[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 23 kwietnia 2004


STANISLAW M. JANKOWSKI

Nigdy nie wygralem z nim w szachy...

90 lat temu urodzil sie Jan Karski

Nasza znajomosc zaczela sie wlasciwie od... szafy, czyli domowego archiwum Jana Karskiego. Byl kwiecien roku 1987, gdy w Waszyngtonie profesor Karski zaprosil na kolacje Zbigniewa Swiecha, autora porywajacych ksiazek o niewyjasnionych przez wieki tajemnicach Wawelu. Nie mikroby i klatwy byly jednak tematem ich spotkania. Miedzy jednym a drugim drinkiem omawiali list z prosba o udostepnienie materialow o wojennej przeszlosci wykladowcy Georgetown University.

- Zmiesci pan szafe do walizki? - po przeczytaniu mojego listu zapytal Jan Karski. - I dowiezie do Krakowa?

- Szafe? Do Krakowa? - zdumial sie Swiech.

- Mam pelna szafe dokumentow, fotografii, wycinkow z gazet - wyjasnil profesor. - Jankowski powinien zapoznac sie z tym materialem. No i ze mna pogadac, bo przeciez najwiecej wiem o Karskim. Komunisci nie wpuszcza mnie obecnie do PRL-u, pan szafy nie zmiesci do walizki. Jaki stad wniosek?

- Jankowski musi przyjechac do Waszyngtonu....

- Jak nie jest chory i nie nalezy do partii, to mu szybko dadza wize - wyjasnil profesor, wiedzac doskonale, jak wygladaja amerykanskie formularze wizowe.

W konsulacie USA w Krakowie pieczatke w paszporcie uzyskalem bez dodatkowych pytan. Mysle, ze odpowiednie wrazenie zrobil tez list z zaproszeniem, podpisanym przez profesora.

Podsluch u Cyrankiewicza

Szesc miesiecy po wspomnianej rozmowie w gabinecie Jana Karskiego, o metr od slynnej szafy z dokumentami, rozkladalem na stoliku przywiezione z kraju fotografie konspiratorow z Nowego Sacza, ktorzy po jego aresztowaniu przez Niemcow w roku 1940 poszli emisariuszowi na ratunek. Opowiadalem o ich tragedii, spowodowanej gadulstwem i "wsypa", o sledztwie i torturach, jakich im nie oszczedzono, a takze o wywiezieniu do obozow koncentracyjnych lub na miejsce rozstrzelania w podsadeckich Biegonicach.

Dlugo sluchal w milczeniu, wyraznie wzruszony faktami, jakich nigdy wczesniej mu nie opowiadano. Zarzucil mnie pytaniami. Z losow ludzkich przeszlismy w pewnym momencie na jego wizyte w kraju urodzenia, do ktorego - jak wyznal - chetnie by sie wybral, gdyby nie niechec peerelowskich wladz do czlowieka, ktory swoim nazwiskiem zawsze wspieral prowadzona przez Ameryke antykomunistyczna krucjate.

- Po wojnie tylko raz wpuscili mnie za zelazna kurtyne, ale w warszawskich archiwach zamiast dokumentow dostalem puste teczki. Nawet Jozef Cyrankiewicz bal sie ze mna rozmawiac. I pokazywal na lampe, co mialo oznaczac, ze podsluchuja go nawet w domu.

- Bylem u niego przed miesiacem, ale nie dowiedzialem sie zbyt wiele o waszej okupacyjnej znajomosci - powiedzialem profesorowi.

- Pewnie go dalej podsluchuja - skwitowal.

Roosevelt szkodliwszy
od Churchilla

Gdybym z naszych wielotygodniowych rozmow mial wybrac jakis fakt, wspominany z pojawiajaca sie czasem u profesora autoironia, to bez zastanowienia wyciagam z pamieci jego wizyte u prezydenta F.D. Roosevelta. Znam wydarzenie z kilku dokumentow, bo zachowaly sie raporty napisane natychmiast po audiencji, ale Jan Karski przeszedl samego siebie, gdy przyszlo mu opisywac wlasne zachowanie w dniu 28 lipca 1943 roku w gabinecie - jak okresli gospodarza - "wladcy swiata".

- Ambasador Ciechanowski smial sie ze mnie, ze wychodzac od Roosevelta szedlem tylem do drzwi, ale pochylony w takim uklonie, jakbym wychodzil od krola Ameryki. "U nas, w Ameryce - mowil - nie ma krola, tylko prezydent".

Te relacje wsparl profesor pokazaniem mi, jak wychodzil z prezydenckiego gabinetu. Nie ukrywam, ze z trudem hamowalem smiech, widzac, jak tylem opuszcza swoj profesorski gabinet w domu w Bethesdzie. Tkwily w mojej pamieci jego slowa z poprzedniego wieczoru, podczas ktorego rozmawialismy o szczerosci przywodcow wielkich mocarstw i ich zainteresowaniu Polska: - Parafrazujac Sienkiewicza i jego ocene Janusza oraz Boguslawa Radziwillow powiem tylko tyle, ze w sprawach polskich Churchill byl winniejszy, ale Roosevelt szkodliwszy...

Konspiratorzy i gubernator

Jan Karski potrafil komplementowac innych w sposob, powiedzialbym, bardzo niekonwencjonalny. Gdy ksiazke KARSKI. Man Tried to Stop the Holocaust promowano uroczyscie w polskiej ambasadzie w Londynie, przedstawil siebie jako czlowieka, ktory z racji wieku ma prawo nie pamietac o wielu faktach.

- Ale - dodal wskazujac na mnie - to jest czlowiek, ktory doskonale wie, dokad w czasie wojny jezdzilem, z kim rozmawialem i co kto mi powiedzial. Nie mam pojecia, skad on wie to wszystko, skoro go jeszcze na swiecie nie bylo, ale mu wierze.

Wierzyl takze w moja wiedze, gdy w czasie pierwszej po wojnie wizyty w Krakowie pojechalismy ogladac miejsca, w ktorych jako emisariusz "Witold" ukrywal sie w roku 1941. Na Praskiej w poblizu Wisly wskazalem dom, w ktorym na pierwszym pietrze mieszkal Tadeusz Pilc.

- Pamieta pan tamte dwa okna? - zapytalem.

- Ani troche - odparl szeptem profesor. Chwile pozniej, mrugnawszy do mnie, opowiadal towarzyszacemu nam konsulowi Stanow Zjednoczonych o ukrywaniu sie w czasie wojny "w tym oto domu, na pierwszym pietrze". A tez o tym, jak w czasie pewnego konspiracyjnego zebrania zastanawiano sie, co by bylo w okupowanej Polsce, gdyby ktos nagle zabil generalnego gubernatora Hansa Franka.

Nie laczcie mnie
z bomba atomowa

O tym wyjezdzie pod dom na Praskiej i podziwie amerykanskiego konsula dla polskich konspiratorow opowiedzialem pewnego dnia w Gdansku na promocji mojej ksiazki Emisariusz "Witold". Opisujacy to spotkanie dziennikarz dodal - juz od siebie - ze wraz z innymi konspiratorami emisariusz Karski planowal zamach na Hansa Franka. Wysylalem profesorowi wszystkie teksty, jakie o nim napisano, wiec - niestety bez czytania - i ten ze zdaniami o planowanym zamachu. Zadzwonil natychmiast po przeczytaniu.

- Coz za bzdury wypisuja panscy koledzy! - narzekal. - Tu, na uczelni w Waszyngtonie opowiadali kiedys, ze bylem znanym polskim szpiegiem, ale im wolno nie rozrozniac emisariusza od szpiega. Tylko tego brakuje, zebyscie w Polsce pisali, jak to Karskiemu nie udalo sie zabic Hitlera. Co jeszcze wymyslicie?

Nie wiedzialem, jak sie tlumaczyc, wiec postanowilem rozmowe obrocic w zart.

- Papier jest cierpliwy, wszystko przyjmuje. Ja wiem, jak bylo, ale nie moge brac odpowiedzialnosci, jesli ktos napisze, ze to Jan Karski wygral druga wojne swiatowa - powiedzialem, zastanawiajac sie w duchu, czy jednak nie przesadzam z bezczelnoscia.

- Wygralem, wspolnie ze Stalinem - zaczal sie smiac profesor, natychmiast "kupujac" zart. Po sekundzie zastanowienia dorzucil: - Ale bomba atomowa to pomysl samego Roosevelta i mnie prosze w to nie mieszac.

Wszyscy chca czytac
Tajne panstwo

Bardzo byl zaskoczony i niezadowolony, gdy po przeczytaniu polskiego tlumaczenia jego bedacej kiedys w Ameryce bestsellerem ksiazki Story of a Secret State nie krylem krytycznych uwag i komentarzy. I nawet posunalem sie do opinii, ze w Polsce ksiazka Karskiego nie bedzie miala powodzenia, bo czytelnicy mnostwo wiedza o okupacji, konspiracji i tak dalej.

- Niech pan przestanie szukac dziury w calym. Ja to wszystko pisalem w czasie wojny, nie dla polskiego, ale dla amerykanskiego czytelnika - tlumaczyl, ale jednak zrezygnowal z wydania ksiazki przez paryski Instytut Literacki w roku 1988. Jedenascie lat pozniej zaryzykowal w krajowym Wydawnictwie Ksiazkowym Twoj Styl. Pierwszy naklad ksiazki Tajne panstwo dostal - ku mojemu zdziwieniu - dobre recenzje i szybko zniknal z polek. Pozniej byly jeszcze dwa nastepne, wiec nie pozostalo mi nic innego, jak prosic autora o dedykacje. I zgodzic sie z nim, ze - jak wytknal mi w jednym z listow - "trudno byc prorokiem we wlasnym kraju".

Ostatni list od profesora dostalem w grudniu 1999 roku.

"Szanowny i Kochany Panie Stanislawie,

Nigdy, nigdy nie zapomne Pana zyczliwosci i dobroci dla mnie i pomocy mi okazanej. Dziekuje z calego serca. Ja ostatnio podupadlem na zdrowiu, postarzalem sie i oslablem i wyje z bolu - artretyzm kregu pacierzowego. Ostatnia moja podroz do Polski b. mnie zmeczyla, bylo tego za duzo. (...) Koncze, bo oczy zachodza mi mgla. Dobranoc, Drogi Przyjacielu. Pani rece caluje. Oddany Jan Karski".

Czytajac po latach ten ostatni list od profesora czuje wilgoc pod powiekami. Zeby nie dac sie wzruszeniu, szybko siegam pamiecia do jednej z wielu wspolnych kolacji w domu panstwa Karskich.

Rozmowa przy Manhattanie

Byl grudzien 1987 roku, skonczylismy juz jesc, a zona profesora zaczela na glos czytac tekst ulotki o wyplacaniu kilkuset dolarow miesiecznie za zgode na przepisanie domu na rzecz reklamujacej sie firmy.

- Ty dostaniesz 800 miesiecznie, ja dostane 600 dolarow - wyjasniala.

- I mamy sie wyprowadzic? - zapytal krotko Jan Karski, saczac ulubionego drinka Manhattan.

- Nie wyprowadzamy sie, tylko podpisujemy zgode, ze oni beda wlascicielami domu po naszej smierci.

- To jest nieuczciwe...

- Jak to nieuczciwe? - zdumiala sie Karska. - Placa nam co miesiac, ale nadal mieszkamy. Jak ja umre, to ty tez mieszkasz spokojnie i nadal dostajesz pieniadze az do swojej smierci...

- To jest nieuczciwe - powtorzyl profesor, a mnie wydalo sie, ze w jego oczach widze jakies figlarne iskierki. Znajac go juz kilka tygodni, czulem, ze bedzie jakas zabawna puenta tej rozmowy.

- Co ty, Janie, za bzdury gadasz? - pani Karska zaczynala sie denerwowac. - Oni placa tylko za zobowiazanie, ze dom przejdzie na ich wlasnosc po naszej smierci. Po moim odejsciu ciebie jednak nie wyrzuca, tylko bedziesz nadal tu mieszkal az do smierci. Rozumiesz?

- Tak - potwierdzil profesor, przygotowujac sobie kolejnego drinka. - I nadal jestem zdania, ze branie pieniedzy byloby nieuczciwe. Z mojej strony - podkreslil - nieuczciwe.

"Nie chce zarabiac
na czyjes naiwnosci"

Dalszy ciag tej rozmowy byl podobny. Pani domu wyjasniala, ze pieniadze, razem prawie poltora tysiaca dolarow, beda wplywaly na konto Karskich az do ich smierci, domu nie wolno im sprzedac ani nikomu zapisac w testamencie, natomiast profesor powtarzal, ze nieuczciwej umowy absolutnie nie moze sygnowac swoim nazwiskiem.

- Nie chce zarabiac na czyjejs naiwnosci - mowil - bo przeciez nigdy nie wejda w posiadanie domu i dlatego bylbym nieuczciwy, podpisujac umowe.

Jego zona w tym momencie omal nie zgniotla w rece filizanki z herbata.

- Umowa obowiazuje rok, dwa czy dziesiec lat i dostaja dom po naszej smierci! - podniosla glos .

- Nie podpisze niekorzystnej dla nich umowy...

- Dlaczego niekorzystnej dla nich?

- Bo ja nigdy nie umre!

Po tym niespodziewanym oswiadczeniu zgromil mnie wzrokiem, gdy parsknalem smiechem: - Pan w to watpi?

Nalezalo w tym momencie przypomniec, ze propaganda komunistyczna lansowala pojecie "Lenin wiecznie zywy", a skonczylo sie inaczej, ale nie mialem odwagi na taki komentarz.

- Nie watpie - odparlem niczym najgorszy lizus.

Pol godziny pozniej gralismy juz w szachy i znowu uslyszalem "szach", a nastepnie "mat". Takze tego kolejnego "mata" moge wpisac do zyciorysu, bo nie kazdy mial okazje, zeby nigdy nie wygrac w szachy z profesorem Janem Karskim.

 

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail