JAROSLAW ABRAMOW-NEWERLY
Blekitna
chusteczka
Czulem, ze program jest w deche i bylem dobrej mysli. W radiu nadali Marzenie milosne Liszta, a ono zawsze przynosilo mi szczescie, odkad pierwszy raz je uslyszalem we francuskim filmie Symfonia pastoralna, w ktorej Pierre Blanchard wystapil w roli wielkiego pianisty, a piekna i tajemnicza Arletty w podwojnej roli jego niegdysiejszej kochanki i nieslubnej corki. Ten melodramat zrobil na mnie wrazenie. Mama znala moj przesad i gdy slyszala Liszta w radiu, wolala: - Jarenku! Bedziesz mial szczesliwy dzien! Dzis tak zawolala...
Po Prostaczkach wyrobilismy sobie marke i sala szybko zapelniala sie. Wciaz nadchodzili nowi goscie. Procz dostojnikow z listy walili nowi, nie mowiac o kumplach i stalych kibicach. Wpuszczalismy ich, bo biegali potem po miescie i robili reklame. Zadna recenzja nie rownala sie z ta szeptana propaganda. Mielismy juz zastep tych plotkarzy i snobow, ktorzy na premierze w STS-ie chcieli sie otrzec o wiele slaw. Najgorzej, ze dla slaw zabraklo miejsc i w pospiechu dostawialismy im krzesla. Wkrotce i dostawek zabraklo, tak ze ludzie stali pod scianami lub siadali na ziemi. Wazne, ze byli i oczekiwanie roslo. Nie ma jak tramwajowy scisk! Dziala jak narkotyk. Oni ciesza sie, ze sie wepchneli, naszym radosc sie udziela i obie strony graja jak w transie! - myslalem. Premiera opozniala sie. Zniecierpliwiona publicznosc zaczela klaskac. Czekalem, kiedy ukryty za kulisami Markusz da znak, brygadier sceny Andrzej Drawicz machnie na Tadzia Adamkowskiego, ten szarpnie za kurtyne, Marek Lusztig zagra uwerture i Konfrontacja poleci.
Gdy sie zaczela, sledzilem ja w napieciu. Widownia rozgrzewala sie. Kazdy tekst szedl na brawach, a w miare zblizania sie do konca reakcja sali rosla. O final bylem spokojny.
Tego jednak, co dzialo sie na Salve regina, nie moglem przewidziec. Pierwszy raz uczestniczylem w takiej zbiorowej ekstazie. Oczywiscie po slowach "lecz jeden facet byl pierwszy" zerwal sie ryk smiechu i wszyscy patrzyli na Iwaszkiewicza, ktory szczerzyl swa potezna szczeke i kiwal z uznaniem lysina. Kiedy na zadanie: - Bis! - Leszek Biskup powtorzyl ostatnie zwrotki, zaczeto skandowac: - Autor! Autor! Autor! Wypchniety na scene Andrzej nerwowo dopinal marynare i klanial sie sztywno, wznoszac wysoko glowa na cienkiej szyi. Jego speszona twarz z zabkiem niesfornych wlosow nad czolem wzbudzila nowy szal: - Brawo! Brawo! Boze! Jaki mlodziutki ten Jarecki! I taki zdolny - wzdychaly panie. Stary byl w szoku. My tez. Nie sadzilismy, ze smietanka towarzyska Warszawy z Iwaszkiewiczem na czele zgotuje mu taki frenet. Wiekszy niz krolowej belgijskiej. Nazajutrz kawiarnia ZLP, SPATiF i Klub Dziennikarzy huczaly. Tylko o balladzie Jareckiego w STS-ie mowiono, a telefony do kasy urywaly sie. Co glos - to inna slawa chciala przyjsc, bo slyszala, ze program ostry. Najgorsi byli ci, co najglosniej o tym paplali. Wciaz dziwili sie: - Ze tez wam tak duzo puscili. To niebywale! Nie lubilem tych uwag i gdy po raz ktorys je slyszalem, pytalem: - A dlaczego pan nie mowi, ze tak malo nam puscili!? Tylko dziwi sie, ze tak duzo!? - Ja z dobrego serca, panie Jarku - mitygowal sie rozmowca. - Ja wiem. I dlatego trzeba mowic, ze malo, bo jak duzo, to zdejmuja jak Stanczyka. Robi sie smrod i afera! - No, tak, tak. Ma pan racje. Ja z czystej sympatii do was...
I z czystej sympatii nam szkodzil...
Moje Kawiarniane dialogi przyjeto dobrze. Gdy Adam Dolinski rzucil puente: - No, Daneczku, jestesmy przygotowani na powitanie V Festiwalu Mlodziezy i Studentow pod kazdym wzgledem - zebral najwieksza smietane. Potem Danek Szczechura smial sie: - Co ty, Jareczku, tak sie mnie czepiles. I zrobiles ze mnie handlarza lampek liliputow. Nie wiedzialem, zes taki koles...
Gratulacje zebralem jednak, o dziwo, za tekst Ksiezyca. Kazimierz Rudzki wzial mnie pod pache: - No, panie Jarku - wzniosl oczy w gore - panski ksiezyc to male arcydzielko! Powaznie. Ta meska twarz w kolku!? Bomba! Chce o tym napisac w dwutygodniku Teatr. Mam nadzieje, ze pan nie wzgardzisz mem skromnem piorem i raczysz laskawie przeczytac. Bylbym szczerze zobowiazany. Prosze przekazac kolegom ode mnie i mojej malzonki Wali najlepsze slowa uznania. No, a panski przyjaciel Jarecki!? - urwal i spojrzal na mnie. - W najlepszej tradycji, powiedzialbym! W najlepszej! Tuwim, Hemar, Konrad Tom. Serce rosnie, mocium panie, ze taka mlodz w Polszcze mamy...
Wladyslaw Szpilman spytal mnie: - To pan napisales te muzyczke do tej operetki? - Ja - odparlem. - Bardzo zem sie usmial. I wazne, ze jest w stylu. W stylu, prosze pana. Styl jest wazny. Pan zes go pierwszorzednie uchwycil. Masz pan do tego wyrazna smykalke...
Jako muzyczny prawdziwek nie moglem oczekiwac wiecej...
Jerzy Jurandot wlasnie swiezo objal dyrekcje Syreny na Litewskiej i powiedzial, ze jesli cenzura mu pusci, to chce nasza operetke przeniesc i wlaczyc do satyrycznej skladanki, ktora szykuje. W zwiazku z tym prosil nas z Andrzejem na rozmowe do teatru.
Redakcja Szpilek zwrocila sie o tekst Kawiarnianych dialogow, ktore wkrotce opublikowala. Byl to moj literacki debiut. Nie ja, a oni mnie prosili. Jak wydawnictwo Czytelnik Witka Dabrowskiego. Teatr zadzialal. Po zywym odbiorze na sali - druk w prasie wydal mi sie martwy. Nie uwazalem go juz za taki zaszczyt i wieksza radosc sprawilo mi honorarium, w ktorym tez debiutowalem.
Z naszych aktorow najwiekszy sukces odniosl Leszek Biskup, ktory zwrocil na siebie powszechna uwage. Wszyscy pytali: - Skad zescie tego Biskupa wzieli!? To aktor? - Student historii sztuki. Usuniety z PWST po pierwszym roku. - Cos takiego!? Niemozliwie - dziwili sie. Leszek wiec mial prywatna satysfakcje, ze publicznie dowiodl swym profesorom, iz jednak sie mylili...
Posypaly sie recenzje. Bardzo dobrze pisal o nas Andrzej Wroblewski, ojciec Wrobla, ktory do nas doszlusowal. Byl o rok nizej na polonistyce i pomagal w brygadzie technicznej. W radiu mielismy przyjaciol, ktorzy nagrywali z nami wywiady i puszczali fragmenty przedstawienia. Glownie Janka Titkow w audycji "Na warszawskiej fali" i Tadeusz Nowicki w "Muzyce i aktualnosciach". Ten popularny lektor wraz ze swym kolega Maciejem Kwiatkowskim robili nam reklame. Obaj byli dobrymi kolegami Kazika Debnickiego, bo tak jak on chorowali na pluca i razem jezdzili do sanatorium. Na mojej III Kolonii mieszkal Tadeusz Pszczolowski, wspoltworca eksperymentalnego osrodka Telewizji Polskiej, ktory stal sie naszym entuzjasta. Telewizor widzialem tylko w dyrektorskich gabinetach, ale Pszczolowski na podworku zapewnial mnie, ze w telewizji zawsze dobrze o nas mowia. Wkrotce zjawil sie dyrektor tej telewizji Jerzy Panski. Od lat o nim slyszalem, bo ten imponujacy grubas, gdy kierowal departamentem teatrow w ministerstwie kultury i sztuki, to dyrektorka teatru mamy Klima Krymkowa wciaz na niego narzekala. Dla nas Panski byl wyjatkowo mily i jak minister Sokorski stal sie naszym protektorem. Z kroniki filmowej przyszla znana mi Helena Lemanska, ktora tez nas popierala.
W Zyciu Warszawy August Grodzicki napisal o nas poblazliwa recenzje, ze dobrze, iz studenci zamiast chuliganic bawia sie w teatrzyk. Akurat lezalem chory i ten ton mnie rozzloscil. Dosc ostro mu odpowiedzialem i wyslalem list do redakcji. O dziwo, odpisal mi, ze sie cieszy, iz jego recenzja tak wzburzyla studenta politechniki Piotra Kowalskiego, ktory go skarcil za niedocenianie wartosci STS-u.
Zlosc mi przeszla i smialem sie, gdy koledzy mi to czytali. Wiedzialem, ze przestanie nas poklepywac po ramieniu. Na pewno bylem przeambicjonowany, ale po tym przyjeciu mialem prawo. Czulem, ze zrobilismy wielka robote, i takie teksty uznalem za glupie i tendencyjne.
W Po prostu ukazala sie recenzja Agnieszki Osieckiej, ktora wymadrzala sie na nasz temat i udzielala nam dobrych rad. Na szczescie nikt Po prostu nie czytal, niemniej bylo to przykre: - Co to za jedna!? Znacie ja? - spytalem kolegow. - Nie - odparli. W koncu ktos powiedzial mi, ze to studentka dziennikarki, ktora sama dziala w kabarecie na Uniwersytecie Warszawskim: - To dlatego nam dopieprzyla! Teraz jasne! - stwierdzilem. Danek Szczechura akurat szedl na ich wystep. Rezyserowal tam nasz kumpel ze szkoly Wojtek Solarz, ktory mnie tez zapraszal. Teraz po tej recenzji z ciekawosci tam z Dankiem poszedlem. Grali w malej auli. Program nie umywal sie do naszego. Widac bylo, ze dopiero raczkuja. Tylko jeden aktor, blondynek w okularkach, z dziewczecymi rumienczykami na twarzy mi sie spodobal. Z wielkim czarem ciagnal cieplym tenorkiem ich tytulowa piosenke Dziennikarska Spoldzielnia Satyryczna - DSS, DSS, DSS. Solarz powiedzial, ze to Marian Kubera, jego kolega z roku, ktory tak jak Osiecka tez tu pisze: - Przydalby sie nam jako aktor. Ty tez, Wojtus, pomysl, czy bys do nas nie przeszedl. Jest nas juz troche z naszej budy - klepnalem go, dla zachety wskazujac Danka Szczechure. Odparl, ze pomysli. Gratulujac Kuberze tez zaprosilem go do STS-u. Rozpromienil sie. Mimo zlej recenzji swej kolezanki wiedzial, ze do nas przychodzi cala Warszawa, a do nich koledzy z roku. DSS byl typowo wewnetrzna impreza.
Tymczasem wokol Konfrontacji rozpetala sie burza.
Program wywolal sprzeczne opinie i podzielil aktyw na dwa obozy. Odezwaly sie protesty. W zwiazku z tym Zarzad Glowny ZMP zwolal narade robocza w gmachu na Smolnej, by przedyskutowac Konfrontacje. Jak aktyw naszej dzielnicy z kolega Jerzym Wiatrem na czele zajal sie moja sztuka, to zaraz ja zdjeli - pomyslalem i pelen obaw szedlem na te odprawe. Z Zarzadu Stolecznego ZMP byli przewodniczacy Jerzy Wolczyk i jego zastepca Witold Skrabalak. W naradzie uczestniczyli nasi zwierzchnicy z ZSP. Wsrod zebranych dojrzalem przyjaznego nam redaktora Stanislawa Brodzkiego z Trybuny Ludu, z ktorym Witek bardzo sie liczyl. Byli dziennikarze ze Sztandaru Mlodych, Po prostu, Walki Mlodych, Zycia Warszawy... Redaktor Lutkiewicz, Irena Tarlowska, Eligiusz Lasota, Anna Pawlowska, Henryka Broniatowska, Zenona Macuzanka, Felicja Rapaport, gruby Jerzy Wittlin. Zaproszono tworcow z Kola Mlodych ZLP. Znani mi poeci Jan Zalewski i Jerzy Skokowski. Byl wsrod nich Jozef Lenart, o ktorym tata mowil, ze choc robotnik, niezle zabkuje w prozie. Wysoki i przystojny, mial urode jak z plakatu agitacyjnego i wyroznial sie zarliwoscia ideowa. Przyszli nasi asystenci, maly Jozio Rurawski zwany Motorkiem i Andrzej Lam, ktory po Prostaczkach napisal dobra recenzje. Byl Grzegorz Lasota z zona Irena Lewandowska, tez znana dzialaczka. Dojrzalem Krzysztofa Gruszczynskiego, tlumacza slow naszego hymnu organizacyjnego. Bylo troje coraz glosniejszych mlodych prozaikow: Magda Leja, Eugeniusz Kabatc i Aleksander Minkowski. Zjawil sie kolega Andrzeja Robert Jarocki, aktywista i dziennikarz nam zyczliwy. W burzliwej dyskusji Roman Zimand poddal nas pryncypialnej krytyce W precyzyjnym wywodzie zarzucil nam brak proporcji, ponuractwo i zwykla demagogie. W podobnym tonie przemawial Krzysztof Wolicki z Trybuny Ludu, ktory choc nawet pewne numery chwalil, strasznie draznil. Z zadarta glowa i skrzyzowanymi na piersiach rekami, z wyzszoscia pouczal nas jak krasnali. W swej wszechwiedzy przypominal Grzegorza Lasote, ktory tym razem jednak bral nasza strone i wspieral Witka, ktory glownie przemawial w naszym imieniu. Z dzialaczy ZMP przepuscil na nas szturm Witold Skrabalak. Ze swietym ogniem w oczach seplenil zarliwie: - Skad to sie u was wzielo!? - dziwil sie. - Calkiem nie widzicie pozytywow! Zagubiliscie sie! Organizujemy w Warszawie V Swiatowy Festiwal Mlodziezy i Studentow, zwycieski zlot bojownikow o postep i pokoj, a wy nam bruzdzicie i wystepujecie z wrogich pozycji! - Nie takich wrogich! Bez przesady! - przerywali mu nasi obroncy. - Jak to nie!? Robienie z nas idiotow patrzacych w jakies szablony D-7 ze skrzywionymi kregoslupami, to jak to nazwac jak nie opluskwianiem!? Podrywacie nam autorytet, a potem domagacie sie przewodniej roli wychowawczej! W imieniu stolecznej organizacji ZMP goraco protestuje przeciw szydzeniu z naszej odpowiedzialnej pracy! - Wlodzimierz Majakowski tez szydzil w Lazni i Pluskwie z karierowiczow i biurokratow, a wrogiem rewolucji nie byl! Pozwolcie i nam isc w jego slady! Nasze racje wylozylismy jasno w Katakumbach! I nie imputujcie nam tego, czego nie ma! Jako czlonek organizacji jak wy, towarzyszu Skrabalak, wypraszam sobie takie insynuacje! - skandowal z zacisnietymi szczekami Witek Dabrowski, a leninowskie iskry szly mu z ciemnych okularow...
Ci, co domagali sie zdjecia programu, kierowali swoj apel pod adresem malego, lysiejacego blondyna, ktory z nosem na kwinte sluchal tych przemowien: - Co wy o tym myslicie, towarzyszu? Wypowiedzcie sie! Chcemy znac stanowisko partii! - Coz, wiecie - westchnal ciezko - towarzysze na pewno maja racje, ze brakuje tu klasowego podejscia i dialektycznej oceny zjawisk, nastapily przeklamania i przejaskrawienia, przydalaby sie lepsza typologia, mnie ten czarny pesymizm i nihilizm tez martwi, bo nas rozbraja i nie spelnia dezyderatow, jakich bysmy oczekiwali, jednakze wnioski o zdjecie Konfrontacji uwazam za przedwczesne i zbyt daleko posuniete. Byloby to wylewanie dziecka z kapiela i typowe przegiecie paly. A przeginanie paly, jak w wypadku sprawy Gryfickiej, partii nie sluzy. Powiedzialbym tak, towarzysze - zamyslil sie glebiej. - Dajmy im szanse. Dajmy im szanse. W koncu to satyrycy i maja prawo do smiechu. Smieja sie, nawet szyderczo sie smieja, niech tam! Przetrwamy to! Nie takie rzeczy przetrwalismy! - machnal reka. - Partia smiechu sie nie boi. Gdyby sie bala, to by nic nie zbudowala. A zbudowala dosyc. Nawet reakcjonisci nam to przyznaja. Smiech to zdrowie, wiec bez histerii i alarmistycznych wnioskow, proponuje. Nie jestesmy tacy ponuracy, jak oni nas maluja. Poczekajmy i przyjrzyjmy sie im. Wedlug mnie tak stoi sprawa. I inaczej byc nie moze - skonczyl z jeszcze smutniejsza mina. Spytalem, kto to jest: - Towarzysz Goldberg. Kierownik Wydzialu Mlodziezowego KC PZPR - powiedziano mi. Znaczy, decyduje - pomyslalem. Na szczescie stosowal uniki i nie wydal wyroku.
Partia wiec nam sie przygladala i moglismy dalej grac Konfrontacje przy nadkompletach.
Znow po spektaklach odbywaly sie dyskusje i znow Aleksander Jerzy Wieczorkowski mial pole do popisu.
Przyjechali ci dwaj aktorzy z Gdanska, Cybulski z Kobiela. Tym razem towarzyszylo im dwoch studentow architektury z Politechniki Gdanskiej, Tadeusz Chrzanowski i Jerzy Afanasjew. Bardzo przystojny Afanasjew, na ktorego zwrocilem uwage ze wzgledu na rosyjskie nazwisko, w zawilych meandrach i kwiecistych metaforach rozwodzil sie, jak to oni na polibudzie ten program zespolowo tworza. Kiedy nazbyt tonal w wywodach, Kobiela wolal cienko: - Chwileczke, Jurek, pozwol, ze ja im krotko wyjasnie - ale nie zdazyl, bo Cybulski mu przerywal: - Dobra, Bobek! Chcemy powiedziec, ze wasza Konfrontacja jest w sumie bardzo klawa, ale typowo literacka, oparta o teksty - chrypial z zarem - a poniewaz u nas pisze w zasadzie jeden Jurek Afanasjew, i to nie polonista, lecz architekt... - Architekst! - zakalamburzyl Afansjew. - Tak jest, i takich poetow jak Witek Dabrowski czy teksciarzy typu Abramow z Jareckim nie mamy, wiec musimy sie wspierac konstrukcja! I atakowac samym teatrem. Rekwizyt, przystawka, pantomima, gest, ruch, dzwiek i ciach! - Cybulski klasnal w rece. - Pada jedno slowo i predziutko gnamy dalej. Chyba mnie rozumiesz, starenia - zwracal sie do Markusza i Witka, ktory godnie kiwal glowa. Obaj w ciemnych okularach wygladali jak bracia. Z tym jednym slowem "ciach!" to mozna babke w piach! - drwilem z niego w duchu.
Wszyscy czterej jednak zgodnie twierdzili, ze pozna wiosna dadza premiere i serdecznie nas zapraszaja do Gdanska.
Kazimierz Rudzki dotrzymal slowa i napisal recenzje w Teatrze, w ktorej moj ksiezyc szczegolnie uszanowal, bo jeszcze na stronie dodal rysunek z meska twarza w kolku. - Jak zwykle ci sie udalo, w kolko golony! - kpil ze mnie Andrzej Jarecki, gdysmy szli Alejami Ujazdowskimi na rozmowe do Syreny. Jerzy Jurandot przyjal nas jak na mlodszych kolegow po piorze przystalo. Z kawa i koniaczkiem. Bardzo sie cieszyl, ze dolaczylismy do autorow estrady. Oswiadczyl, ze bierze operetke. Aranzacje zrobi jego kierownik muzyczny Adam Markiewicz, a choreografie Leopold Sadurski. Sadurski byl w Syrenie aktorem i tancerzem. Wslawil sie rola wiejskiego przyglupa w filmie Jasne lany. Choc rymowano "Jasne lany film zasrany" i podkpiwano z drewnianego amanta Kazimierza Dejmka - to Sadurskiemu wszyscy oddawali honor. Cieszylem sie, ze sie z nim spotkam w operetce. Byla moim debiutem na scenie zawodowej. Smieszne, ze wlasnie muzyka doprowadzila mnie tutaj, jak przedtem do STS-u.
Jurandot mowil, ze oprocz zakupu tekstu i muzyki bedziemy mieli tantiemy z przedstawien i radzil nam wstapic do Stowarzyszenia Autorow ZAiKS. Musimy napisac podanie i zlozyc dziesiec tekstow. Na ich podstawie bedziemy przyjeci do Sekcji D - i jako autorzy chronieni przez ZAiKS. Potrzeba dwoch czlonkow wprowadzajacych i on chetnie jednym z nich moze byc. O drugi podpis poprosilem Kazimierza Rudzkiego.
Z teczka dziesieciu utworow przyszedlem do ZAiKS-u na ulice Sniadeckich, gdzie przyjal mnie pan w muszce o nazwisku Artur Tur. Rzekl, ze slyszal o mnie od dyrektora Jana Berlinskiego, a poza tym byl na Konfrontacji. - Dobrze, ze taki morowy kabaret zalozyliscie, bo ja, jak pan wie, duzo przed wojna pisalem do przeroznych teatrzykow rewiowych, wiec jestesmy koledzy teksciarze! - zasmial sie. Nigdy o nim slyszalem. Wygladal jak wykopaliskowy tur i to nazwisko dobrze do niego pasowalo.
Do pokoju wszedl inny przedpotopowy stwor w muszce i przedstawil sie: - Walery Jastrzebiec-Kozlowski jestem!- Drugi August Bec-Walski z Przekroju. Udali sie chlopcy! - pomyslalem. W sumie ta enklawa starego byla mila, bo obydwa zubry orzekly, ze jak komisja mnie zatwierdzi, to moge przyjsc po legitymacje, na czym mi najbardziej zalezalo. Wreszcie bede mogl jezdzic do domow pracy tworczej ZAiKS-u na wlasne konto! - stwierdzilem z duma.
Kiedy wspomnialem panu Jankowi Berlinskiemu o tej wizycie, ozywil sie: - No, moj Boze! Artur Tur - przeciagnal ze smakiem jego nazwisko - znamy sie od lat! - On cos napisal? - spytalem. - Ma sie rozumiec. Ale zwlaszcza to swietny organizator. Podczas wojny we Lwowie wspoltworzyl zespol estradowy i w 1941 roku napisal wraz z Jerzym Petersburskim slynna Blekitna chusteczke, ktora musisz znac. - No, jasne! Sinij platok! Bylem pewien, ze to piosenka radziecka. - Bo zdobyla wielka popularnosc w Rosji, ale to piosenka Artura Tura, Jaruniu moje sloneczko - rozesmial sie nad moja niewiedza. Ciezko bylo przypasowac tego tura w muszce do tej piosenki spiewanej czesto po rosyjsku przez naszych solistow w zielonych koszulach i czerwonych krawatach na roznych akademiach.
Grunt jednak, ze Artur Tur wreczyl mi legitymacje ZAiKS-u. Pisany z Jurkiem Markuszewskim skecz D-7, o tych dzialaczach ZMP z szablonami, zlozony jako dziesiaty w mojej teczce, doprowadzil mnie do Sekcji D - autorow malych form rozrywkowych. I to wazne - pomyslalem nucac nasza piosenke Kawalek szczescia, kawalek gliku i juz jest dobrze! I juz po krzyku! No i te Blekitna chusteczke oczywiscie takze...
|