[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 23 kwietnia 2004


KRZYSZTOF CWIKLINSKI

Dokument pokreconej osobowosci

 

Jesli istnieje czysciec, a co do tego - zwazywszy na fakt, ze ustanowil go w 593 roku papiez Grzegorz I - mozna miec daleko idace watpliwosci, zatem, jesli czysciec istnieje, to przebywa w nim Jerzy Andrzejewski. Ten wybitny, czy tez moze tylko za wybitnego uwazany, pisarz przebywa wiec miedzy niebem a ziemia i znosi najgorsza z tortur - torture obojetnosci i zapomnienia. Dla autora Popiolu i diamentu jest to kara zasluzona, na autora Bram raju nalozona nieslusznie. Trwa ona juz ponad dwadziescia lat, co dla miejsc pozaczasowych nie ma znaczenia, a dla miejsc czasowo i przestrzennie konkretnych nie ma jeszcze wystarczajaco okreslonego wymiaru, bo nie wiadomo, czy duzo to, czy malo i na ile opiewa wyrok. Nie wiadomo tez, czy w ogole zostanie uchylony. Ten narcystyczny egocentryk i irytujacy megaloman, we wlasnym mniemaniu zaslugujacy na Nobla w rownym stopniu jak Tomasz Mann, autor zdumiewajacych wolt ideowych, a zarazem pisarz, ktorego w roznych okresach i z diametralnie roznych powodow kreowano na intelektualno-artystycznego giganta, moralny autorytet i sumienie narodu, czego bez znajomosci kontekstu spoleczno-politycznego pojac dzis najzwyczajniej nie sposob, z jakze pozornych wyzyn literackich hierarchii runal nagle w otchlan zupelnej prawie anonimowosci. Dwudziesta rocznica smierci pisarza byla okazja, aby sie o tym dowodnie przekonac. Obchody, by uzyc najodpowiedniejszego chyba okreslenia, byly co prawda okrutne, ale w ogole byly. Nie spierano sie nad trumna pisarza o jego dziela i ich range, a raczej o proporcje i rozmiar artystycznej kleski, bo w tych kategoriach postrzega sie dzis spuscizne autora Apelacji, pelna utworow przecietnych, nieudanych, chybionych, choc kazdy z nich zapowiadal arcydzielo, a nawet byl nim przez chwile. Naturalnie, nie sposob wyobrazic sobie encyklopedii, slownika, leksykonu, podrecznika, syntezy literatury wspolczesnej czy monografii zycia literackiego bez nazwiska Andrzejewskiego, ale mozna sobie wyobrazic wykaz lektur i biblioteke bez jego ksiazek. To posmiertna tragedia, gorsza bodaj od tych, ktorych nie brakowalo Andrzejewskiemu za zycia. To suma tragedii czlowieka upadajacego pod coraz to nowymi ciezarami coraz to innych misji dziejowych i pisarza, ktorego jedyna wazna dla artysty misja po prostu przerosla.

Ksiazek Andrzejewskiego, choc na cale szczescie nie istnieja juz zadne cenzuralne zapisy i zakazy druku, nie wydaje sie od lat, choc lata temu byly wielokrotnie wznawiane w masowych nakladach i przekladane na cos okolo trzydziestu jezykow obcych, nieraz bardzo egzotycznych. Wyjatkiem jest wznowiona przed dwoma laty przez Biblioteke Narodowa legendarna Miazga - bezkompromisowa powiesc polityczna, summa narodowa, diagnoza spoleczna, odklamany Popiol i diament. Niestety, Miazga, ktorej oficjalne nieistnienie zastepowal mit przepastnych glebi i legenda arcydziela, okazala sie byc kolejnym artystycznym nieporozumieniem, utworem z gruntu chybionym, kulejacym myslowo, grzeznacym w mieliznach, razacym tania publicystyka i staczajacym sie w zwykla blazenade. A jednak to dobrze, ze opublikowano ja w edycji komentowanej, bo dotad nie miala szczescia do wydan tak krajowych, jak emigracyjnych, a jakby jej nie oceniac, to w dorobku Andrzejewskiego pozycja istotna. Gorzej, gdy w jak najlepszej zapewne intencji przetrzasajac szuflady, z pozostalych po pisarzu brulionow wydobywa sie teksty, ktorych publikacja, chocby i nawet zgodna z wola zmarlego autora, jest oddaniem mu niedzwiedziej przyslugi, a taka wlasnie jest, w najglebszym moim przekonaniu, wydany w ubieglym roku Dziennik paryski Jerzego Andrzejewskiego.

Tytul ksiazki jest cokolwiek mylacy. Dziennik paryski nie jest stricte dziennikiem, to zbior listow pisanych od grudnia 1959 do maja 1960 roku, ktoremu nadano strukture dziennika; bylo to tym latwiejsze, ze ta korespondencja przybrala specyficzna postac codziennych prawie zapiskow, ktore mialy lagodzic udreke rozstania z bliskimi. Odbiorca tych listow byla zona pisarza Maria, a posrednio i dzieci, Marcin i Agnieszka. Rozlaka i samotnosc, tak ludzkie przeciez i tak intymne, rodza ludzka potrzebe przeciwstawienia sie im i zaprzeczenia poprzez wytworzenie komunikacyjnej i emocjonalnej zarazem sytuacji stalosci i bliskosci. Temu przede wszystkim miala sluzyc ta korespondencja przeznaczona dla waskiego kregu rodziny. Czytana w tym kregu miala z pewnoscia sens gleboki i doniosly, czytana poza nim, chocby i z najwieksza delikatnoscia, taktem i zrozumieniem, budzic musi co najmniej opory i watpliwosci, jesli nie wprost zazenowanie, bo przeciez epistolografia pisarska nie jest ex definitione literatura, jak poezja nie jest sonet napisany przez grafomana. Marie de Sevigne, by odwolac sie tu do najslawniejszego przykladu, nie byla pisarka, ale jej listy czyta sie do dzis z zapartym tchem. Jerzy Andrzejewski byl pisarzem i jego listy, powierzchowne i banalne, najpierw wywoluja zdumienie, a potem mecza, nudza i odstreczaja. To przykra lektura, bo choc wszystko jest ludzkie, to jednak nie wszystko powinno byc wlasnoscia ludzkosci.

Andrzejewski w chwili wyjazdu do Paryza na francuskie stypendium byl stosunkowo swiezej daty apostata socrealizmu i marksizmu, ktorym bezgranicznie oddany sluzyl z gorliwoscia neofity, awansujac do rangi bez mala demiurga, lecz nie byl jeszcze kontestatorem systemu, a juz tym bardziej patronem opozycji demokratycznej, akty odwagi politycznej i obywatelskiej troski mialy dopiero nadejsc; tymczasem byl pisarzem bezpartyjnym co prawda, miejscami krytycznym wobec rezimu i niekiedy niepokornym, ale jednak ciagle prominentnym, chetnie korzystajacym z profitow tego stanu i dyskontujacym dawne zaslugi, ktorych mu nie zapomniano. Byl nadal jedna z czolowych postaci krajowego zycia literackiego i kandydatem na duchowy autorytet narodu, na wypadek gdyby zabraklo Marii Dabrowskiej. Byl autorem powiesci Ciemnosci kryja ziemie, kolejna powiesc, Bramy raju, opublikowana w Tworczosci, czekala na bliskie wydanie ksiazkowe. Do Paryza jechal wiec pisarz o glosnym nazwisku, ale ciagle jeszcze niespelniony i we wlasnym mniemaniu niedoceniony, by tak rzec - utalentowany piecdziesieciolatek obsypany nagrodami i oczekujacy nastepnych. Pobyt w Paryzu byl dla niego wazny ze wzgledow prestizowych i materialnych, choc na niedostatki w obu tych wymiarach narzekac nie mogl. Paryz mial byc pierwszym krokiem do miedzynarodowej slawy, do swiatowego uznania i rozglosu, ktorych ponad wszystko inne pragnal, ale mial byc tez tym punktem, z ktorego najblizej do Rzymu, Londynu, Madrytu, nawet, a moze przede wszystkim - Sztokholmu. A jednak nad Sekwana pisarz prowadzil zywot zadziwiajacy, bo leniwy i bezplodny. Prawda, to tez ludzkie, ale czy samo w sobie warte utrwalenia?

Dziennik paryski rozpoczyna sie 9 grudnia 1959 roku od Rzeczowych notatek dla Marcina. Jest w nich rys topograficzny dzielnicy, w ktorej pisarz mieszka, ceny wynajmu mieszkan, uwagi o ruchu ulicznym, o metrze, ruchomych schodach i windach na stacji Cité, o menu restauracji paryskich, slimakach, Francuzach, ktorzy sa paskudni, Murzynach, ktorych tu duzo, André Gidzie, ktory mieszkal w tym samym hotelu, o zakupach, planach wizyt i wyslanych widokowkach. Dla 16-letniego chlopca, ktory nigdy Paryza nie widzial, musialo to byc wazne, a nawet fascynujace, ale ta lapidarnosc posunieta az do zdawkowosci, ta pobieznosc i powierzchownosc, z ktorej wynika, ze nie dzieje sie nic interesujacego, i ta niezmierna latwosc w pomieszaniu wag i proporcji, ta niespojnosc i nierownomiernosc problemowo-tematyczna, majace byc znamieniem spontanicznosci i szczerosci, zdaja sie jednak byc czym innym: dosc nieporadnym zabiegiem okrycia nagosci, ktora w istocie jest nijakoscia. Kazdy kolejny zapisek, czego by nie dotyczyl, jest wlasciwie taki sam. Nie dzieje sie nic interesujacego, a pisarz nie ma niczego ciekawego do powiedzenia, choc czterdziesci lat temu moglo to byc - i z pewnoscia bylo - wazne i ciekawe dla trzech osob. I to tez ludzkie. I z tego tez trudno uczynic zarzut, bo przeciez strategia listu, zdecydowanie bardziej niz dziennika, jest nastawienie na konkretnego adresata, ale czyz ta scisle rodzinna prywatnosc jest az tak wyjatkowa i doniosla, aby ja wszem i wobec udostepniac?

Andrzejewski opisuje wiec, co jadl i pil, jak spal, a niekiedy nawet z kim spal, co kupil i jakie mial z tym problemy, bo jak zwykle nie pamietal rozmiaru buta corki i numeru kolnierzyka syna, nieustannie narzeka na brak pieniedzy, ktore pozycza na prawo i lewo i, prawda, skrupulatnie i na czas oddaje, nudzi sie w galeriach i muzeach, prawie niczego nie czyta, a jesli juz przeczyta, nie ma o tym niczego ciekawego do powiedzenia, Sartre'a i Mauriaca ma - i slusznie! - za marnych, nikczemnych i tchorzliwych, Francuzow en bloc za stado baranow, interesuje go wylacznie kino i... on sam. Wznosi sie na wyzyny samouwielbienia, szczyty pychy, Himalaje urojen o wielkosci. Podziwia siebie i jest pewien, ze inni go podziwiaja, dlatego tak bardzo razi go, gdy inni mowia o sobie, a nie o nim, razi go to, dziwi i rani. Fakt, ze na jego czesc wydano w ambasadzie tylko jeden obiad, sprawia mu zywy bol i jest dlan dowodem glupoty rezimowych dyplomatow. Zapatrzony w siebie nie dostrzega nikogo, a przeciez tuz obok przesuwa sie galeria ludzi wybitnych, ciekawych, znaczacych: Czapski, Wierzynski, Giedroyc, Jelenski, Zdziechowski, Milosz, Watowie... i nic! Z entuzjazmem rozpisuje sie o swoich wlasnych utworach, z satysfakcja odnotowuje wzmianki o sobie, obchodzi go tylko, kto sie kocha w Popiele i diamencie, Bramach raju, ktore wedlug jego slow sa "niezwyklej pieknosci", oraz ich autorze, ktory "ma piekne dlonie, tylko nos nieco za dlugi".

Marzy, by stad wyjechac, moze do Wloch, ale najchetniej do domu. Moze to i szczere, ale jednak sprawia wrazenie krygowania sie, bo wracac tymczasem nie zamierza, rownaloby sie to bowiem rezygnacji z wejscia na zachodni rynek literacki, ktory - choc jest targowiskiem proznosci - przyciaga go swa sila magiczna: wszak dac mu moze Nobla, podczas gdy rynek wschodni tylko Nagrode Leninowska. Zabiega wiec o tlumaczenia, przede wszystkim zaklamanego Popiolu i diamentu, wyglada tantiem, honorariow i stypendiow, liczy w myslach franki, dolary, funty i liry, ktore plynac maja zewszad, od Nowego Jorku przez Genue po Helsinki. Marzy mu sie ekranizacja Bram raju, do ktorej zreszta w koncu doszlo i ktora zrobila kompletna klape. Niczego nie pisze, interesuje go jednak to, co napisze, ale jeszcze nie wie, co napisze, snuje jedynie mgliste perspektywy jakiejs historii milosnej, ktora mialaby sie rozgrywac w srodowisku paryskiej cyganerii tuz przed I wojna swiatowa. Pod tym wszystkim, choc moze nalezaloby powiedziec raczej "pod tym niczym", pulsuje wyraznie niebywala zdolnosc wyczucia koniunktury i zdumiewajaca sklonnosc do ustepstw, oportunizm w imie osiagniecia spektakularnego sukcesu, jakies rozdwojenie i pomieszanie, jakies okaleczenia i ograniczenia mentalne, jakas rozpaczliwa gra ciemnych instynktow posrod wyziewow stalinizmu i dosc paskudnych bekniec komunistyczna frazeologia. Wszystko to ludzkie, bo w jakiejs mierze zapewne nieswiadome, ale czy wyjatkowe, czy interesujace, czy rzucajace nowe swiatlo na jasna i ciemna strone osobowosci ludzkiej? Co Andrzejewski mial do powiedzenia zonie, wyrozumialej powierniczce skrytych tajemnic, i dzieciom, z ktorymi nie mogl dzielic powszednich przezyc, to wiemy i tego krytykowac nawet nie wypada, bo akceptujemy to jako ludzkie i scisle intymne, ale... co ma do powiedzenia nam? Nic, najzwyczajniej nic, i to z oczywistego powodu: te listy, jako skrawek autobiografii i dokument najscislej prywatny, nie byly i nie mogly byc wlasnoscia nikogo innego, tylko Marii, Agnieszki i Marcina Andrzejewskich. Nie dlatego, ze jest w nich ponad miare niedyskrecji, ze sa jakies wstydliwosci obyczajowe czy skandalizujace tresci, ze dowiadujemy sie o homoseksualnych romansach z Gerardem, Jeanem i Raphaelem, z ktorych zwierzal sie zonie (na marginesie: nie wiem, kto przy zdrowych zmyslach zajalby sie teraz badaniem i opisywaniem relacji miedzy malzonkami, bo co by to i komu dalo?), ze sa tam jakies biograficzne uwiklania i powiklania osobowosci, jakies wstrzasajace nastroje i namietnosci. Nie. Dlatego ze tak naprawde nie ma w nich niczego, co by te publikacje w kategoriach literackich uzasadnialo, bo to proza epistolarna w marnym gatunku, po prostu zadna; wyprowadzenie jej poza granice rodzinnego kregu, w ktorym zawieral sie jej sens i jej spelnienie, bylo - w najglebszym moim przekonaniu - bledem.

Poglad ten podziela autor wstepu Waclaw Lewandowski, co rzadkie w takich sytuacjach. Pisze: "Powiedzmy otwarcie: milosnik talentu Jerzego Andrzejewskiego, ktorego szczegolnie niepokoiloby, ze pamiec o pisarzu zdaje sie systematycznie slabnac, zawahalby sie, stajac przed decyzja o publikacji Dziennika paryskiego". Decyzja taka jednak zapadla, a Lewandowskiemu, ktorego komentarz jest przenikliwy i swietnie napisany, pozostalo zdziwienie. I mnie to zdziwienie nie opuszcza, i czuje sie nieswojo, bo z jakichs niezrozumialych dla mnie powodow namowiono mnie do wejscia nieproszonym do domu obcych ludzi, abym obejrzal sobie gospodarza w brudnych kalesonach, ktory w dodatku ma wysypke.

size=1>Dokumentem pokreconej osobowosci nazwal Kontynenty Milosza Andrzej Bobkowski. Okreslenie to moze malo wyszukane, ale trafne. Takim dokumentem jest tez Dziennik paryski. Najgorsze, ze z tego pokrecenia nic nie wynika, poza kacem i zgaga.

Jerzy Andrzejwski Dziennik paryski.
Wstep i opracowanie Waclaw Lewandowski,
Wydawnictwo OPEN, Warszawa 2003, s. 108.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail