad nimi.
'...lublin nad
laka przysiadl/ sam byl/ i cisza /.../ mgly nad sadami czarnemi/
znad laki mgly/ zamknely sie oczy ziemi/ powiekami z mgly'...
- W 'prowincji nocy' Czechowicz opisywal to, co Pan
fotografowal. Jak to bylo z tymi mglami? Kto od kogo czerpal
inspiracje?
- Nigdy by mi
to do glowy nie przyszlo. Ale rzeczywiscie, Czechowicz turysta
nie byl. Na przedmiescia zachodzil rzadko. Kiedy wybuchla
wojna w 1939 roku, zostalem powolany do wojska. Wczesniej
komisja odrzucila mnie - jako cherlaka i czlowieka o przewrazliwionej
naturze skierowala mnie do rezerwy. Kiedy wiec Czechowicz
w centrum Lublina obok hotelu Europejskiego zobaczyl mnie
w mundurze, rzucil mi sie na szyje ze slowami: 'Panie Edwardzie,
co pan w wojsku bedzie robil?'. Usciskal mnie serdecznie.
Zyczylismy sobie wszystkiego dobrego i tak sie rozstalismy.
Szedlem cos zalatwic, bo nastepnego dnia moja jednostka
miala opuscic Lublin. W miescie panowal chaos. Skierowalem
sie ku Bramie Krakowskiej. Bylo okolo godziny 11, gdy nastapil
nalot. Bomby padly na Stare Miasto. Schronilem sie w sklepie
na zapleczu Bramy Krakowskiej. Po jednym z wybuchow obrzucilo
mnie pylem i kamieniami. Widzialem jak ludzie, okaleczeni,
bez rak, sami biegli do szpitala nie czekajac na karetke.
Kiedy bombardowanie ustalo, poszedlem do pracowni ojca.
Tam dowiedzialem sie, ze Czechowicz nie zyje. Byl u fryzjera
w Victorii, by sie ogolic. Gdy wychodzil z zakladu, zabila
go bomba. Bomba tez zniszczyla pracownie mojego ojca. Stracilem
wtedy caly swoj dorobek artystyczny, dokumentacje Zydow
lubelskich, Zydow kazimierskich.
- Jako artysta chyba nigdy nie odczuwal Pan potrzeby
komentowania historii, a nie ominely Pana przejscia bardzo
trudne. W 1944 roku zostal Pan aresztowany przez NKWD i
zeslany do sowieckiego gulagu...
- Kiedy mnie
wywozono z Lublina, bylem w marnym stanie, gdyz wlasnie
przeszedlem tyfus i tylko troche zostalem podleczony. Ale
w tym nieszczesciu tyle mialem szczescia, ze moj los dzielili
inni lublinianie, znajomi, ludzie wartosciowi. Tak wiec
bylem wsrod ludzi, ktorych obecnosc dodawala mi sil psychicznych.
Trafilem do
obozu w Jogle. Pobyt w lagrze spowodowal, ze dowiedzialem
sie o sobie kilku rzeczy. Po pierwsze, ze nawet w nieszczesciu
bylem bardzo na piekno wrazliwy. Pewnej nocy w tej okropnej
ziemiance ktos szarpiac za kolnierz mnie budzi, zebym wyszedl
i zobaczyl zorze polarna. Jakos wylazlem na zewnatrz i zdebialem.
Bo takiego pejzazu (oczywiscie nikomu nie zycze go ogladac
w takich warunkach) jeszcze nie widzialem. Bylo to cos niesamowitego.
Na niebie mieszanina zaskakujacych kolorystycznych zestawien;
zielonego z czerwienia albo fioletowego z zoltym. I chmury
prawie nieruchome. Ja ogladalem zorze, a kilku innych przybieglo
ogladac mnie, wariata, dla ktorego w tej nedzy najwazniejsza
byla kontemplacja zjawisk tak bardzo nierealnych. Okazalo
sie, ze dla mnie bylo to duzym psychicznym wzmocnieniem.
Dokonalem odkrycia, ze moja natura potrzebuje estetycznej
podniety.
Doswiadczenie
gulagu pozwolilo odkryc mi cos jeszcze. Oto kiedy szczesliwie
wrocilem do domu, do mojego gniazda, zrozumialem, co to
znaczy wolnosc tworzenia. Bylo to pojecie, o ktorym przedtem
nie slyszalem, ktorego ani bym szukal i ani bym znalazl.
Po powrocie, mimo ze bylem oslabiony, zaczalem pracowac
z taka pasja i sila, jakbym chcial koniecznie szybko cos
odrobic.
- Po wojnie trzydziesci lat zycia poswiecil Pan teatrowi.
Album 'Kulisy teatru' i wystawa pod takim samym tytulem,
jak i wczesniejsza 'Aktorzy' to owoc wieloletnich pasji
teatralnych. Chcial Pan zostac malarzem, grafikiem; czy
takze aktorem?
- Szacunek dla
teatru mialem wpojony od dziecinstwa. Od najmlodszych lat
chodzilem z rodzicami na przedstawienia. Pamietam spektakl
Maeterlinck, ktory widzialem jeszcze w przedrewolucyjnej
Moskwie, w teatrze Konstantego Stanislawskiego. Sam jako
mlodzieniec grywalem niewielkie role w Teatrze Miejskim
w Lublinie. Tak sie zlozylo w moim zyciu, ze przez dlugi
czas, od 1950 do 1980 roku, bylem na utrzymaniu teatru.
I zostalem zaakceptowany nie tylko przez aktorow, rezyserow,
ale tez ludzi zaplecza: ambitnych, nieslychanie kochajacych
sztuke. W pewien sposob to dzieki nim powstaly moje albumy
o teatrze. Ciesze sie, ze nie tylko w galeriach, ale i w
teatrach wystawa 'Kulisy teatru' jest wciaz obecna.
- 'Wierzby' to jeden z Panskich najslynniejszych albumow.
Drzewa sa stalym motywem Panskich fotografii: kwitnace jablonie,
sosny rozdarte piorunem, swierki polamane przez halny...
- Kiedy bylem
dzieckiem, nasza piastunka opowiadala mi i bratu przerazajace
historie na dobranoc. Pojawialy sie w nich sekate, rosochate
wierzby. Jakos to we mnie zapadlo. Drzewa sa takie wzruszajace
i tak mocno przemawiaja jako metafora zycia...
- Pejzaze, portrety, fotografia teatralna. Zdjecia powstale
przy zastosowaniu rozmaitych technik, stylizacji malarskich,
grafizacji, kolazu prezentowane byly na ponad stu wystawach
krajowych i za granica. Zasiadal Pan tez w najwazniejszych
swiatowych gremiach zajmujacych sie fotografia. A jednak
uwaza Pan, ze fotografik bez autorskich albumow nie istnieje.
- Przekonalem
sie o tym przy okazji mojego pierwszego waznego albumu -
Fotografiki - dzieki ktoremu zaczalem byc rozpoznawany w
swiecie. Wczesniej ogladalem wiele zachodnich publikacji.
Te piekne albumy zachecily mnie do wydania wlasnej ksiazki.
Makiete sam przygotowalem i zanioslem do 'Arkad'. Szczesliwie
sie zlozylo, ze moglem ja rowniez pokazac pewnemu Holendrowi,
ktory zakupil wylaczne prawa do mojego albumu na Europe.
Znalazly sie w nim prace bedace efektem poszukiwan w dziedzinie
fotografii artystycznej. Fotografika miala trzy wersje jezykowe:
polska, niemiecka i angielska. Mozna ja bylo kupic w kazdej
wiekszej ksiegarni na Zachodzie. Album trafial do stowarzyszen
fotograficznych w roznych krajach. Dzieki temu organizowano
mi wystawy w calej Europie. Bywalo, ze kiedy wychodzil po
mnie na lotnisko ktos, kto mnie osobiscie nie znal, zamiast
kartki z nazwiskiem trzymal w gorze jako znak rozpoznawczy
wlasnie Fotografike. Bylem wtedy chyba bardziej ceniony
za granica niz w kraju.
Obecnie w Lublinie
przygotowywana jest do publikacji Fotografika II. Zloza
sie na nia nowe, dotychczas nie publikowane zdjecia. Bedzie
to podsumowanie moich dzialan artystycznych w czasie, jaki
minal od tamtego, pierwszego albumu. Przez lata wydalem
wiele albumow tematycznych, ale Fotografika jest dla mnie
szczegolnie wazna. Razem z lubelskim wydawca mamy nadzieje,
ze zdazy sie ona ukazac na targi ksiazki Frankfurt 2000.
- Historia fotografii liczy 160 lat. Panska biografia
artystyczna przypada na polowe tego okresu. Robi Pan zdjecia
juz blisko osiemdziesiat lat. Czym wedlug Pana jest fotografia?
- Dla sztuki
wspolczesnej fotografia stala sie tworzywem. Tak sie dzieje
chocby w dziedzinie plakatu, ktory od dawna kocham i obserwuje.
Jezeli na przyklad wybitny japonski plakacista, czlowiek,
ktory potrafi wspaniale malowac i rysowac, przedklada ponad
te techniki material swiatloczuly, bo nie mozna powiedziec
fotografie, to cos w tym musi byc. Fakt, ze wybitni artysci
plastycy siegaja po fotografie jako tworzywo przez dluzszy
czas bardzo mnie mobilizowal. Od razu nabieralem checi do
pracy, do szukania w dziedzinie fotografii artystycznej
czegos nowego, do zrobienia w niej czegos pozytecznego.
Utwierdzalo mnie to w przekonaniu, ze warto byc takim fotografem,
nie tylko dokumentalista. A niezaleznie od wszystkiego,
fotografia jest dla mnie przyjemnoscia.
- Ma Pan olbrzymie archiwum, ktore jak slyszelismy,
wlasnie Pan porzadkuje.
- Jezdzilem
troche po swiecie, bylem w Indiach i w Kanadzie, zwiedzilem
Europe. Wszedzie oczywiscie fotografowalem, ale prawie nigdy
nie zakladalem z gory, ze jade robic zdjecia. Nie dokumentowalem
podrozy ani danego kraju. Jesli mnie cos zaintrygowalo,
powiedzmy: w Kanadzie kalosz w kaluzy - to fotografowalem.
Po powrocie wywolywalem material i z najciekawszych kadrow
robilem powiekszenia. W ten sposob zebralem w moim archiwum
tysiace fotografii. Nieraz mnie pytano, czy tez zarzucano
mi, dlaczego nie zajmuje sie czysta fotografia. Otoz ja
rowniez uprawialem i nieraz zagladam do niej z wielka ciekawoscia.
Marzy mi sie wystawa w warszawskim Centrum Sztuki Wspolczesnej,
w suterenie, gdzie mozna by pokazac w malych formatach trzysta
lub czterysta takich zdjec. A jesli to za duzo, to moze
byc chocby i dwiescie. Moglaby byc naprawde ciekawa, gdyz
to jest ten Hartwig nieznany. |