[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (16 czerwca 2000)


JERZY TUMANISZWILI

Szczesliwy okret "Krakowiak"

W polskiej marynistyce dotyczacej drugiej wojny swiatowej historycy, jak rowniez marynarze - swiadkowie dzialan wojennych polskich okretow bioracych udzial w bitwie o Atlantyk - glownie zajmuja sie odtwarzaniem niecodziennych lub tez wybitnych wyczynow roznych okretow. Na przyklad wiele napisano o legendarnej ucieczce uwiezionego w Tallinie okretu podwodnego "Orzel", o bitwie niszczyciela "Blyskawica" z lotnictwem nieprzyjaciela w Bougie (operacja "Torch" - inwazja na Afryke Polnocna, 1942 r.), o smialych, wrecz brawurowych akcjach okretow podwodnych "Sokol" i "Dzik" na Morzu Srodziemnym, o spotkaniu niszczyciela "Piorun" z superpancernikiem "Bismarck" itd. Ale do zwyciestwa na Atlantyku przyczynily sie tez okrety oslony statkow handlowych plynacych z ladunkami zywnosci, sprzetu wojennego, z amunicja, ropa naftowa, jak rowniez wojskami przeznaczonymi na europejski front. Wszystkie niszczyciele pod polska bandera do pewnego stopnia braly udzial w tych dzialaniach, a zwlaszcza eskortowiec ORP "Krakowiak".
Byl to niszczyciel klasy hunt, ktory zostal oddany polskiej marynarce wojennej na czas trwania konfliktu. Bialo-czerwona bandere podniesiono na nim w maju 1941 r. Byla to plywajaca, dobrze wyposazona bateria przeciwlotnicza. W dodatku okret byl przystosowany do walki z U-Bootami dzieki najnowszemu podsluchowi podwodnemu asdyk i wyrzutniom bomb glebinowych. Zaloga - osmiu oficerow i 160 podoficerow i marynarzy skladala sie z zawodowych wojskowych (wielu z nich sluzylo przedtem na ORP "Grom" zatopionym 4 maja 1940 r. pod Narwikiem) oraz ochotnikow z poboru we Francji, Brazylii i Kanadzie. Nic tez dziwnego, ze wsrod komend i instrukcji w jezyku polskim, slychac bylo francuski, portugalski i angielski.
Po kilkutygodniowej zaprawie w bazie floty w Scapa Flow, "Krakowiak" otrzymal przydzial do 15 flotylii niszczycieli w Plymouth. Jej zadaniem bylo eskortowanie statkow handlowych dazacych do Londynu i portow wschodniego wybrzeza Anglii. Konwoje skladajace sie z kilkunastu frachtowcow i tankowcow zeglugi przybrzeznej formowaly sie na redzie Milford Haven, portu poludniowej Walii i plynely pod eskorta az do przyladka Portland, gdzie nastepowala zmiana. Eskortowce bazujace w Portsmouth prowadzily je do portow docelowych, a nalezace do 15. flotylii oslanialy konwoje statkow zmierzajacych na Atlantyk.
W okresie, kiedy bylem zaokretowany na stanowisku oficera artylerii (1941-1942 r.), nieprzyjaciel nekal te konwoje spod wody, z powietrza i z powierzchni morza. W ujsciu do Morza Irlandzkiego czaily sie niemieckie U-Booty. W cieniu pagorkow wybrzezy Kornwalii i Devonu czekaly w zasadzce scigacze. Bombowce junkers 88 nadlatywaly na wysokim pulapie okrazajac konwoj na bezpiecznej wysokosci i po wypatrzeniu godnego celu znizaly sie do ataku nurkowego. Wodnoplatowce Heikel 115 wyczekiwaly kolyszac sie na powierzchni wody w okolicy Lands Endu. W zapadajacych ciemnosciach niespodziewanie podrywaly sie i przeprowadzaly atak torpedowy. Scigacze natomiast, jako ulubione miejsce zasadzki wybraly wybrzeza Devonu w poblizu wejscia do portu Plymouth.
Sluzba, pomimo czestych akcji bojowych (ostrzeliwania samolotow, tropienia okretow podwodnych, nocnych potyczek ze scigaczami) byla potwornie nudna i nad wyraz nuzaca.
Okrety zachodzily do portow po uzupelnienie paliwa, zywnosci i odebranie poczty; zwykle nie bylo mozliwosci wyjscia na lad. Zmienna pogoda wplywala deprymujaco na morale zalogi. Rodzace sie w Zatoce Biskajskiej sztormy przynosily ulewne deszcze i wysoka fale. Natomiast z polnocy wiejace waskim korytarzem Morza Irlandzkiego wichry ziebily do kosci. Czeste mgly utrudnialy nawigacje.
Od czasu do czasu, widocznie dla urozmaicenia, kierowano nas pod wybrzeza Normandii w celu niszczenia konwojow nieprzyjaciela. Wiekszosc tych nocnych wypadow miala miejsce pomiedzy wyspami Jersey, Sark i Guernsey. Niejednokrotnie odnosilismy sukcesy, zatapiajac i niszczac wrogie jednostki.
W mojej pamieci atlantycki konwoj w grudniu 1942 r. byl klasycznym przykladem nuzacej sluzby, wymagajacej ciaglej czujnosci i nieustannej walki z zywiolem.
W koncu listopada tego roku dowodca "Krakowiaka" kmdr ppor. Jan Tchorznicki otrzymal zadanie objecia dowodzenia eskorta waznego konwoju formujacego sie w Milford Haven. Miejsce przeznaczenia - Gibraltar. Bylo to 12 duzych statkow zaladowanych sprzetem wojennym dla operacji "Torch" (inwazji Afryki Polnocnej ). Ze wzgledu na znaczenie tych dostaw przeznaczono do obrony 4 nieszczyciele - "Krakowiaka" i trzy brytyjskie hunty. Po wyjsciu z Milford Haven, Tchorznicki zarzadzil formacje w dwoch kolumnach - 6 statkow w kazdej, ustawil eskorte oslaniajac skrzydla, sam na "Krakowiaku" zajal pozycje w tyle konwoju, skad zwykle podchodzily do ataku niemieckie U-Booty. Statki i eskorta wykonywaly z gory ustalony zig-zag, to znaczy o danym czasie zmienialy kurs w prawo lub w lewo, utrudniajac ustalenie kierunku ataku torpedowego.
Juz w drugim dniu nasz samolot rozpoznawczy patrolujacy Zatoke Biskajska zawiadomil o aktywnosci dwoch U- Bootow kierujacych sie jakby na przeciecie naszgo kursu. Bezchmurna pogoda sprzyjala akcji samolotow wroga, ale krazace dookola konwoju dwa nasze mysliwce trzymaly je z daleka. Rzeski wiatr z polnocy tworzyl wysoka, ale dluga fale, ktora zwiekszala szybkosc konwoju.
Kiedy obejmowalem nocna wachte, wschodzil ksiezyc w calej swej pelni i posrebrzyl nasz slad torowy. Gwiazdy migotaly na ciemnym firmamencie. Na pomoscie bylo tak cicho, ze slychac bylo miarowy dzwiek asdyku ukrytego pod daszkiem na lewej burcie pomostu. Szumialy wentylatory, warczaly sennie turbiny. Dowodca, zyczac mi spokojnej wachty, zszedl do swojej kabiny polozonej pod kabina nawigacyjna. Widzialem wszystkie statki, jak rowniez sylwetki zygzakujacej eskorty. Jak zwykle polaczylem sie telefonicznie z obserwatorami na dziobie, srodokreciu i na rufie, przypominajac o obowiazku czujnej obserwacji. Na pomoscie stalo dwoch sygnalistow, jeden z nich byl Anglikiem, czlonkiem ekipy oficera lacznikowego. W stojacym powyzej dalocelowniku siedzial dalmierzysta i celowniczy. Wszyscy z lornetkami. W pewnej chwili uslyszalem podniecony glos asdykowca: - Panie poruczniku, slysze... cos slysze w naszym sladzie torowym... - Co slyszysz? - Tak jakby obroty sruby okretowej... - To chyba nasze - odpowiedzialem z powatpiewaniem. - Nie, nie to na pewno nie nasze... ktos sie tam czai... - odpowiedzial drzacym glosem. Obrocilem sie szybko i przez lornetke szukalem wrogiej jednostki w fosforyzujacym kilwatrze, a w tym samym czasie uslyszalem meldunek z rufy: - Kat kursowy 180, jednostka nawodna!!! - Teraz i ja widzialem. Bezczelny, idzie w naszym sladzie torowym, wynurzony, nie dalej jak pol mili, moze nawet blizej. Krzyknalem: - Prawa na burt! Cala naprzod! Alarm bojowy! - Podskoczylem do laczacej z kabina dowodcy tuby glosowej, meldujac, ze ide do ataku. Za chwile Tchorznicki wbiegl na pomost. Spokojnie powiedzial: - Atakuj! - po czym zwracajac sie do sygnalisty zarzadzil alarm dla calej eskorty. Okret zatoczyl polkole. Pelna szybkoscia zblizalismy sie do wroga, ktory zaczal chowac sie pod wode. Asdykowiec nie stracil jednak kontaktu, naprowadzal nas podajac namiary. Rzucilismy wiazanke bomb glebinowych. Zmniejszylismy szybkosc szukajac sladow bombardowania. Drugi atak przeprowadzil dowodca, a nastepnie zawrocil w kierunku oddalajacego sie konwoju.
Nastepny dzien nie obfitowal w nic wartego zanotowania, ale w nocy odbyla sie znowu ta sama zabawa w ciuciubabke. U-Boot, znowu w sladzie torowym, podchodzil do konwoju. Wykonalismy dwa ataki. Zauwazylismy slady ropy na powierzchni wody. Moze tym razem udalo sie nam go "przyuwazyc". Powracajac do konwoju otrzymalismy sygnal od jednego z naszych eskortowcow: "Zostaw nam cos do zabawy".
Do portu Gibraltar weszlismy wczesnym rankiem 12 grudnia. Przycumowalismy do burty ropowca w celu uzupelnienia paliwa. Jak zwykle dostarczono nam worki z poczta i koperte z rozkazami. Juz jutro mamy zadanie eskortowania konwoju zmierzajacego do Wielkiej Brytanii. Zarzadzenie to bylo dla nas wielkim rozczarowaniem, bo marzylismy o kilku dniach odpoczynku w tym egzotycznym "wolnym" porcie, gdzie mozna bylo nabyc rzeczy nieosiagalne w Anglii. Tchorznicki musial powziac trudna decyzje. Administracyjnie zaloga byla podzielona na dwie burty: prawa i lewa. Zezwolenia wyjscia na lad udzielono tylko jednej, pozostawiajac druga na okrecie dla utrzymania porzadku i bezpieczenstwa. Ale dowodca zdawal sobie sprawe, ze w ostatnim miesiacu nie bylo wyjsc na lad i ze zaloga jest ponad miare zmeczona i znuzona. Bedac dbalym i wyrozumialym, Tchorznicki postanowil zwolnic wszystkich, pozostawiajac szkieletowa obsade i powierzajac mi sluzbe oficera dyzurnego. Zaloga przyjela decyzje z radoscia i entuzjazmem. Bractwo rzucilo sie do lazienek - wszyscy myli sie i golili zapuszczone zarosty, czyscili zaplesniale mundury i buty. Kiedy wczesnym popoludniem dobil do burty kuter, okret opustoszal. Pozostala na nim garstka podoficerow i marynarzy pelniacych sluzbe w maszynowni i na pokladzie. Zostal tez nasz piesek-maskotka Ciapcia.
Nastepnego dnia przeszlo 20 statkow ruszylo w droge powrotna do Wielkiej Brytanii. Wzielismy kurs na zachod (niby dla zmylenia szpiegow obserwujacych ruchy okretow z pobliskiej Hiszpanii), a potem juz daleko na Atlantyku zmienilismy na polnocno-wschodni, celujac na poludniowy cypel Irlandii. Tchorznicki, znow dowodca eskorty, zarzadzil szyk w czterech kolumnach, a niszczyciele jak zwykle chronily skrzydla tej formacji.
Przepowiedziana sztormowa pogoda szybko sie sprawdzila, bo wpadalismy w prawdziwy westerner (sztorm z zachodu). Bosman okretowy ze swa ekipa umocowal liny wzdluz pokladu, ktore z pewnoscia uratowaly zycie niejednemu z muszacych wedrowac z dziobu na rufe czy tez z rufy na dziob.
Pomieszczenia zalogi miescily sie na dziobie, a wiec pelniacy wachte w maszynowi czy tez na rufie musieli isc pokladem zalewanym grzywaczami. W pierwszych dniach sztormu statki jakos trzymaly sie swych pozycji i wykonywaly zarzadzone zwroty, ale kiedy zmienilismy kurs kladac sie niemalze prostopadle do kierunku fali i wiatru, okret zaczal sie przechylac raptownie i niebezpiecznie z burty na burte niczym wanka-wstanka, a sila odsrodkowa demolowala wnetrza pomieszczen, kabin i mesy oficerskiej. W mesie runal ogromny stol jadalny, a wielki fotel suwal sie od sciany do sciany, taranujac wszystko na swej drodze. W jaki sposob maszynisci utrzymywali sie na nogach w ciasnocie goracej aparatury turbin i kotlowni, jest dla mnie do dzis nieodganieta zagadka. Zaloga pokladowa pelniaca wachte przy wiezach glownych dzial, przemoczona do nitki, rzucala sie do hamakow w mokrych drelichach i bieliznie. W tych pomieszczeniach ze szczelnie zamknietymi iluminatorami i zaryglowanymi wodoszczelnymi grodziami, pomimo automatycznej wentylacji panowal zaduch niemytych cial, przemoczonych ubran i niemila won dlugich gumowych butow.
Trzeciej nocy niektore jednostki powypadaly z szyku nie mogac utrzymac zarzadzonej szybkosci. Nazywalismy je straglerami - czesto padaly ofiarami czyhajacych U-Bootow. Tak sie i teraz stalo. Rankiem czwartego dnia, kiedy objalem "psia wachte" (od godziny 4 do 8), dowodca polecil uwazac na straglera pozostawionego dosc daleko za rufa. W brzasku wschodzacego slonca widac bylo szara sylwetke samotnego statku. W pewnej chwili zauwazylismy slup ognia, po czym doszedl glosny wybuch. - Dostal torpede - powiedzial sygnalista. Zwiekszylem szybkosc i skrecilem w jego kierunku, skladajac Tchorznickiemu meldunek. Przez lornetke widac bylo nieuszkodzony statek plynacy naprzod, ale nie odpowiadal na zadne nasze sygnaly. Tak jakby nikogo tam na pokladzie i pomoscie nie bylo. Zblizajac sie zauwazylismy zolta tratwe z machajacymi rekami rozbitkami. Wkrotce juz na naszym pokladzie opowiedzieli, jak to wynurzyl sie U-Boot i wystrzelil torpede, ktora wybuchla w srodokreciu. Kapitan dal rozkaz opuszczenia statku. Pospuszczali tratwy i lodzie, ale statek nie tonal i plynal nadal, tak jakby sie nic nie stalo. Jedna lodz z szescioma czlonkami zalogi wrocila na statek. - Oni tam teraz sa - tlumaczyl sie kapitan zazenowany pochopna decyzja opuszczania statku. Podeszlismy blizej. Raptem na naszych oczach wybuchla druga torpeda. Rzucalismy bomby glebinowe dla odstraszenia podwodnego korsarza. Statek chylil sie coraz nizej, pograzajac sie we wzburzonej wodzie. Znalezlismy inne tratwy i lodzie; uratowalismy cala zaloge zatopionego frachtowca.
W nastepnych dniach sztorm nieco zelzal. Niszczyciele kilkakrotnie uganialy sie za zblizajacymi sie U-Bootami. Dochodzac do Irlandii z radoscia witalismy dwa mysliwce przyslane do ochrony naszego konwoju. 21 grudnia zakotwiczylismy na redzie Milford Haven.
"Krakowiak" byl szczesliwym okretem. W sluzbie konwojowej mogl sie pochwalic utrata tylko jednego straglera i brytyjskiego trawlera, ktory zatonal w bitwie ze scigaczami. W tej nocnej potyczce "Krakowiak" doznal lekkich uszkodzen. Kilkunastu rannych marynarzy przewieziono do szpitala Krolewskiej Marynarki w Plymouth.
Zeby nalezycie ocenic zmagania w bitwie o Atlantyk, podaje fakty zaczerpniete z World Almanac of World War II, zredagowanego przez brygadiera Petera Younga.
W grudniu 1942 r., a wiec w miesiacu, o ktorym tu pisze, U-Booty zatopily 60 statkow o lacznym tonazu 330 tys. ton. W czasie calego 1942 roku poszlo na dno oceanu przeszlo 1400 statkow - 7 710 tys. ton. Na Atlantyku grasowalo 212 niemieckich podwodnych korsarzy. Ogromne alianckie straty osiagnely szczyt w marcu 1943 r., kiedy to 68% konwojowanych statkow stalo sie lupem nieprzyjaciela. Niemcy wyraznie wygrywali bitwe o Atlantyk, a tym samym wojne na zachodnim froncie. Ale juz w 3 miesiace pozniej, kiedy zwiekszono dzialalnosc lotnictwa i powiekszono liczbe eskortowcow, Niemcy poniesli katastrofalne straty (stracili 41 U-Bootow w jednym miesiacu). Bylo to poczatkiem konca ich panowania na Atlantyku. W bitwie o Atlantyk Niemcy pod koniec wojny stracili 807 okretow podwodnych z 1150 spuszczonych na wode; 85% ich zalog zginelo lub tez dostalo sie do niewoli. Ze wszystkich sil zbrojnych i oddzialow pomocniczych tylko aliancka marynarka handlowa poniosla procentowo wyzsze straty.
W bitwie tej Polacy stracili: ORP "Kujawiak" (siostrzany eskortowiec "Krakowiaka"), ktory 16 czerwca 1942 r. wpadl na mine w poblizu Malty, tracac 7 podoficerow i 6 marynarzy; ORP "Orkan" 8 pazdziernika 1943 zatonal na Atlantyku od torpedy akustycznej - zginelo 10 oficerow, 2 podchorazych i 166 podoficerow i marynarzy (uratowalo sie 43); ORP "Garland" w bitwie z lotnictwem wroga eskortujac konwoj do Murmanska stracil 22 zabitych i 32 ciezko rannych. Czesc ich pamieci.
Wedlug danych zaczerpnietych z ksiazki Stanislawa M. Piaskowskiego Okrety Rzeczpospolitej Polskiej 1920-1946. Album planow - "Krakowiak" przeplynal 146 tys. mil morskich; odbyl 40 patroli, stoczyl 5 walk z okretami nawodnymi, wykonal 13 atakow na okrety podwodne, odparl 24 ataki lotnicze, przeprowadzil 197 konwojow przybrzeznych i 9 atlantyckich, wzial udzial rajdzie na Lofoty (Boze Narodzenie 1941 r.), w desancie na Sycylie, w akcjach na Morzu Egejskim. W czasie inwazji Normandii ostrzeliwal niemieckie baterie nadbrzezne, wspierajac oddzialy brytyjskie alianckich sil desantowych.
Szczesliwy okret!