[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 19 marca 2004


JERZY R. KRZYZANOWSKI

Ciocia
Buba

Chcesz posluchac, jak sie tu znalazlam? To bardzo dluga i skomplikowana historia, ale jesli chcesz, jesli cie to zabawi, to chetnie opowiem jeszcze jeden przyczynek do historii polskich losow. Wiec sprawa zaczyna sie od mojej przyszywanej ciotki, Buby Schwarzensehr. Nie zadna Szwarcenzerowna, uwazasz, tylko autentyczna Schwarzensehr, a w dodatku istotnie bardzo, bardzo czarna. Z tym jej nazwiskiem to w ogole byla heca. Jej ojciec, powazny kupiec ze Sknilowa, nazywal sie Szwarcenberg i nikomu to nie przeszkadzalo, dopoki Buba nie poszla do szkoly. Bo tam kolezanki z miejsca zaczely ja nazywac Szwarcenbergowna, a kiedy ze lzami protestowala i prosila, zeby mowic Szwarcenberzanka, od razu przesmiewczo zwracaly sie do niej "kolezanko-Szwarcenberzanko". Wiec kiedy poszla na uniwersytet, zalatwila sobie oficjalnie zmiane nazwiska na Schwarzensehr i tak juz zostalo. To wszystko jest wazne, zapamietaj kazdy szczegol, jesli chcesz moje dzieje zrozumiec. Otoz ciocia Buba, bliska kuzynka mojej mamy, pare lat przed wojna skonczyla stomatologie na Uniwersytecie Jana Kazimierza i zaczela rozgladac sie za praktyka. Ale we Lwowie zydowskich dentystow bylo jak psow, nie miala szansy. A wtedy ktos jej poradzil, zeby sie osiedlila w jakims malym miasteczku, najlepiej tam, gdzie stoi wojskowy garnizon, bo to potencjalna baza pacjentow. Ciocia, nie w ciemie bita, posluchala i pojechala gdzies na Podole, do jakiegos Czortkowa czy Trembowli, czy jak sie tam te dziury nazywaly, i w ciagu pierwszych dwoch miesiecy zrobila furore. Nie tylko jako dentystka, to trzeba od razu powiedziec, bo byla, bestia, sliczniutka. Mala, zgrabna jak laleczka, czarne wlosy i sniada buzia, usmiech bialych zebow jak reklama pasty Colgate, poczucie humoru i umiejetnosc trzymania mezczyzn na dystans, wszystko to spowodowalo, ze ciocia Buba zostala niejako maskotka garnizonu. I to calkiem pokaznego. Nie znalam sie wtedy na tych rzeczach, ale slyszalam, ze stali tam i ulani, i artylerzysci, i szara piechota, i saperzy jacys, jednym slowem kupa chlopa pod wodza calej chmary podporucznikow, porucznikow, wszystkich tych z laski oficerskiej pragmatyki kawalerow tylko marzacych na tym, za przeproszeniem, zadupiu, o dziewczynie. I oto nagle w srodku miasteczka, przy samym rynku, otwiera gabinet mloda, piekna i samotna panna... A w dodatku inteligentna, wygadana, sympatyczna - jednym slowem: cudo. Padla wtedy na te miescine epidemia chorob zebow, zglaszali sie w kolejce najprzystojniejsi mlodzi oficerowie, a i starszych, kapitanow i majorow, nie zabraklo. Ciocia Buba zaczela robic blyskawiczna kariere, a jej konto na ksiazeczce PKO roslo z szybkoscia promieni swietlnych. Ale, wyobraz sobie, nic z tych rzeczy. Owszem, byla mila, a nawet urocza dla wszystkich pacjentow, nie odmawiala zaproszen na tenisa czy pulkowe bale i uroczystosci, zawsze jednak, wszedzie, trzymala sie na odpowiednia odleglosc, na dansingi do jedynej w miasteczku restauracji nie chodzila, tlumaczac sie nadmiarem pracy. I rzeczywiscie, w oknie jej gabinetu swiecilo sie do poznej nocy, przed domem czekali luzacy z konmi, a potem szoferzy wojskowych lazikow, plotki, a nawet intrygi pan oficerowych ani starych, miejscowych dentystow nie skutkowaly, powodzenie cioci Buby jako kobiety i jako lekarza trwalo i roslo. To, ze byla Zydowka, nie zmniejszalo jej atrakcyjnosci. Ostatecznie, mimo wszystko, Polska byla wtedy demokratycznym krajem.

No, oczywiscie, z poczatku byly problemy, i to niemale. Proby ostracyzmu towarzyskiego, bojkotu, ale wszystko zalatwila pomyslnie jej uroda. Zaraz w poczatkach pierwszego karnawalu przyjechal taki przystojny, mlody rotmistrz z zaproszeniem na bal pulkowy. Odmowila, powiedziala, ze nikogo tam nie zna. W trzy dni pozniej dowodca pulku przyslal adiutanta z oficjalnym zaproszeniem. Podziekowala, ale powiedziala, ze nie skorzysta. No i wyobraz sobie, nazajutrz podjezdza powozem sam pan pulkownik od ulanow, przynosi bukiet chryzantem i prosi, zeby laskawie zechciala przyjsc, ratowac zdrowie i zycie jego podkomendnych, mlodszych oficerow. Byl to wielki oryginal, jak sobie tylko popil, to spiewal w kasynie My Pierwsza Brygada, Pilsudskiego dziada, ale ze byl wyjatkowo zdolny i zasluzony, nic mu nikt nie zrobil. Wiec Buba ubrala sie w dluga czarna suknie, poczekala na rotmistrza, pojechala. Posadzil ja miedzy soba a drugim rotmistrzem, takim sympatycznym mlodzikiem, ktory przez caly czas obiadu chwalil sie, ze wlasnie zostal dowodca szwadronu, a Buba, chociaz nie wiedziala, co to szwadron, serdecznie mu gratulowala i czekala, co dalej z tego wyniknie. A wszystkie te baby mierzyly ja nie tylko krytycznym, ale nawet wrogim spojrzeniem, a ona nic, usmiechala sie czarujaco i flirtowala z obu sasiadami. Zaraz po obiedzie wstal przybyly ze Lwowa general, dowodca dywizji, sklonil sie przed autentyczna hrabina, ktora miala, jak to sie mowi, wlosci i zamek w okolicy, podal jej ramie i poprowadzil w uroczystym polonezie. A kiedy siedli, podniosl sie sam pan pulkownik, smukly, siwy, w krasie orderowych wstazeczek, pruje przez cala szerokosc sali balowej kasyna wprost do Buby i kiedy tylko orkiestra zagrala walca, najuprzejmiej ja do tanca zaprasza! Sala wprost zamarla, a oni sami raz i drugi okrazyli parkiet, pozornie nie zwracajac uwagi na wrazenie, jakie zrobili, gdy wtem hrabina zaczela klaskac, przylaczyl sie general, potem inni, podniosly sie liczne pary, walc zawirowal jak szalony, a Buba zostala bohaterka wieczoru. Hrabina zaprosila ja na weekend do swojego palacu czy zamku, przyslala potem po nia lando i witala w progu jak dobra znajoma... Nie wiesz, co to lando? No, to taki szeroki powoz z drzwiczkami, moze widziales na kronice filmowej, jak krol Jerzy takim jezdzi? Tak czy inaczej, kariere miala zalatwiona. Nikt co prawda nie myslal sie z nia zenic, nasi wojacy tylko do innych rzeczy byliby pierwsi, a i ona nie miala ochoty niczego na razie zmieniac. Tak bylo dobrze.

Bo, widzisz... Dla niej to byly srodki do celu. Nie miala zamiaru ani wychodzic za maz, ani nawet wiazac sie z nikim, jedyna jej pasja, marzeniem, celem byly podroze. Urodzona i wychowana w malym podlwowskim miasteczku, takim, jakie dzisiaj nazwalibysmy gettem, od dziecka o jednym tylko myslala - zeby sie stamtad wyrwac. Kochala swoich rodzicow, byla posluszna i uczciwa, ale na dnie jej duszy jedna tkwila tylko mysl - uciec. Pojechac w szeroki swiat. Juz w szkole pasjonowala sie powiesciami podrozniczymi, Robinsona Cruzoe i Karola Maya znala niemal na pamiec, inne dziewczynki smialy sie z niej, ze ma takie chlopiece zainteresowania, a Buba nic, tylko nos w ksiazke i ruszala w kolejna podroz. Ona jedna w tej miescinie miala prawdziwy globus, ktory moj ojciec przyslal jej na urodziny, wodzila palcem po tym globusie i wykrzykiwala, ze tam a tam pojedzie... A zaraz po maturze przeniosla sie do Lwowa, jakis czas nawet u nas mieszkala, ale znowu - nic ja poza studiami na razie nie obchodzilo, chciala jak najszybciej skonczyc, usamodzielnic sie i... tak, oczywiscie podrozowac. W dodatku do tej swojej dentystyki chodzila takze na romanistyke, doskonalila francuski, a niemiecki znala jeszcze z domu i z gimnazjum. Ciezko pracowala, starala sie, biedna, jak mogla. Nie wiem, czy slyszales, ze u nas na UJK sytuacja studentow zydowskiego pochodzenia nie byla latwa, mlodziez z Obozu Narodowo-Radykalnego domagala sie lawkowego getta, byly demonstracje, a nawet szykany, ale to juz po jej dyplomie, wtedy, kiedy to my z Zocha poszlysmy na studia. No nic, na tych petakow mialysmy swoje sposoby, ale to juz nie nalezy do tej historii. Bo ciocia Buba skonczyla w trzydziestym piatym bodajze i od razu wyjechala na to swoje Podole, o ktorym ci juz opowiadalam.

Pierwsza podroz, do wysnionej Francji, odbyla zaraz po pierwszym roku praktyki. Na lato, kiedy wojsko wyruszylo na manewry, zamknela gabinet, spakowala mala walizke i poplynela w swiat szeroki. Wracajac po miesiacu, wstapila do nas i jak dzis pamietam zapach jej perfum Chanel 5, jej wspaniale kosmetyki, jej paryskie kreacje, piosenki, jakie stale podspiewywala. Bylam wtedy jeszcze w gimnazjum, ale oszalalam z zazdrosci, powiedzialam sobie, ze ja tez kiedys musze miec to wszystko, ubierac sie i pachniec jak ona, chociaz daleko mi bylo do jej wspanialej urody... Nie przerywaj, wiem, co mowie. Bo sam widzisz, dokad zaszlam - wojskowy mundur, fartuch i czepek pielegniarki to dzisiaj szczyt moich ambicji, ale dzieki temu jestem przy tobie, Stasinku moj najmilszy.

Ale wracajmy do cioci Buby. Przyjechala z tego Paryza, swoje cudowne ciuchy ukryla pod bialym fartuchem, znowu po dziesiec, dwanascie godzin dziennie stala przy dentystycznym fotelu, pozostala uprzejma, a nawet urocza dla wciaz rosnacego grona pacjentow-wielbicieli, wciaz pilnujaca rosnacego na ksiazeczce konta, juz gotowa do nastepnego wyjazdu, nastepnego lata... Pojechala wtedy do Wloch, zwiedzila wszystko, co bylo do zwiedzenia - od Mediolanu po nasz ten tutaj Neapol, a nawet dalej, wybrala sie na wycieczke na sycylijska Etne. Byla oczywiscie w Watykanie, a jakze, a gdyby mogla byla przewidziec przyszlosc, na pewno wstapilaby do opactwa na Monte Cassino... Ale komu to moglo wtedy przyjsc do glowy? Wiec w rok pozniej byla Hiszpania i Majorka, a na wakacje w trzydziestym dziewiatym wybrala Karaiby. Bo z oddali, ani chybi, jada straszni Karaibi, znasz ten wierszyk? I tam ja dopadlo - nie straszni Karaibi, ale wiadomosc o wybuchu wojny. Zostala odcieta.

Uwazala za swoj obowiazek wrocic, wlaczyc sie, ale nim zdazyla zalatwic transatlantyckie polaczenie, bylo juz za pozno, wojna w Polsce zostala rozstrzygnieta, jej wspaniali ulani i artylerzysci znalezli sie w oflagach albo, w najlepszym wypadku, we Francji; tam wiec od razu pospieszyla. Na szczescie w Paryzu spotkala kilku dobrych znajomych, ulanow z Podola, z rotmistrzami i pulkownikiem na czele, ten z kolei polecil ja wyzej, do samego Sikorskiego, a premier przekazal ja ministrowi Stronskiemu, temu od informacji. Stary endek, ale byl na tyle dobrym romanista, ze ocenil zalety bylej studentki profesora Czernego jako osoby swietnie znajacej francuski i niemiecki, dostala wiec polecenie zorganizowania opieki zdrowotnej dla zolnierzy i cywilow rzuconych losami wojny do la douce France, a kiedy ta wymarzona latami kraina niechlubnie skapitulowala, ciocia Buba znalazla sie w Szwajcarii, gdzie w cieniu Alp od dobrych juz paru lat rezydowal i prosperowal kuzynek Szapiro, a ona mogla kontynuowac swoja nie tyle stomatologiczna, co patriotyczna dzialalnosc jako specjalny wyslannik rzadu polskiego na wychodzstwie w tym neutralnym kraju. Tam dowiedziala sie o nas.

Widzisz, ja wtedy we Lwowie cos niecos wiedzialam o tobie, ale nie chcialam sie wtracac, utrudniac ci sytuacji. Bo nasza rodzina byla niejako w centrum sowieckiej uwagi, wiec kazdy kontakt musialby byc zarejestrowany tam u nich, na Pelczynskiej. Tata udawal chorego, przyjmowal sowieckie delegacje i staral sie byc dla nich najuprzejmiejszy, koniakiem francuskim czestowal i wyrazal prawdziwy zal, ze niestety stan zdrowia mu nie pozwala na nic wiecej, podczas gdy Zocha zwiazala sie z tymi typami, aktywistka, niemal prawa reka Wasilewskiej, wstyd i hanba. A ja siedzialam cichutko, utrzymywalam moje kontakty zarowno z harcerzami, jak i z batiarami, wiedzialam, co sie dzieje, ale nie chcialam sie ani wlaczac, ani tym bardziej wychylac. Totez kiedy ciocia przyjechala jako oficjalna przedstawicielka Miedzynarodowego Czerwonego Krzyza do spraw Uchodzcow i zaproponowala mi miejsce w swojej delegacji, bylam na tyle czysta, ze Ruscy dali mi wize wyjazdowa na tym ichnim paszporcie Ukrainskiej Socjalistycznej Sowieckiej Republiki, jaki wszyscysmy musieli przyjac, sam pamietasz, prawda? I tak wyjechalam w maju czterdziestego pierwszego, na miesiac przed niemiecka inwazja.

Pytasz, co z moimi? Ano daja sobie rade. Tate kokietowali, kokietowali, a kiedy zrozumieli, ze jest nieprzekupny, zwyczajnie wsadzili do transportu i wywiezli na biale niedzwiedzie. Nie darmo zawsze powtarzal: timeo Danaos et dona ferentes, a potem to juz tylko, ze homo homini lupus. Zocha wyjechala wczesniej do Moskwy, akurat tak jej wypadlo, zreszta - czy ja wiem? Zostala tam ze swoja ukochana towarzyszka Wandeczka, pomogla potem rodzicom przyjechac z tego uralskiego posiolka, dokad ich wywieziono, papa wlaczyl sie ostro w prace Zwiazku Patriotow Polskich, gdyz, jak mi sam napisal, tempora mutantur et nos mutamur in illis. Razem z Berlingiem budowal potem te ich armie polska, nie wiem, co naprawde mysli, ale jednego jestem pewna, ze chce ocalic jak najwiecej ludzi, pomoc im wrocic, kiedy bedzie mozna, bez wzgledu na to pod jakimi sztandarami. Jak juz raz znajda sie poza granicami Sojuza, beda mogli sami za siebie decydowac, na razie najwazniejsze dla niego jest to, zeby ich stamtad wydobyc. Na tyle go znam. Z Zocha podobno nawet gadac nie chce, oburzony jej przekonaniami i dzialalnoscia, ale szczerze mowiac nie jestem wcale pewna, czy to takze i z jej strony nie jest taktyka wydobycia sie z tamtego piekla... Cholerny, cholerny swiat.

Bo ja mialam szczescie. Ciocia usadowila mnie w Genewie, w tej ich misji czy placowce, czy jak sie to tam nazywalo, a ja jak sie dowiedzialam, ze wyladowaliscie we Wloszech, rzucilam wszystko, ucalowalam ja najserdeczniej, zglosilam sie do wojska jako ochotniczka i voila, siedzimy sobie nad najpiekniejsza na swiecie zatoka, patrzymy na Capri i jestesmy razem. I czy to nie najwazniejsze? Daj mi jeszcze wina.

Fragment przygotowywanej do druku nowej powiesci.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail