STANISLAW M. JANKOWSKI
Nigdy nie wygralem z nim w szachy...
90 lat temu urodzil sie Jan
Karski
Nasza
znajomosc zaczela sie wlasciwie od... szafy, czyli domowego
archiwum Jana Karskiego. Byl kwiecien roku 1987, gdy w Waszyngtonie
profesor Karski zaprosil na kolacje Zbigniewa Swiecha, autora
porywajacych ksiazek o niewyjasnionych przez wieki tajemnicach
Wawelu. Nie mikroby i klatwy byly jednak tematem ich spotkania.
Miedzy jednym a drugim drinkiem omawiali list z prosba o udostepnienie
materialow o wojennej przeszlosci wykladowcy Georgetown University.
- Zmiesci pan szafe do walizki? - po przeczytaniu
mojego listu zapytal Jan Karski. - I dowiezie do Krakowa?
- Szafe? Do
Krakowa? - zdumial sie Swiech.
- Mam pelna szafe dokumentow, fotografii,
wycinkow z gazet - wyjasnil profesor. - Jankowski powinien
zapoznac sie z tym materialem. No i ze mna pogadac, bo przeciez
najwiecej wiem o Karskim. Komunisci nie wpuszcza mnie obecnie
do PRL-u, pan szafy nie zmiesci do walizki. Jaki stad wniosek?
- Jankowski musi przyjechac do Waszyngtonu....
- Jak nie jest chory i nie nalezy do partii,
to mu szybko dadza wize - wyjasnil profesor, wiedzac doskonale,
jak wygladaja amerykanskie formularze wizowe.
W konsulacie USA w Krakowie pieczatke w
paszporcie uzyskalem bez dodatkowych pytan. Mysle, ze odpowiednie
wrazenie zrobil tez list z zaproszeniem, podpisanym przez
profesora.
Podsluch u Cyrankiewicza
Szesc miesiecy po wspomnianej rozmowie w
gabinecie Jana Karskiego, o metr od slynnej szafy z dokumentami,
rozkladalem na stoliku przywiezione z kraju fotografie konspiratorow
z Nowego Sacza, ktorzy po jego aresztowaniu przez Niemcow
w roku 1940 poszli emisariuszowi na ratunek. Opowiadalem o
ich tragedii, spowodowanej gadulstwem i "wsypa", o sledztwie
i torturach, jakich im nie oszczedzono, a takze o wywiezieniu
do obozow koncentracyjnych lub na miejsce rozstrzelania w
podsadeckich Biegonicach.
Dlugo sluchal w milczeniu, wyraznie wzruszony
faktami, jakich nigdy wczesniej mu nie opowiadano. Zarzucil
mnie pytaniami. Z losow ludzkich przeszlismy w pewnym momencie
na jego wizyte w kraju urodzenia, do ktorego - jak wyznal
- chetnie by sie wybral, gdyby nie niechec peerelowskich wladz
do czlowieka, ktory swoim nazwiskiem zawsze wspieral prowadzona
przez Ameryke antykomunistyczna krucjate.
- Po wojnie tylko raz wpuscili mnie za zelazna
kurtyne, ale w warszawskich archiwach zamiast dokumentow dostalem
puste teczki. Nawet Jozef Cyrankiewicz bal sie ze mna rozmawiac.
I pokazywal na lampe, co mialo oznaczac, ze podsluchuja go
nawet w domu.
- Bylem u niego przed miesiacem, ale nie
dowiedzialem sie zbyt wiele o waszej okupacyjnej znajomosci
- powiedzialem profesorowi.
- Pewnie go dalej podsluchuja - skwitowal.
Roosevelt szkodliwszy
od Churchilla
Gdybym z naszych
wielotygodniowych rozmow mial wybrac jakis fakt, wspominany
z pojawiajaca sie czasem u profesora autoironia, to bez zastanowienia
wyciagam z pamieci jego wizyte u prezydenta F.D. Roosevelta.
Znam wydarzenie z kilku dokumentow, bo zachowaly sie raporty
napisane natychmiast po audiencji, ale Jan Karski przeszedl
samego siebie, gdy przyszlo mu opisywac wlasne zachowanie
w dniu 28 lipca 1943 roku w gabinecie - jak okresli gospodarza
- "wladcy swiata".
- Ambasador
Ciechanowski smial sie ze mnie, ze wychodzac od Roosevelta
szedlem tylem do drzwi, ale pochylony w takim uklonie, jakbym
wychodzil od krola Ameryki. "U nas, w Ameryce - mowil - nie
ma krola, tylko prezydent".
Te relacje wsparl profesor pokazaniem mi,
jak wychodzil z prezydenckiego gabinetu. Nie ukrywam, ze z
trudem hamowalem smiech, widzac, jak tylem opuszcza swoj profesorski
gabinet w domu w Bethesdzie. Tkwily w mojej pamieci jego slowa
z poprzedniego wieczoru, podczas ktorego rozmawialismy o szczerosci
przywodcow wielkich mocarstw i ich zainteresowaniu Polska:
- Parafrazujac Sienkiewicza i jego ocene Janusza oraz Boguslawa
Radziwillow powiem tylko tyle, ze w sprawach polskich Churchill
byl winniejszy, ale Roosevelt szkodliwszy...
Konspiratorzy i gubernator
Jan Karski
potrafil komplementowac innych w sposob, powiedzialbym, bardzo
niekonwencjonalny. Gdy ksiazke KARSKI. Man Tried to Stop
the Holocaust promowano uroczyscie w polskiej ambasadzie
w Londynie, przedstawil siebie jako czlowieka, ktory z racji
wieku ma prawo nie pamietac o wielu faktach.
- Ale - dodal
wskazujac na mnie - to jest czlowiek, ktory doskonale wie,
dokad w czasie wojny jezdzilem, z kim rozmawialem i co kto
mi powiedzial. Nie mam pojecia, skad on wie to wszystko, skoro
go jeszcze na swiecie nie bylo, ale mu wierze.
Wierzyl takze
w moja wiedze, gdy w czasie pierwszej po wojnie wizyty w Krakowie
pojechalismy ogladac miejsca, w ktorych jako emisariusz "Witold"
ukrywal sie w roku 1941. Na Praskiej w poblizu Wisly wskazalem
dom, w ktorym na pierwszym pietrze mieszkal Tadeusz Pilc.
- Pamieta
pan tamte dwa okna? - zapytalem.
- Ani troche
- odparl szeptem profesor. Chwile pozniej, mrugnawszy do mnie,
opowiadal towarzyszacemu nam konsulowi Stanow Zjednoczonych
o ukrywaniu sie w czasie wojny "w tym oto domu, na pierwszym
pietrze". A tez o tym, jak w czasie pewnego konspiracyjnego
zebrania zastanawiano sie, co by bylo w okupowanej Polsce,
gdyby ktos nagle zabil generalnego gubernatora Hansa Franka.
Nie laczcie mnie
z bomba atomowa
O tym wyjezdzie
pod dom na Praskiej i podziwie amerykanskiego konsula dla
polskich konspiratorow opowiedzialem pewnego dnia w Gdansku
na promocji mojej ksiazki Emisariusz "Witold". Opisujacy
to spotkanie dziennikarz dodal - juz od siebie - ze wraz z
innymi konspiratorami emisariusz Karski planowal zamach na
Hansa Franka. Wysylalem profesorowi wszystkie teksty, jakie
o nim napisano, wiec - niestety bez czytania - i ten ze zdaniami
o planowanym zamachu. Zadzwonil natychmiast po przeczytaniu.
- Coz za bzdury
wypisuja panscy koledzy! - narzekal. - Tu, na uczelni w Waszyngtonie
opowiadali kiedys, ze bylem znanym polskim szpiegiem, ale
im wolno nie rozrozniac emisariusza od szpiega. Tylko tego
brakuje, zebyscie w Polsce pisali, jak to Karskiemu nie udalo
sie zabic Hitlera. Co jeszcze wymyslicie?
Nie wiedzialem,
jak sie tlumaczyc, wiec postanowilem rozmowe obrocic w zart.
- Papier jest
cierpliwy, wszystko przyjmuje. Ja wiem, jak bylo, ale nie
moge brac odpowiedzialnosci, jesli ktos napisze, ze to Jan
Karski wygral druga wojne swiatowa - powiedzialem, zastanawiajac
sie w duchu, czy jednak nie przesadzam z bezczelnoscia.
- Wygralem,
wspolnie ze Stalinem - zaczal sie smiac profesor, natychmiast
"kupujac" zart. Po sekundzie zastanowienia dorzucil: - Ale
bomba atomowa to pomysl samego Roosevelta i mnie prosze w
to nie mieszac.
Wszyscy chca czytac
Tajne panstwo
Bardzo byl
zaskoczony i niezadowolony, gdy po przeczytaniu polskiego
tlumaczenia jego bedacej kiedys w Ameryce bestsellerem ksiazki Story of a Secret State nie krylem krytycznych uwag
i komentarzy. I nawet posunalem sie do opinii, ze w Polsce
ksiazka Karskiego nie bedzie miala powodzenia, bo czytelnicy
mnostwo wiedza o okupacji, konspiracji i tak dalej.
- Niech pan
przestanie szukac dziury w calym. Ja to wszystko pisalem w
czasie wojny, nie dla polskiego, ale dla amerykanskiego czytelnika
- tlumaczyl, ale jednak zrezygnowal z wydania ksiazki przez
paryski Instytut Literacki w roku 1988. Jedenascie lat pozniej
zaryzykowal w krajowym Wydawnictwie Ksiazkowym Twoj Styl.
Pierwszy naklad ksiazki Tajne panstwo dostal - ku mojemu
zdziwieniu - dobre recenzje i szybko zniknal z polek. Pozniej
byly jeszcze dwa nastepne, wiec nie pozostalo mi nic innego,
jak prosic autora o dedykacje. I zgodzic sie z nim, ze - jak
wytknal mi w jednym z listow - "trudno byc prorokiem we wlasnym
kraju".
Ostatni list
od profesora dostalem w grudniu 1999 roku.
"Szanowny
i Kochany Panie Stanislawie,
Nigdy, nigdy nie zapomne Pana zyczliwosci
i dobroci dla mnie i pomocy mi okazanej. Dziekuje z calego
serca. Ja ostatnio podupadlem na zdrowiu, postarzalem sie
i oslablem i wyje z bolu - artretyzm kregu pacierzowego. Ostatnia
moja podroz do Polski b. mnie zmeczyla, bylo tego za duzo.
(...) Koncze, bo oczy zachodza mi mgla. Dobranoc, Drogi Przyjacielu.
Pani rece caluje. Oddany Jan Karski".
Czytajac po latach ten ostatni list od profesora
czuje wilgoc pod powiekami. Zeby nie dac sie wzruszeniu, szybko
siegam pamiecia do jednej z wielu wspolnych kolacji w domu
panstwa Karskich.
Rozmowa przy Manhattanie
Byl grudzien
1987 roku, skonczylismy juz jesc, a zona profesora zaczela
na glos czytac tekst ulotki o wyplacaniu kilkuset dolarow
miesiecznie za zgode na przepisanie domu na rzecz reklamujacej
sie firmy.
- Ty dostaniesz
800 miesiecznie, ja dostane 600 dolarow - wyjasniala.
- I mamy sie
wyprowadzic? - zapytal krotko Jan Karski, saczac ulubionego
drinka Manhattan.
- Nie wyprowadzamy
sie, tylko podpisujemy zgode, ze oni beda wlascicielami domu
po naszej smierci.
- To jest
nieuczciwe...
- Jak to nieuczciwe?
- zdumiala sie Karska. - Placa nam co miesiac, ale nadal mieszkamy.
Jak ja umre, to ty tez mieszkasz spokojnie i nadal dostajesz
pieniadze az do swojej smierci...
- To jest
nieuczciwe - powtorzyl profesor, a mnie wydalo sie, ze w jego
oczach widze jakies figlarne iskierki. Znajac go juz kilka
tygodni, czulem, ze bedzie jakas zabawna puenta tej rozmowy.
- Co ty, Janie,
za bzdury gadasz? - pani Karska zaczynala sie denerwowac.
- Oni placa tylko za zobowiazanie, ze dom przejdzie na ich
wlasnosc po naszej smierci. Po moim odejsciu ciebie jednak
nie wyrzuca, tylko bedziesz nadal tu mieszkal az do smierci.
Rozumiesz?
- Tak - potwierdzil profesor, przygotowujac
sobie kolejnego drinka. - I nadal jestem zdania, ze branie
pieniedzy byloby nieuczciwe. Z mojej strony - podkreslil -
nieuczciwe.
"Nie chce zarabiac
na czyjes naiwnosci"
Dalszy ciag
tej rozmowy byl podobny. Pani domu wyjasniala, ze pieniadze,
razem prawie poltora tysiaca dolarow, beda wplywaly na konto
Karskich az do ich smierci, domu nie wolno im sprzedac ani
nikomu zapisac w testamencie, natomiast profesor powtarzal,
ze nieuczciwej umowy absolutnie nie moze sygnowac swoim nazwiskiem.
- Nie chce
zarabiac na czyjejs naiwnosci - mowil - bo przeciez nigdy
nie wejda w posiadanie domu i dlatego bylbym nieuczciwy, podpisujac
umowe.
Jego zona
w tym momencie omal nie zgniotla w rece filizanki z herbata.
- Umowa obowiazuje
rok, dwa czy dziesiec lat i dostaja dom po naszej smierci!
- podniosla glos .
- Nie podpisze
niekorzystnej dla nich umowy...
- Dlaczego
niekorzystnej dla nich?
- Bo ja nigdy
nie umre!
Po tym niespodziewanym
oswiadczeniu zgromil mnie wzrokiem, gdy parsknalem smiechem:
- Pan w to watpi?
Nalezalo w
tym momencie przypomniec, ze propaganda komunistyczna lansowala
pojecie "Lenin wiecznie zywy", a skonczylo sie inaczej, ale
nie mialem odwagi na taki komentarz.
- Nie watpie
- odparlem niczym najgorszy lizus.
Pol godziny
pozniej gralismy juz w szachy i znowu uslyszalem "szach",
a nastepnie "mat". Takze tego kolejnego "mata" moge wpisac
do zyciorysu, bo nie kazdy mial okazje, zeby nigdy nie wygrac
w szachy z profesorem Janem Karskim.
|