[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (9 czerwca 2000)


TADEUSZ OLSZANSKI

Igrzyska Olimpijskie w Moskwie - 20 lat przed Sydney

Polski gest

Dzien otwarcia igrzysk w Moskwie. Jestem w tym miescie juz trzeci dzien i ciagle szukam olimpiady. Pochmurno, chlodno. A przeciez przez dziesiatki lat wlasnie 19 lipca byl w Moskwie dniem slonecznym i pieknym, pod wzgledem pogody niezawodnym. Dlatego na podstawie wieloletnich analiz wybrano ten, a nie inny lipcowy dzien.
O godzinie czternastej sprzed hotelu "Rossija", zamienionego w siedzibe akredytowanych dziennikarzy, zaczynaja odjezdzac autokary. Operacja rozpoczeta. Wprawdzie to jada tylko ludzie prasy, ale kazdy pojedynczy nawet autobus, a co dopiero kolumna pojazdow, jest pilotowana przez milicyjny gazik z napisem GAI - Glawnaja Auto Inspekcja. Autobusy jada na stadion ulicami, ktore za trzy godziny beda droga olimpijskiego znicza. Miasto, przez ktore jedziemy, sprawia niesamowite wrazenie. Jest puste, wyludnione. Na ulicach Riazina, potem Twerskiej ani zywej duszy. Bramy pozamykane, nikogo w oknach. Dopiero na Maneznej Ploszczadi tlum, bo tedy bedzie przejezdzal z Kremla na Luzniki Leonid Brezniew. Potem jednak trasa znow pustoszeje i zaludnia sie dopiero w okolicach stadionu olimpijskiego. Na olbrzymim parkingu miedzy stacja metra Luzniki a stadionem setki, tysiace autobusow miejskich, podmiejskich i zakladowych, ktore zaangazowano w operacje "Otwarcie Igrzysk". Z jednej strony podziw dla organizacyjnej sprawnosci przewiezienia blisko stu tysiecy ludzi na stadion na trzy godziny przed otwarciem imprezy, z drugiej obojetne twarze ludzi, brak atmosfery radosci i wielkiego swieta, jakim byly poprzednie inauguracje igrzysk. I tylko biale flagi z piecioma kolkami zawieszone obok czerwonej z mlotem i sierpem oraz olimpijskie plakaty z charakterystyczna sylwetka moskiewskich palacow kultury swiadcza o tym, ze odbedzie sie tu olimpiada...

W swoim archiwum znalazlem kartke z powyzszym tekstem, od ktorego miala zaczac sie korespondencja dla tygodnika Literatura. Nie wyslalem go jednak, nie mial bowiem najmniejszych szans na opublikowanie. XXII Igrzyska Olimpijskie odbywaly sie w stolicy imperium, ktore pod koniec 1979 roku dokonalo inwazji na Afganistan. Zaczela sie krwawa wojna, ktora zapoczatkowala rozklad Zwiazku Sowieckiego, ale na razie to mocarstwo znajdowalo sie u szczytu swojej potegi. Prezydent USA Jimmy Carter w lutym 1980 r. wystapil z wnioskiem o odwolanie lub przelozenie igrzysk, poniewaz gospodarze naruszyli zasady olimpijskiej neutralnosci i swiatowego pokoju. Wplywy ZSRR, rowniez w ruchu olimpijskim, byly jednak na tyle silne, ze MKOl ugial sie i postanowil, ze olimpiada letnia, tak jak ustalono, musi odbyc sie w Moskwie. Wowczas Stany Zjednoczone wycofaly swoja reprezentacje ze startu. Stanowisko Amerykanow poparlo ponad piecdziesiat panstw, ktore rowniez zrezygnowaly z udzialu. W ostatniej chwili komitety olimpijskie kilku liczacych sie krajow zachodnich, jak Wielka Brytania, Francja, Wlochy czy tez Australia, zdecydowaly sie wyslac swoje ekipy, ale nie pod narodowymi barwami, lecz pod biala, olimpijska flaga. Zabraklo jednak najwiekszych poteg: reprezentacji USA, Niemiec, Japonii, Kenii. Nie tylko swiat w 1980 roku byl podzielony, ale i ruch olimpijski gleboko pekniety, okaleczony. Polityka nie pierwszy raz, ale chyba najdotkliwiej uderzyla w igrzyska.
Moskiewska olimpiada odbywala sie w specyficznej, napietej atmosferze. Zamierzona jako propagandowy dowod radosnej normalnosci, nie mogla sie poczatkowo rozkrecic. Pozbawiona tez byla pieprzu najwiekszej rywalizacji miedzy ekipami USA i ZSRR oraz NRD i RFN, ktore podnosily emocjonalnosc zmagan. Trybuny na wszystkich zawodach byly pelne, ale Moskwa do ostatniego dnia byla wyludniona. Dzieci i mlodziez studencka wyslano na kolonie i obozy, wszelki watpliwy tzw. element ni stad ni zowad, niejednokrotnie pierwszy raz w zyciu, otrzymywal skierowanie na wczesne badz wielodniowe komandirowki, czyli delegacje wlasnie w okresie trwania olimpiady. Ani ja, ani nikt z dziennikarzy nie zdawal sobie poczatkowo sprawy z gigantycznej operacji wyekspediowania ze stolicy ponad miliona, a moze i wiecej osob, a na wszelkie pytania o znajomych, ktorych akurat w tym czasie tez w Moskwie zabraklo, slyszelismy w odpowiedzi, ze w lipcu w tym miescie wytrzymac nie sposob i wszyscy sa na daczy. Jakby co roku mieli olimpiade! A w dodatku ten upalny, kontynentalny i suchy lipiec byl w 1980 roku i chlodny, i mokry. Moskwa byla zatem miastem wyludnionym i zamknietym dla miliona obywateli codziennie przyjezdzajacych tu z calego Zwiazku Sowieckiego przewaznie na zakupy, o czym zreszta mialem sie osobiscie przekonac pod koniec igrzysk. Nie uprzedzajmy wszakze faktow.
Olimpiada zyla swoim zyciem, z wyselekcjonowana publicznoscia na trybunach, otoczona jakby kordonem sanitarnym, zorganizowana perfekcyjnie pod wzgledem bezpieczenstwa. Przekonalismy sie o tym od razu w trakcie uroczystego otwarcia, jako ze w kazdym sektorze w pierwszym, srodkowym i ostatnim rzedzie, a takze na skrajach z gory do dolu, siedzieli wysportowani mlodzi ludzie w granatowych dresach czesto z napisem Dynamo lub CSKS, czyli milicyjnego i wojskowego klubu. Elewowie szkol. Kazdy sektor ujety byl wiec w swoista rame. I tak juz bylo podczas wszystkich imprez na Luznikach. Nazajutrz na Minskiej szosie, gdzie rozgrywano druzynowy wyscig kolarski na 100 kilometrow, Maciej Biega z redakcji Sportowca monotonie zmagan rowerzystow zapragnal umilic sobie szukaniem poziomek w lesie, ale natychmiast wrocil, lekko blady. Caly odcinek szosy, na ktorym rozgrywano wyscig, otoczony byl bowiem, jak to Maciek powiedzial, zywoplotem z milicjantow. Wyjsc, prosze bardzo, uslyszal, ale z powrotem juz nie puscimy, nawet z ta dziennikarska legitymacja, bo taki mamy rozkaz. Zrezygnowal wiec z poziomek, bo byl entuzjasta kolarstwa. Po wydarzeniach w Monachium juz w Montrealu zastosowano ogromne obostrzenia; w Kanadzie bezpieczenstwa olimpijczykow strzeglo okolo 50 tysiecy policjantow roznych formacji. Na pytania dotyczace wielkosci zaangazowanych sluzb porzadkowych w Moskwie zawsze slyszelismy te sama odpowiedz: proporcjonalnie tyle samo co w Montrealu! Pieknie to bylo powiedziane. Ale Montreal mial milion mieszkancow, a Moskwa blisko dziewiec razy wiecej! Otoz i proporcje.
Tylko jeden jedyny raz ten idealny porzadek zostal zaklocony. W tydzien po rozpoczeciu igrzysk zmarl w Moskwie kontestujacy aktor, poeta i piesniarz Wladimir Wysocki. Jego ballady i piesni bedace protestem przeciw powszechnemu zaklamaniu, znieczulicy na przemoc, wyrazajace tesknote za prawda i wolnoscia spiewano nie tylko w calej Rosji, ale i w Polsce, Czechoslowacji, na Wegrzech. Wysocki byl symbolem niepokory, protestu. Od rana pod Teatrem na Tagance, z ktorym byl zwiazany i gdzie wystepowal, zaczely sie gromadzic tlumy, gdyz wiesc o smierci Wysockiego rozeszla sie po calej Moskwie lotem blyskawicy. Poszlismy na Taganke natychmiast razem ze Staszkiem Garczarczykiem z Gazety Poznanskiej, stanelismy karnie w olbrzymiej kolejce i zlozylismy po kwiatku. Milicji bylo duzo, ale, co niezwykle, przyjaznie nastawionej do ludzi i serdecznie zasmuconej. Nikogo z placyku, na ktorym zebral sie ogromny tlum, nie przeganiano. Zyczliwosc milicjantow do buntowszczyka, ktorego nie znosila, ale musiala tolerowac partyjna wladza, wynikala zapewne ze wzruszajacej ballady Wysockiego o samotnym, upijajacym sie w dniu urodzin milicjancie. Pijcie za milicje, pijcie za milicje, bo za milicje nie pije nikt! - brzmial refren tej ballady, znany na pamiec przez tych wszystkich, ktorzy w niej sluzyli. Bylismy tez potem na pogrzebie Wysockiego, cichym i skromnym, choc w pochodzie szlo co najmniej dwadziescia tysiecy ludzi!
Smierc Wysockiego zostala odnotowana przez sowiecka prase malymi wzmiankami, a o pogrzebie w ogole nie wspomniano. Na wszystkich kolumnach dominowaly relacje z igrzysk. W sytuacji zatajanej coraz krwawszej wojny w Afganistanie eksponowano sportowe zwyciestwa. Reprezentantom ZSRR zawsze zalezalo na zwyciestwach i niczego zlego nie nalezy w tym widziec, bo przeciez na tym polega istota sportu. Gorzej natomiast, ze od momentu pojawienia sie sowieckich sportowcow na miedzynarodowej arenie godne reprezentowanie barw sprowadzono wylacznie do zwyciezania przeciwnikow, zwlaszcza z kapitalistycznych panstw, i traktowano jako polityczne zadanie. Zawodnikow rozliczano za porazki. Po prostu odbierano im paszporty i dlugo musieli czekac na okazje do zrehabilitowania sie!
A przeciez i bez tych naciskow sowiecki sport byl potega. Podczas olimpijskiego debiutu w 1952 roku w Helsinkach ekipa ZSRR zajela drugie miejsce w punktacji medalowej, za USA. W nastepnych igrzyskach w Melbourne i Rzymie sowieccy sportowcy wyprzedzili juz Amerykanow. Ci z kolei wzieli rewanz w Tokio i w Meksyku, ale w Monachium i Montrealu znow byli lepsi zawodnicy ZSRR. W dodatku w Montrealu ekipe USA wyprzedzila jeszcze reprezentacja NRD. Rywalizacja byla pasjonujaca i nieobecnosc ekipy USA w Moskwie byla dojmujacym ciosem. Umniejszala bowiem triumf gospodarzy, przekreslala mozliwosc udowodnienia wyzszosci ustroju na podstawie sportowego zwyciestwa. Przepraszam za ten publicystyczny wtret, ale wydal mi sie konieczny dla zrozumienia wydarzen, ktorych jedni nie dostrzegli, drudzy nie mogli opisac, a jeszcze inni woleli je przemilczec, aby nie brukac swiatyni olimpijskich igrzysk! W tym wymiarze tez nalezy rozpatrywac slynny "polski gest" Wladyslawa Kozakiewicza, ktory na przekor demonstrujacej przeciwko niemu widowni nie tylko potrafil zwyciezyc, ale rowniez dal wyraz swojej dezaprobacie - malo sportowym, ale spontanicznym i bedacym reakcja na chamstwo miejscowych kibicow - gestem.
Gdy na starcie zabraklo Amerykanow, analitycy sowieccy przeprowadzili symulacje podzialu medali. Wynikalo z niej, ze nieslychanie niebezpiecznym przeciwnikiem beda sportowcy NRD i oni glownie skorzystaja z nieobecnosci ekipy USA. Bez litosci zatem dla przeciwnikow nalezalo wygrywac wszystko, co mozna bylo wygrac. Wlacznie z meczem pilkarskim miedzy reprezentacjami dziennikarzy akredytowanych na igrzyskach. Takie mecze sa na ogol zabawa i okazja do wspolnego napicia sie piwa. Jakiez jednak bylo zdziwienie druzyny umownie nazywanej "reszta swiata", kiedy w reprezentacji dziennikarzy ZSRR zobaczyli dwoch swiatowej slawy bylych pilkarzy sowieckich: pomocnika Netto oraz napastnika Poniedielnikowa! Tradycyjnie przyjacielski mecz zamienil sie w ostry boj z trudem wygrany przez ZSRR 3:2. Bramki "reszty swiata" w pierwszej polowie bronil dziennikarz z Opola, moj przyjaciel Julek Stecki, ktory swego czasu grywal w III lidze. Otoz Stecki po meczu stwierdzil, ze dawno takiego twardego meczu nie widzial!
Gospodarzom z reguly sciany sprzyjaja, sportowcy sowieccy szli wiec od zwyciestwa do zwyciestwa, mieli ogromna przewage w liczbie zdobytych medali, ale pod koniec igrzysk atmosfera nagle zrobila sie nerwowa. W gimnastyce kobiecej oprocz Rumunek z Nadia Comaneci na czele medale zaczely zabierac znakomitym dotad sowieckim dziewczynom rowniez zawodniczki NRD, a gdy malutka Maxi Gnauck wygrala cwiczenia na poreczach, zaczely sie manipulacje przy sedziowskich stolikach. Na torze wioslarskim Krylackoje rozegral sie najwiekszy dramat gospodarzy. Wioslarze ZSRR przygotowywali sie do igrzysk wedlug programu kosmonautow, co mialo im przyniesc gremialne zwyciestwo. Na finaly specjalnie przyjechal premier Aleksiej Kosygin, aby naocznie przekonac sie o wyzszosci naukowych zalozen treningu. Regaty zakonczyly sie kleska sowieckich wioslarzy. Z osmiu wyscigow az siedem wygraly osady NRD, a w jedynkach triumfowal Fin Pertti Karppinen. Kosygin zaslabl w honorowej lozy i szybko opuscil zawody.
Zawody lekkoatletyczne zamykaly program igrzysk i atmosfera stawala sie coraz bardziej nerwowa. W trojskoku mialo dojsc do pojedynku nowego rekordzisty swiata Brazylijczyka Joao Carlosa de Oliveiry z trzykrotnym mistrzem olimpijskim Wiktorem Saniejewem. Saniejew byl wspanialym zawodnikiem i chcial zakonczyc swoje wystepy czwartym zlotym medalem olimpijskim. Trojskok jest jednak rujnujaca uklad kostny i stawy konkurencja. Saniejew dlugo leczyl kontuzje, nie byl juz tym zawodnikiem, ktory w Meksyku ustanowil rekord olimpijski skaczac 17 m 39 cm. Faworytem byl o wiele mlodszy Oliveira i on tez objal w finale prowadzenie. W trzeciej serii wielki talent objawil mlody i silny jak tur, reprezentujacy barwy ZSRR Jaak Udmae z Estonii. Skoczyl 17,35 m, a zaraz potem Oliveira 17,22 m! Zapowiadal sie pojedynek wrecz niebywaly, ale nagle stalo sie cos nieprzewidzianego. Brazylijczyk wybija sie bardzo wysoko i laduje za linia wyznaczajaca rekord swiata. Skok wydaje sie prawidlowy, ale sedzia podnosi czerwona choragiewke. Skok jest spalony, niewazny! Kamery kieruja sie na linie odbicia, aby pokazac slad przekroczenia, ale w tym samym momencie sedzia uderza lopatka z biala tarcza w pociagnieta wapnem deske odbicia. Linia jest przekroczona, lecz czy to Oliveira zle sie odbil, czy tez sedzia uderzajac w deske te linie zamazal? Nikt tego nigdy juz sie nie dowie. Sedzia sie pospieszyl, bo najpierw kamery musza zarejestrowac ten slad. Tarcza tez tylko wskazuje sie slad, a nie uderza w linie odbicia. Oliveira probuje protestowac. Nic z tego. Zdenerwowany Brazylijczyk spali dwa nastepne skoki i ostatecznie zajmie trzecie miejsce, bo Saniejew nadludzkim wysilkiem skoczy jeszcze 17,24 i potem dlugo bedzie masowal obandazowane kolana.
O ile final trojskoku budzil watpliwosci, o tyle kwestia sensacyjnego zwyciestwa sowieckich oszczepnikow nad wegiersko-finska koalicja zostala niedwuznacznie rozszyfrowana. Wegrzy mieli dwoch swietnych zawodnikow - rekordziste swiata Istvana Paragi oraz mistrza olimpijskiego z Montrealu Miklosa Nemetha. Finowie - swietnego Hannu Siitonena. Ta trojka regularnie rzucala powyzej 90 metrow. A jednak przegrali z kretesem! Zaden z nich nie zdobyl medalu. Zwyciezyli oszczepnicy ZSRR - Dainis Kula (91,20) oraz Aleksander Makarow (89,64). Wegrzy i Finowie nie mogli sie pogodzic z ta kleska. Trenerzy zamkneli sie na dwa dni w swoich pokojach i godzinami analizowali nagrania magnetowidowe. Szukali bledow technicznych w sposobie wykonywania rzutow przez swoich zawodnikow. Analizowali tez technike oszczepnikow sowieckich. Szukali racjonalnego wyjasnienia powodow porazki i w zaden sposob nie mogli nic znalezc. Ba, po raz ktorys z rzedu okazywalo sie, ze Paragi, Nemeth i Siitonen rzucaja idealnym technicznym stylem, a Rosjanie na sile, topornie, a jednak ich oszczepy ladowaly o dziesiec metrow dalej!
- Wiesz, dopiero na trzeci dzien, kiedy trenerzy juz na pamiec znali wszystkie tasmy, a nawet kazda klatke ujecia i prawie na oczy nie widzieli, ktos zlapal sie za glowe i krzyknal: "Rany boskie, nie patrzcie na to, jak nasi i tamci rzucaja, tylko na to, co dzieje sie z tylu!" - opowiadal mi zaprzyjazniony wegierski dziennikarz sportowy Janos Szabo. - Rzecz w tym, ze ilekroc na rozbiegu stawal Kula i Makarow, tylekroc otwierano brame znajdujacego sie za nimi tunelu pod trybunami. Za kazdym razem wnoszono lub wynoszono jakis sprzet, wjezdzal lub wyjezdzal elektrowozik lub najzwyczajniej na swiecie wychodzila babuszka z kublem. Zawsze wtedy, gdy na rozbiegu stawal Kula czy Makrow! I wtedy powstawal prad powietrzny, po prostu przeciag!
Wszystko to wydarzylo sie przed konkursem skoku o tyczce, w ktorym mialo wystapic dwoch naszych asow - mistrz olimpijski z Montrealu Tadeusz Slusarski i Wladyslaw Kozakiewicz. Byl to juz dziesiaty dzien zmagan, a ciagle nie mielismy zlotego medalu. Polacy zdobywali srebrne i brazowe medale w roznych dyscyplinach, ale zwyciestwo uciekalo naszym reprezentantom doslownie sprzed nosa. W dodatku to, co stalo sie w trojskoku i rzucie oszczepem zwiastowalo, ze przeciwnikami moga okazac sie nie tylko tyczkarze, wsrod ktorych byl rekordzista swiata Francuz Philippe Houvion, a takze Rosjanie Konstantin Wolkow i Siergiej Kulibaba.
Czy w skoku o tyczce mozna wplynac na zmiane wyniku, ulatwic jednemu, a utrudnic drugiemu sportowcowi zwyciestwo? Zapytalem o to juz po moskiewskim konkursie wybitnego znawce lekkiej atletyki Stefana Sieniarksiego z Zycia Warszawy, z ktorym wspolnie sledzilismy zawody. - Jest to mozliwe - odpowiedzial Sieniarski. - Poprzeczka jest bardzo wysoko, zaklada sie ja widelkami, mozna ja wiec starannie, precyzyjnie ustawic, mozna tez byle jak, aby ledwo dotykala podstawek i wtedy straci ja nawet ped ciala zawodnika, ktory nad nia przefrunie. No i publicznosc. Moze ona kazdego zawodnika wyprowadzic z rownowagi, zwlaszcza w skoku o tyczce, gdzie konieczna jest bodaj najwieksza koncentracja, bo przeciez czlowiek wlasnie w tej konkurencji odrywa sie o wlasnych silach za pomoca tylko tyczki najwyzej od ziemi!
Ani Brazylia, ani Wegry nie zlozyly protestu po porazkach swoich atletow, niemniej o tych sprawach zaczeto dosc glosno szeptac. Na tyle glosno, aby liczacy sie przedstawiciel wladz MKOl markiz Alex de Merode zszedl z lozy honorowej i zajal miejsce przy stoliku sedziowskim konkursu skoku o tyczce. Naszym reprezentantom pozostala wiec juz tylko walka ze skandalicznie zachowujaca sie czescia publicznosci. Pomagala ona swoim zawodnikom, gwizdzac, buczac, tupiac, ilekroc tylko na rozbiegu stawali Kozakiewicz i Slusarski. To byl bardzo brzydki, skrajny antydoping!
Na polskich tyczkarzy nie bylo jednak w tym dniu mocnych. Kozakiewicz i Slusarski stanowili wspaniale rozumiejaca sie pare, trudny piekielnie egzamin z wzajemnej wspolpracy zdali znakomicie cztery cztery lata wczesniej w Montrealu. Faworytem konkursu w Kanadzie byl Kozakiewicz, ale podczas rozgrzewki tak nieszczesliwie wyladowal obok zeskoku, ze skrecil noge w kostce. Mimo spuchnietej jak bania nogi i okropnego bolu skoczyl wtedy 5,25 m, co bylo aktem niezwyklej odwagi i hartu. Wtedy zastapil go Slusarski, ktory wygral konkurs skokiem na wysokosc piec i pol metra. W Moskwie Kozakiewicz tryskal sila i mysle, ze gwizdy podzialaly na niego wrecz odwrotnie, niz tego pragneli moskwiczanie. Niezwykle starannie wymierzal rozbieg, przymierzal tyczke i czujnie sprawdzal zawieszenie poprzeczki. Zdawal sobie w najmniejszych szczegolach sprawe, ze nie wolno mu przepuscic zadnego drobiazgu. Nie dal sie wyprowadzic z rownowagi, kiedy Kulibaba stojac kolo przyrzadow pomiarowych sygnalizowal przygotowujacemu sie do skoku Wolkowowi szybkosc i kierunek wiatru, czego zabrania regulamin. Kozak, jak go zdrobniale nazywano, sam idealnie wyczuwal w tym dniu najdelikatniejszy podmuch, a jednoczesnie byl odporny na wysylane mu z trybun negatywne fluidy. Gdy Wolkow zatrzymal sie na wysokosci 5,65 m i juz wyraznie widac bylo, ze wyzej nie skoczy, Kozakiewicz zaatakowal 5,70 m, co dawalo zloty medal. I wtedy gwizdy siegnely szczytu. Skok Polaka byl lekki, piekny, radosc w spadaniu ogromna, a zgieta potem w lokciu w charakterystycznym ruchu prawa reka "o, takiego!" poszla w swiat wszystkimi kanalami telewizyjnymi juz jako polski gest na tej sowieckiej olimpiadzie! To, co sie stalo w tym momencie, uskrzydlilo Kozakiewicza do dwoch nastepnych prob, w ktorych dwukrotnie poprawil rekord swiata. Naprzod na 5,75 m, czym odebral rekord Francuzowi Houvionowi, a potem jeszcze poprawil swe osiagniecie z bajeczna lekkoscia przechodzac poprzeczke na wysokosci 5,78 m. To byly fantastyczne, jak na owe czasy, rezultaty. A poniewaz Slusarski zdobyl srebrny medal, szczescie bylo pelne. W dodatku Kozak na wlasna, zgieta w lokciu reke zalatwil to, czego nie potrafily zrobic kierownictwa wszystkich czujacych sie pokrzywdzonymi ekip, z Wegrami na czele.
Nazajutrz na tym samym stadionie Bronislaw Malinowski rozegral wspanialy bieg na dystansie 3000 metrow z przeszkodami. Wytrzymal nieobliczalna w skutkach ucieczke Filiberta Bayi z Tanzanii, swietnego zreszta biegacza, ktory wyrwal do przodu i po dwoch okrazeniach mial ponad sto metrow przewagi. Malinowski systematycznie zmniejszal odleglosc, a na ostatniej prostej dolozyl mu dobre dwadziescia metrow! Byl wiec drugi zloty medal. A w ostatnim dniu trzeci, przez nikogo nie oczekiwany. Jan Kowalczyk bowiem wygral jezdziecki konkurs skokow.
Zblizal sie czas wyjazdu z Moskwy. Z przyjaciolmi nawet sie nie zegnalem, gdyz z miernym skutkiem udalo mi sie niektorych powitac telefonicznie. Nie bylo ich w Moskwie, mimo iz szykowali sie na igrzyska, chcieli je zobaczyc. Z kilkoma sie widzialem, ale najbardziej brakowalo mi poznanego niedawno w czasie wyprawy do Erewanu pelnego poczucia humoru Aloszy z Leningradu. Akurat bankietowal w hotelu, w ktorym zamieszkalem na trzy dni i naturalnie wciagnal do siebie, gdyz zajmowalem sasiedni pokoj. Alosza oszalal, gdy sie dowiedzial, ze bede na igrzyskach w Moskwie i oczywiscie zamowil z Polski dzinsy. Po przyjezdzie do Moskwy natychmiast do niego zadzwonilem, ale telefon byl wylaczony, gluchy. Po trzech dniach wyslalem kartke, ze jestem w hotelu "Rossija" i ponawialem proby skontaktowania sie. Bezskutecznie. Az na trzy dni przed zakonczeniem igrzysk o drugiej w nocy zadzwonil telefon. Odezwal sie Alosza - Wyslij mi natychmiast depesze, zebym przyjechal do Moskwy na spotkanie z toba, ale dzinsy, jesli je jeszcze masz, nadaj poczta!
I tylem go slyszal. W recepcji hotelu odmowili mi telefonicznego nadania depeszy i poradzili, abym rano udal sie na Poczte Glowna przy ulicy Gorkiego, niedaleko zreszta od nas. Pobieglem rankiem, nadalem dzinsy, wykaligrafowalem cyrylica tekst depeszy i podszedlem do okienka.
- Jestescie obcokrajowcem?
- Tak - odpowiedzialem.
- To nie macie prawa zapraszac goscia do Moskwy - ocenzurowala tekst mojej depeszy skadinad zupelnie sympatyczna dziewczyna z okienka. - Ja tej depeszy nie wysle - dodala. Poziom adrenaliny z miejsca mi podskoczyl i udalem sie do okienka kierownika zmiany. Zadne tlumaczenia, ze jestem dziennikarzem akredytowanym na igrzyskach, legitymacje i wszelkie argumenty nie odnosily skutku. - W Moskwie nie ma przez was wolnych miejsc i gdzie ten czlowiek przenocuje - slyszalem wielokrotnie w odpowiedzi. W jakims momencie zdalem sobie tez sprawe, ze jesli nawet po moich naleganiach przyjma depesze, to i tak jej nie wysla.
Tarabanilem sie wlasnie ze swoimi pakunkami do autobusu, ktory odwozil polskich dziennikarzy na lotnisko, kiedy pod "Rossije" zajechala taksowka, z ktorej wyskoczyl Alosza. Padlismy sobie w ramiona.
- Wsiadaj do autobusu i odprowadz mnie na lotnisko, to przynajmniej troche pogadamy!
- Tam mnie i tak nie puszcza, ale moze ty pojedziesz nastepnym!?
Siedlismy sobie na laweczce, Alosza wyciagnal butelke koniaku i plastikowe kubki, ja wszystkie drobiazgi, jakie mi zostaly.
- Za czorta nie moglem przyjechac, bo Moskwe zamkneli na czas olimpiady!
- A ode mnie nie chcieli przyjac depeszy!
- A jednak mi sie udalo. Nie pytaj jak! A tu mam cos dla ciebie.
I Alosza wreczyl mi stary, plaski noz z kosci sloniowej ze srebrna raczka, do otwierania listow.
- To jest bezcenna rzecz: noz Gribojedowa, wiesz, tego dramaturga i dyplomaty, autora sztuki Madremu biada, ktorego w Teheranie zatlukli Afgancy. I perski szach przyslal wtedy w zadoscuczynieniu drugi co do wielkosci brylant swiata, nazwany gribojedowem, ktory znajduje sie w kremlowskim skarbcu. Nie zgub tego noza!
Do dzis tym nozem rozcinam listy. I do dzis nie wiem, czy naprawde poslugiwal sie nim Gribojedow. A z Alosza wiecej juz sie nie zobaczylismy...

------------------

Fragment nowej ksiazki Tadeusza Olszanskiego Fakty i legendy olimpijskie, ktora ukaze sie w najblizszym czasie nakladem Krajowej Agencji Wydawniczej w Warszawie.