[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 2 kwietnia 2004


TADEUSZ SWIETOCHOWSKI

Pamiec
- nakaz Antygony


Z zawodu jestem historykiem, wypada mi tez zajmowac sie Rosja i z tego powodu spedzam sporo czasu nad pozolklymi papierami z udostepnionych wreszcie, choc czesciowo, archiwow. Przeszloscia zyc nie mozna, ale umarli nie odchodza, zyja w nas - co do mnie, to w pojeciu najblizszym doslownosci. Zachowuje wiec poczucie grozy.

Bo nagle - jak obuchem w glowe. Nie przypuszczalem, ze trafia do mnie swiadectwa sprzed ponad pol wieku o najsmutniejszej tragedii, jaka znam, a odbila sie ona jak najbardziej na mym zyciu jeszcze w odleglym dziecinstwie. Wsrod akt wieziennych dwie fotografie: na ujeciu z profilu jest silny, sprawny mezczyzna, jakim zachowalem go w pamieci; na ujeciu en face to zgola inny czlowiek, bliski mi, a przeciez nieznany. Porownuje z albumem rodzinnym - zdjec ojca zachowalo sie sporo, bo byl zamilowanym fotografem.

Spogladam na niego jak na mlokosa - jestem o tyle starszy od wlasnego ojca, gdy go fotografowali po raz ostatni. Mlody mezczyzna, ktoremu gotow bylbym przyjsc z porada i pociecha. Bezradnie mlody i zarazem nagle postarzaly. A przeciez zdjecie to wykonano na poczatku jego uwiezienia, nie zas pod koniec - pietnascie miesiecy pozniej.

Dzis jestem juz w wieku, kiedy wlasna smierc staje sie wyobrazalna, i tym bardziej odzywa sie nieodparty nakaz Antygony. Wlasciwie to niewiele juz czasu pozostalo.

Do niedawna sam fakt jego smierci byl szczelnie oslonieta tajemnica, a i tak mnostwo okolicznosci pozostalo zagadka, zapewne na zawsze. Przegladam to, co utrwalone drukiem o wiezieniach i obozach sowieckich, gromadze okruchy tego, co nadchodzi z przeroznych zrodel, i w tym gaszczu najcenniejsze pozostana wspomnienia wlasne.

Wieczor wrzesniowy roku 1939: goraczkowe pakowanie - tylko dwie walizki na rodzine. Zwyczajny pospiech przed wyjazdem, jak sie mialo okazac - normalnosci moment ostatni.

Pozegnanie bylo naumyslnie krotkie, jakby zdawkowe. Ze niby to nic niezwyklego, ale zegnajac sie ze mna podniosl mnie w gore i uwaznie, dlugo popatrzyl mi w twarz. Dlaczego tak na mnie spogladal - przeciez nie mogl zakladac, ze to po raz ostatni. A ja przez wiele lat nie dopuszczalem mysli, ze moze nie wrocic.

Od tego switu na Dworcu Gdanskim, szarego niczym poranek egzekucji, zaczela sie jego droga przez meke, dla nas pelna niejasnosci, a najmniej znany jej okres to miesiac od momentu pozegnania.

Akt sledczy wspomina jakby mimochodem, ze "wraz z innymi osobami postanowil dostac sie do Rumunii", nie dzialal juz wiec samotnie. 27 wrzesnia przybito mu w paszporcie wize rumunska. Czyzby w konsulacie, miejscu pod najscislejsza obserwacja NKWD w okupowanym Lwowie? Czy tez skorzystal z jakiegos posrednictwa?

Nastepnego dnia byl juz w Stanislawowie i tu znalazl sie w areszcie. Tym razem uwiezienie nie trwalo dlugo. Jakim sposobem wyszedl, to inna z zagadek. Prawdopodobnie w gre wchodzily pieniadze - spora suma marek niemieckich oraz kosztownosci, jakie mial przy sobie.

Na pewno nie zamierzal przejezdzac granicy pociagiem na mocy owej przepustki, jaka znajduje sie wsrod akt - karteluszek z pismem na maszynie po polsku i ukrainsku: "Komenda Glowna Gwardii Robotniczej Miasta Lwowa stwierdza, ze... Swietochowski Stanislaw udaje sie do swego miejsca zamieszkania w... koleja... Wladze i milicje lokalne sa proszone o udzielenie pomocy w kierunku... do Rumunii... Z-ca Naczelnika Gwardii Robotniczej".

W aktach przytacza sie to jako oczywisty dowod obciazajacy. Nie tylko byloby to szczytem naiwnosci - zas on, jezdzac przed wojna sluzbowo do Moskwy, naiwny w sprawach sowieckich byc nie mogl - ale wrecz nonsensem. Ow karteluszek nie mial waznosci bez dowodu osobistego, zas jego dowodem byl paszport sluzbowy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tez wsrod akt. Mial go przy sobie, zapewne ze wzgledu na wyjazd do Rumunii, choc okazanie go po stronie sowieckiej oznaczalo areszt. Wyglada na to, ze przekroczenie granicy nie przez lasy i pola, ale pociagiem przez stacje Sniatyn bylo przygotowane do tego stopnia, ze nie trzeba bylo nawet pozbywac sie obciazajacych dokumentow. Przekroczenie to bylo oplacone? A jednak nie wyszlo.

Zdrada? Donos? Prowokacja?

*

Materialy do sprawy ojca dziela sie na dwie kategorie. Jedna to akta, jakie nadeszly za posrednictwem Ambasady RP w Moskwie, chodzilo bowiem o przypadek szczegolny, jak wspomina jej pracownik Eugeniusz Jablonski. Sa to dokumenty o lakonicznym brzmieniu: wyrok sadowy, protokol wykonania wyroku, stwierdzenie rehabilitacji 40 lat pozniej. Kategoria druga to wyciagi lub streszczenia wielu innych dokumentow, niekiedy z cytatami z akt, jakie pozostaly w archiwach, nadal niedostepnych.

Formalne aresztowanie ojca nastapilo dopiero dzien pozniej - jak gdyby ci, co go zatrzymali na stacji, nie bardzo wiedzieli, co poczac - zapewne z powodu wizy rumunskiej i paszportu dyplomatycznego. Nalezalo zwrocic sie do wladz wyzszych. Ale juz pierwsze przesluchanie z 12 pazdziernika wskazuje, jaka miala byc linia sledztwa od poczatku do konca: w zadnym z dokumentow nie widac zamiarow zajecia sie tym, co przeciez moglo byc uznane za spisek - proba przedostania sie do Rumunii wraz z "innymi osobami". Nie bylo nawet wzmianki o podrozach kurierskich do Moskwy w latach ubieglych. Chodzilo im wylacznie o to, czym sie ojciec zajmowal w konsulatach polskich w Niemczech. Zas sam tekst pierwszego przesluchania to dla mnie wczytywanie sie w swiadectwo meczarni zadawanej mojemu ojcu. Kod zawodowy do odcyfrowania jasny. Sledczy daje znac, ze przesluchany wspolpracowac nie chcial: zatem srodki przymusu byly konieczne, z odpowiednim skutkiem. "Alez go zmaltretowali" - wykrzyknal niedawno polski prokurator, odczytujac to zeznanie.

Zacytujemy: "Na przesluchaniu 12 X 1939 zeznal, ze w 1924 r. byl zatrudniony w Polskim Konsulacie we Francji jako sekretarz, gdzie pracowal do 1933. W latach 1933-1935 pracowal w polskiej ambasadzie (sic!) w Niemczech w m. Essen-Düsseldorf, skad wrocil do Warszawy w 1938. Do IX 1939 r. pracowal jako radca w MSZ. Przyznal sie do kontrrewolucyjnej dzialalnosci. Obiecal dac szczegolowe zeznania podczas nastepnego przesluchania".

Ojciec byl wiec nazbyt pobity, aby mogl mowic od razu, nalezalo mu dac nieco wytchnienia, moze i cucic.

Dalej: "W ten sam dzien wlasnorecznie napisal ´Protokol przyznania sie do winyª, w ktorym m.in. zeznal, ze (w skrocie): ´Z praca w wywiadzie nie mialem do czynienia. Wiem o tym, ze istnialy miedzy MSZ a II Oddzialem Sztabu Generalnego pewne tarcia... Poniewaz jestem zatrudniony w MSZ od 1924, w Sztabie Glownym nie mialem zadnych (nieczytelne)... przeto od tych rzeczy trzymalem sie z daleka, starajac sie wykonywac to, co mi polecano, nie wtracajac sie w sprawy wywiadu... ª". Zwrot "wlasnorecznie napisal" oznaczal nie tylko to, ze mimo maltretowania byl w stanie wziac pioro do reki, ale tez, ze nie chodzilo tu juz o stereotypowa forme zeznania, gdy sledczy pisze, co chce, zas badany podpisuje.

Zeznanie wymienia dwa nazwiska pracownikow polskiego wywiadu w Niemczech, dzialajacych w sluzbie konsularnej. Jedno to Zdzislaw Jagodzinski. Widzialem go w 1958 r. w Londynie, zas lata wojny spedzil za granica. Drugie to Kazimierz Ziembowicz; nazwisko, jakiego nigdy nie slyszalem, i przegladanie spisow pracownikow MSZ nie pomoglo. Albo zmyslone, albo pseudonim.

*

Zima pierwszego roku wojny byla najbardziej surowa w stuleciu. Aby do wiosny, wzdychali w wiezieniach i obozach. Tuz przed nadejsciem wiosny, 5 marca 1940 r., Politbiuro na Kremlu na wniosek Berii przyjelo slynna uchwale z podpisem Stalina; "rozpatrzyc w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyzszego wymiaru kary - rozstrzelania, bez wzywania aresztowanych i bez przedstawiania zarzutow". Tej samej wiosny 1940 r. w Krakowie generalny gubernator doktor Hans Frank zarzadzil przeprowadzenie Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej. "W rezultacie bedzie musialo rozstac sie z zyciem kilka tysiecy Polakow, glownie ze sfer ideowych przywodcow polskich..." - dodal w formie uwagi. Podobienstwa uderzajace.

Przed koncem maja 1940 r. zabojstwa katynskie nagle ustaly, a juz w czerwcu pojawiaja sie napomkniecia co do mozliwosci odtworzenia armii polskiej z jencow w ZSRR, mowilo sie o tym nawet we Lwowie. Oficerow, ktorzy nie trafili do Katynia, przewieziono do obozu w Griazowcu, gdzie ze zdumieniem znalezli traktowanie i warunki niemal komfortowe w porownaniu do poprzednich. W pazdzierniku Beria i jego zastepca Wsiewolod Mierkulow odbywa wstepna rozmowe z wiezionymi na Lubiance oficerami polskimi i wyrywa mu sie, ze "popelniono blad" co do masy ich kolegow.

Od aktu oskarzenia z 28 kwietnia minelo niemal szesc miesiecy, co wygladalo niemal na zawieszenie sprawy. A jednak w okresie, gdy nie tylko masowe mordy Polakow ustaly, ale nastapily pierwsze gesty pojednawcze, powrocono do sprawy ojca, i to z niepojeta zawzietoscia. 16 pazdziernika sporzadzono ponowny akt oskarzenia o to samo przestepstwo - proba nielegalnego przekroczenia granicy, ale z dodaniem zlowieszczo metnej kwalifikacji: "okazanie pomocy miedzynarodowej burzuazji we wrogiej dzialalnosci przeciw ZSRR". Znowu ten kod zawodowy. Tym razem oznaczalo to: "nie ograniczac gornego wymiaru kary, jesli nawet nie ma prawnych podstaw".

Materialy Rodziewicza zawieraja oswiadczenie ojca przy drugim zakonczeniu sledztwa: "O co zostalem oskarzony, rozumiem... Rzeczywiscie od 1924 do 1939 r. pracowalem w MSZ Polski, ale osobiscie zadnej wrogiej dzialalnosci wobec ZSRR nie prowadzilem. Chcialem przekroczyc granice do Rumunii, poniewaz do tego kraju wyjechal personel MSZ. Do winy nie przyznaje sie". Na wniosek z podpisami Krukowskij, Kozewnikow i Finkelberg akta zostaly przekazane do prokuratury, co najprawdopodobniej bylo momentem w calej sprawie decydujacym. Wyglada na to, ze w gre wchodzily dwa wzgledy, roznorodne, ale byc moze polaczone.

Jeden, zgola podworkowy, to pogmatwana sprawa pieniedzy, niejasnosci co do wyjscia z wiezienia w Stanislawowie i sposobu przekraczania granicy. Jezeli nie byla to od poczatku ukartowana prowokacja policyjna, to wczesniej czy pozniej moglo sprowadzic sledztwo wewnetrzne w NKWD o korupcje i przekupstwo.

Wzglad drugi, bardziej wazki, mogl miec odniesienie do polityki miedzynarodowej. Z kazdym dniem zwiekszala sie mozliwosc, ze do Niemcow dojda wiesci, iz ojciec przebywa w sowieckim wiezieniu i ze domagac sie beda jego wydania, tak jak rodzimych komunistow. Odmowic im byloby trudno i wtedy dowiedzieliby sie zbyt wiele o zainteresowaniach, jakie NKWD wykazalo w sledztwie.

Znowu tlo okolicznosci chwili: 12 listopada Molotow przybyl z wizyta do Berlina i w skladzie delegacji znajdowal sie Mierkulow. Wsrod witajacej grupy Niemcow byl Himmler. Szefowie sluzb bezpieczenstwa mogli znalezc wiecej wspolnego anizeli szefowie dyplomacji, bo rozmowy Molotowa w Berlinie ukladaly sie tak, ze kierownictwo sowieckie mialo wielkie powody do zaniepokojenia. Jeszcze przed zakonczeniem wizyty bliski zaufany Berii, Wladimir Diekanozow, jeden z architektow paktu Ribbentrop-Molotow z sierpnia 1939 r., otrzymal 20 listopada nominacje na ambasadora w Berlinie, a jego zadaniem bylo - ratowac, co sie da. Zapewne wyszla jakas instrukcja co do likwidowania wszelkich spraw, jakie moglyby powodowac zadraznienia z Niemcami. Tegoz samego dnia w Moskwie ojca sprowadzili na rozprawe przed Kolegium Najwyzszego Sadu Wojskowego. Sklad Kolegium to trojka kobiet, zapewne jedynych, jakie widzial od dlugiego czasu: Diwwojenjurist Kabdylina, Diwwojenjurist Dmitrijewa i Brigwojenjurist Klimina.

Co do rozprawy ojca, a takie z reguly trwaly kilka minut, to wedlug protokolu "Swietochowski przyznal sie, ze zajmowal sie dzialalnoscia wywiadowcza, ale nie w ZSRR, a we wrogim wobec niego panstwie - Niemczech". Przyznal sie wiec znowu, widzac deske ratunku w motywie niemieckim, co w danym momencie moglo rownac sie ostatecznemu pograzeniu. "Na zamknietej sesji Kolegium rozpatrzylo sprawe Swietochowskiego Stanislawa Adamowicza, urodzonego 1899 w Warszawie, Polaka, bylego obywatela polskiego, bylego radcy MSZ bylej Polski, oskarzonego z artykulu 58-4 i 84 Kodeksu Karnego ZSRR. Sledztwo ustalilo, ze Swietochowski, bedac zatrudnionym ponad 15 lat w MSZ bylego Panstwa Polskiego, zajmowal sie dzialalnoscia wywiadowcza w kontakcie z II oddzialem polskiego Sztabu Generalnego. Swietochowski po klesce polskiej armii wyjechal do Lwowa, gdzie razem z innymi osobami probowal nielegalnie przekroczyc rumunska granice, rozpowszechnial oszczerstwa wobec ZSRR i Armii Czerwonej. Uznajac jego wine w przestepstwach objetych [aktami oskarzenia] za udowodniona, postanawia sie skazac Swietochowskiego Stanislawa Adamowicza na kare smierci przez rozstrzelanie z konfiskata nalezacego do niego mienia. Wyrok jest ostateczny i apelacji nie podlega". Tu nastepuja podpisy. Teczka z materialami dowodowymi byla pusta.

Uzasadnieniem wyroku smierci nie byla dzialalnosc wywiadowcza przeciw ZSRR, dokad przeciez jezdzil; nawet nie przynaleznosc do wywiadu w Niemczech, ale tylko kontaktowanie sie z tymze, co nawet dla osob potwierdzajacych wyrok moglo brzmiec mgliscie. Bardziej istotnym obciazeniem musialy byc "oszczerstwa pod adresem ZSRR". Trudno watpic, aby w celi nie dawal upustu swoim uczuciom, zwlaszcza wobec towarzyszy niedoli, o czym niektorzy sposrod nich skwapliwie donosili. Dzis ta wlasnie czesc wyroku brzmi najbardziej chlubnie.

Ojciec przezyl w wiezieniu pietnascie miesiecy; scislej - 449 dni. Czas podzielony miedzy stopnie rozpaczy, rezygnacje i przeblyski nadziei. Wybor padl na 25 grudnia, dzien Bozego Narodzenia. Zapewne chodzilo tu o zamkniecie ksiag przed koncem roku.

Procedura ostatnich chwil byla szczegolowo ustalona: wieznia wprowadzali do pomieszczenia, gdzie pytali go o imie, nazwisko, imie ojca i rok urodzenia, po czym zakladali kajdanki. Po chwili oczekiwania wprowadzali go do celi wybitej wojlokiem. Tu wykonawca wyroku oddawal strzal w tyl glowy. Protokol egzekucji podpisal porucznik wydzialu specjalnego Kalinin. Noca odwozono zwloki do krematorium na cmentarzu Donskim i po spopieleniu wsypywano prochy do zbiorowych mogil.

*

Nie bylo wiadomosci o jego smierci, ale tez nawet pogloski, ze zyl gdziekolwiek badz. Z biegiem lat trzeba bylo zgodzic sie z tymi, co mowili, iz jesliby pozostal przy zyciu, to dalby jakos znac albo ktos o nim by doniosl.

Poszukiwania odbywaly sie caly czas, juz od tamtej jesieni, najpierw przez Czerwony Krzyz, potem przez znajomych i krewnych za granica, ktorzy powiadomili wladze na emigracji. Kamien w wode. Z nadejsciem komunizmu, w rozkwicie stalinizmu na polskiej glebie, byloby wrecz niebezpiecznie przyznawac sie do tego, ze ojciec zaginal gdzies w Rosji. Az przyszla pierwsza wzmianka o ojcu, a to z ogloszeniem listy katynskiej - nie przez wladze komunistyczne, ale opozycje. Widnialo tam jego nazwisko zapewne tylko dlatego, iz byl porucznikiem rezerwy. Pisano nawet o nim w gazetach jako o stracie polskiego sportu, ale nie o tym, ze stal sie uosobieniem losu polskiego w nieprzerwanie, szybciej lub powolniej gniotacych trybach geografii i historii. Wersje uzasadnienia wyroku smierci uderzaja sprzecznosciami, jakby wyraznie chodzilo o rzecz mniej wazna.

Jeden dokument mowi, ze zostal skazany za probe przekroczenia granicy panstwowej ZSRR, inny - ze podstawa wyroku bylo kontaktowanie sie z polskim wywiadem, inny jeszcze podaje powod najprostszy - pomoc miedzynarodowej burzuazji. Natomiast w kazdej wersji powtarzalo sie dodatkowe uzasadnienie, iz rzucal oszczerstwa pod adresem Zwiazku Sowieckiego i Armii Czerwonej. Czyli przyznano, ze upodlic sie nie chcial. Tego lata odbylem w Moskwie rozmowe z kims innym i nie powstrzymalem sie od zanotowania:

- A wiec szuka pan materialow o losie polskich wiezniow z 1939 roku?... Tak, sporo Polakow zginelo, ale mniej niz naszych jencow w roku 1920. To, co Polacy robili z naszymi wtedy, to gorzej niz zbrodnia, to glupota... Jesli nawet Polsce zdarzylo sie wygrac jedna runde, to przegra wiele nastepnych, a wtedy przyjdzie rozliczac sie. To samo bedzie kiedys z powodu biednych Niemcow, co gineli jak muchy, kiedy wypedzaliscie ich za Odre.

- To Rosja wpedzila nas w takie postepowanie.

- Byc moze, ale rachunek, tak czy inaczej, zaplacicie wy.

U wejscia do budynku Ministerstwa Spraw Zagranicznych umieszczono nazwisko ojca na tablicy pracownikow poleglych w latach 1939-1945, poza tym jednak dostojnicy postkomunistycznej Rzeczypospolitej zadecydowali za mnie dac rozgrzeszenie i unikali zajecia sie jego sprawa. Jeden, ujrzawszy nas na korytarzu, wolal pokazac swe szerokie plecy. Z biura Rzecznika do spraw Obywatelskich nadeszlo pismo skomponowane w niezrownanej stylistyce: "Zrozumiale sa bol i krzywdy doznane przez rodzine Pana i dlatego z zalem informuje, ze podjecie interwencji w tej konkretnej sprawie wykracza poza granice jego prawnych mozliwosci".

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail