Redaktor
Boleslaw Wierzbianski
W pierwsza rocznice smierci
Boleslaw Wierzbianski lubil powtarzac (wowczas powiedzielibysmy - do znudzenia; dzisiaj - aby dobrze zapamietac), ze kiedy on przyjechal w latach 50. do Stanow Zjednoczonych, ukazywalo sie tu dziewiec polskich dziennikow. Nie mowiac naturalnie o tygodnikach, miesiecznikach czy innych periodycznych wydawnictwach. "Dzis zostalismy tylko my - przypominal nam, czlonkom zespolu Nowego Dziennika - w Nowym Jorku i Dziennik Zwiazkowy w Chicago". Ale chicagowska gazeta ma oparcie w Zwiazku Narodowym Polskim, bardzo zamoznej instytucji ubezpieczeniowej. Nowy Dziennik byl i jest jedyna prawdziwie samofinansujaca sie gazeta.
Mial niewatpliwie poczucie misji, zywil doglebne przekonanie, ze trzeba te gazete wydawac, jesli polska emigracja wojenna i powojenna, jesli jego osobista emigracja ma miec sens. Gazeta sluzy wielorakim celom, ale dla niego jednym z wazniejszych bylo wydawanie pisma codziennego bedacego narzedziem organizowania Polakow i mobilizowania ich nieustannie do tego samego, czemu sam poswiecil zycie: walce z dziedzictwem Jalty. Dla Boleslawa Wierzbianskiego byl to ogromny problem.
Byc moze - jak na wielu emigrantach - ciazylo na nim conradowskie poczucie winy, ale w prawie dwudziestoletnich kontaktach z nim nie spostrzeglem takiego kompleksu. Moze nie zauwazylem, tak jak sie niemal nie rejestruje nieustannie tej samej, oczywistej codziennosci. W kazdym razie do kwestii tej powracal uporczywie. Nie tylko napisal oryginalny jak na owczesne czasy "reportaz z przeszlosci" Teheran - Jalta - Poczdam, cala ksiazke poswiecona przetargom o Polske miedzy wojennymi sojusznikami, ale tez w codziennym pisarstwie zawziecie przypominal o tamtych fatalnych decyzjach i koniecznosci dzialan politycznych zmierzajacych do zniweczenia skutkow jaltanskiego porzadku. Przecietny czytelnik Nowego Dziennika zapewne nie zauwazyl, ile razy w komentarzach politycznych Wierzbianskiego - poczatkowo pisanych tylko przez niego i podpisywanych "bw", potem na przemian ze mna - powtarzala sie sprawa Jalty, alianckiej zdrady wojennego sojusznika. Przypominal o niej niemal obsesyjnie przy najrozmaitszych okazjach.
Trzeba te gazete wydawac - uwazal Wierzbianski - w ciezkiej walce o utrzymanie sie na rynku, na przekor obojetnosci, marazmowi czy biernosci mas polonijnych. Te walke o uznanie i zrozumienie, o poparcie prowadzil od poczatku istnienia gazety. Odkad pamietam, od poczatkow lat 80. wydawanie gazety bylo wlasnie ciezka walka - takze ze sprzetem, bo na najnowoczesniejszy nie bylo nas stac. W malej komorce w redakcji przy 38 Ulicy miedzy 5 a 6 Aleja stala na jednej nozce mala, pracowicie terkoczaca maszynka z walkiem do drukowania wiadomosci agencji Reutersa. I to przez lata byl caly nasz kontakt z wielkim swiatem. Zmudnie przez 24 godziny na dobe wywalkowywala z siebie dziesiatki metrow biezacych informacji drukowanych na dlugiej papierowej tasmie - waznych i blahych. Przedzieranie sie przez ow gaszcz bylo nie lada sztuka. Naturalnie kupowalo sie codzienne gazety amerykanskie i londynski Financial Times. Od redaktora Wierzbianskiego nauczylem sie czytac i cenic te gazete, wiec i dzisiaj w zmienionych warunkach codziennie ja kupuje i uwaznie czytam.
Polskie pisma krajowe ogladalismy rzadko. Po prostu ich nie bylo, docieraly nieregularnie, a poza tym w czasach PRL-u nie ufalismy im. Nie byly wiec specjalne przydatne jako material do redagowania polskiej gazety w Nowym Jorku.
Walczyc trzeba bylo o jak najlepsza gazete wydawana przy pomocy bardzo szczuplego zespolu, bo na zatrudnienie wiekszej liczby osob firma nie mogla sobie pozwolic. Poza tym w istocie ciagle nie bylo ludzi kwalifikowanych do wykonywania roznorodnych dziennikarskich zadan. Walczyc trzeba bylo o zdobywanie ogloszen, z ktorych kazda gazeta zyje, bo polskie biznesy w latach 80. (nie mowiac juz o 70.) byly nieliczne i niewielkie. Poza tym trzeba bylo przelamywac ich niechec do oglaszania sie - "bo po co, i tak wszyscy wiedza o moim sklepie... firmie... uslugach...".
Prowadzic trzeba bylo te zmagania w glebokim poczuciu, jakie redaktor Wierzbianski bezsprzecznie podzielal, beznadziejnego scierania sie z nieuchronnymi procesami dziejowymi, ktore sprawiaja, ze polska gazeta jest wlasciwie potrzebna tylko pierwszemu pokoleniu emigrantow; drugie pokolenie juz po polsku nie czyta (nie umie, nie chce, nie interesuje sie). Stad jego ciagla pamiec o wielosci dziennikow polskich dawniej w USA i procesie ich zanikania wraz z roztapianiem sie wielkich rzesz emigracyjnych w spoleczenstwie amerykanskim, a takze - wraz z przepascia generacyjna: emigracja wojenna nie czytala pism "starej Polonii" - i odwrotnie. Dlatego upadl Nowy Swiat - wielkie codzienne pismo Polakow w Nowym Jorku, bowiem przedstawiciele emigracji powojennej niechetnie po nie siegali. Na jego bazie powstal Nowy Dziennik - gazeta o odmiennej formule, zasadniczo adresowana do emigracji przybylej do USA po 1945 r., choc naturalnie starala sie zjednywac wszystkich.
Boleslaw Wierzbianski mial zywa swiadomosc tych procesow, dlatego od razu zorientowal sie, ze wraz z naplywem nowej fali emigracyjnej z Polski albo Nowy Dziennik podzieli los Nowego Swiata - wraz z zanikaniem odbiorcy zacznie powoli tracic grunt, albo przedluzy swoj zywot, ale musi dostosowac sie do nowych okolicznosci. Zaczal przyjmowac ludzi z tzw. emigracji solidarnosciowej; w polowie lat 80. w redakcji gazety pracowali juz tylko najnowsi przybysze.
W powyzszych uwagach uzyte slowo "walka" brzmi heroicznie. W istocie w pracy tej trudno bylo dopatrzyc sie heroizmu. Byl to nieefektowny, codzienny mozol, nudny, uciazliwy kierat, w ktorym krecilismy sie wszyscy, aby wydac nastepny, mozliwie jak najlepszy numer. W zmeczeniu, czestym zniecheceniu, codziennych troskach latwo zapominalismy o wielkosci dziela, ktore wspoltworzymy.
Z tej specyfiki Nowego Dziennika w polskim srodowisku Nowego Jorku oraz okolic, i z przekonan politycznych (w najszerszym sensie tego slowa) redaktora Wierzbianskiego wynikala swoista polityka pisma na co dzien. Chyba podstawowa zasada bylo nieantagonizowanie srodowiska. Nie wolno jatrzyc i zrazac ludzi do siebie. Nie nalezy brac strony w lokalnych sporach. Gazeta nie jest od tego; zadaniem pisma jest wystepowanie w roli rozjemcy, stwarzanie forum scierania sie odmiennych pogladow oraz dawanie szansy na wykrystalizowanie sie wspolnych opinii. Krotko mowiac, ma sluzyc porozumieniu i dialogowi, a nie podsycaniu konfliktow, rozpalaniu namietnosci. Gazeta, nawet mala, jest potezna bronia i nie wolno jej uzyc przeciwko komus tylko dlatego, ze ma odmienne poglady i holduje odmiennym wartosciom.
Boleslaw Wierzbianski, pilsudczykowski socjalista, zorganizowal w ciasnym pomieszczeniu redakcyjnym Nowego Dziennika uroczyste spotkanie z okazji 75. rocznicy urodzin Jerzego Panciewicza, znanego, zasluzonego dziennikarza, jednego z wybitnych przedstawicieli Narodowej Demokracji. Bylo to w maju 1989 r. "Endekiem sie czlowiek po prostu rodzi - kwitowal pytania i zastrzezenia co do slusznosci obchodzenia tej rocznicy wlasnie w Nowym Dzienniku, gazecie o zupelnie odmiennych zalozeniach ideowych. - Na to nic nie mozna poradzic, jak na zadarty nos czy piegi na twarzy. To sie po prostu ma z urodzenia" - zartowal ze swych politycznych adwersarzy. Ale oddawal im sprawiedliwosc. Do czolowych publicystow Nowego Dziennika nalezal Wojciech Wasiutynski, jeden z nielicznych komentatorow politycznych, ktory mial u nas wlasne stale miejsce. To takze wielka postac dziennikarstwa polskiego i polskiej mysli politycznej, i on takze wyrazal poglady obozu Narodowej Demokracji, co nikomu nie przeszkadzalo. Przeciwnie, wzbogacalo gazete.
Bylo w niej miejsce dla wszystkich, no niemal wszystkich. Na lamy nie mieli wstepu przedstawiciele rezimu PRL, choc przychodzili do redakcji prywatnie, jak na przyklad mlody stypendysta Uniwersytetu Columbia, pozniejszy premier i dzisiejszy minister spraw zagranicznych Wlodzimierz Cimoszewicz. Ale i dla nich redaktor Wierzbianski znajdowal czas na rozmowy; nic chyba nie bylo mu tak wrogie, jak sekciarstwo jakiegokolwiek autoramentu. Gazeta jest dla wszystkich, jest otwartym miejscem wymiany pogladow i opinii.
Tej politycznej zasadzie towarzyszylo przekonanie o skutecznosci osobistych kontaktow w lagodzeniu sporow i konfliktow. Boleslaw Wierzbianski byl ciagle bardzo zajety, nie mial wiele czasu na pisanie. Jego codziennoscia w redakcji byly glownie spotkania z ludzmi z polskich srodowisk (ale do tego dochodzili liczni goscie poczytujacy sobie za punkt honoru wizyte w Nowym Dzienniku i rozmowe z redaktorem naczelnym), duzo rozmawial przez telefon, pisal listy - przekonywal, perswadowal, tlumaczyl, lagodzil zapalczywych. Czesto wychodzil na spotkania poza redakcja.
Trudno jest pisac wspomnienie o czlowieku, ktorego spotykalo sie codziennie, pozostawalo z nim wlasciwie w nieustannym kontakcie. Czy istnial wiec Boleslaw Wierzbianski poza Nowym Dziennikiem? Naturalnie. Mial znakomite kontakty w srodowiskach amerykanskich i w Organizacji Narodow Zjednoczonych. Z zaangazowaniem dzialal w kilku roznorodnych stowarzyszeniach, byl m.in. czlonkiem Zgromadzenia Europejskich Narodow Ujarzmionych, z jego inicjatywy powstala Miedzynarodowa Federacja Dziennikarzy Zawodowych.
Byl czlowiekiem niezmiernie towarzyskim. W bardzo wielu przypadkach zatarciu ulegala granica miedzy sluzbowym obowiazkiem obecnosci na jakiejs imprezie a osobista przyjemnoscia spotkania sie z ludzmi, porozmawiania, wymiany pogladow. Wierzyl swiecie w znaczenie wiezi osobistych, przedkladajac je ponad formalne kontakty. Bywal tedy na wszelkiego rodzaju spotkaniach i imprezach w srodowisku polskim w Nowym Jorku. Przychodzil na nie takze w przekonaniu, ze redaktor gazety, ktorej zywot tak bardzo zalezy od srodowiska, musi w tym srodowisku bywac. Czynil to zawsze z przyjemnoscia, po prostu lubil spotykac sie ze znajomymi, porozmawiac przy lampce (dobrego) wina o tym, co kogo nurtuje czy gnebi; chcial tez wiedziec, co czytelnicy mysla o gazecie.
Organizowal rowniez spotkania u siebie w mieszkaniu - a to przyjecie "na stojaco" z udzialem wielkiej liczby gosci, a to bardziej formalny obiad w mniejszym gronie - zawsze z jakiejs okazji i zwykle ta okazja byl przyjazd kogos znaczacego lub interesujacego z Polski czy ze swiata.
Jeszcze mniej formalny byl Boleslaw Wierzbianski w swoim letnim domu daleko na Long Island. Wsrod drzew i kwiatow wraz z zona Barbara zawsze chetnie przyjmowal gosci. Na dlugim stole stojacym na tarasie wraz z zapadaniem wieczoru pojawiala sie wielka rozmaitosc przygotowywanych czesto przez niego dan, potraw i napojow.
I byl Pan Boleslaw juz slabnacy. Zmagal sie z dolegliwosciami i boczyl na nie jak na obce cialo, skrywal je jak wstydliwa przypadlosc, ktora jemu, czlowiekowi zawsze na miejscu i z klasa, po prostu nie przystoi. Gdy za bardzo mu dokuczaly, zamykal sie w swoim gabinecie i pracowal nie ruszajac sie od biurka. Kiedy czul sie lepiej, chodzil po redakcji, wdawal sie w dluzsze pogawedki, albo po prostu tylko zamienial kilka slow o podstawowych sluzbowych sprawach.
Redakcja od poczatku lat 90. znalazla sie we wlasnym domu - na tej samej 38 Ulicy, ale juz daleko od 5 Alei. Nad utrata prestizowej lokalizacji redaktor Wierzbianski nieustannie ubolewal. Nowy, wlasny dom, choc obszerny, nie ma windy i po schodach, ktore z wiekiem staja sie coraz wyzsze i bardziej strome, Boleslaw Wierzbianski, juz mocno w latach i schorowany, wspinal sie, chodzil z pietra na pietro, rozmawial z nami, wypytywal o sprawy wazne i mniej wazne, zawsze ponaglany tym samym przeswiadczeniem o znaczeniu osobistych kontaktow. I uporczywie trzymal sie tej zasady, az choroba uniemozliwila mu przychodzenie do pracy w ogole.
Czeslaw Karkowski
|