Marek Kusiba
Zabka przez Atlantyk
Pozerani przez Ameryke
Krzyk pozeranych wlasnie przez Ameryke. Innych bladych i
slabych zachowa na pozniejsze pozarcie.
Robert Bly
440 lat temu, 23 kwietnia (choc nie wiadomo, czy w piatek) roku 1564 urodzil sie William Szekspir. Z tej okazji ludzkosc od pewnego czasu swietuje Swiatowy Dzien Ksiazki (a przynajmniej ta jej czytajaca, choc stale kurczaca sie garstka). I ja chcialbym zlozyc maly hold ksiazce, ale bardziej lokalnie niz globalnie, przygladajac sie i przegladajac, czyli wertujac, ksiazki poswiecone Ameryce, a pisane przez naszych rodakow - od czasow Szekspira po wspolczesne.
Powod mojego zainteresowania tematem wyluszczyl juz za mnie - i o wiele zgrabniej, niz ja bym to zrobil - Stanislaw Dygat: "Zdumiewaja mnie ci, ktorzy po kilkutygodniowym pobycie w Stanach Zjednoczonych pisza felietony, reportaze i ksiazki. Wydaje im sie, ze spoczywa na nich obowiazek dokladnego odrysowania oblicza tego kraju, sformulowania o nim zdecydowanych opinii, triumfalnego udzielenia odpowiedzi na nekajace swiat tajemnicze pytanie: czym jest Ameryka" (Zapiski amerykanskie).
W cwierc wieku po napisaniu przez Dygata powyzszych uwag nic sie nie zmienilo, poza iloscia glupstw na temat Ameryki, wylanych na papier w potopie ksiazek, reportazy i felietonow. Okrutna wizja poety Roberta Blya dotyczy nie tylko Amerykanow, pozeranych codziennie przez Ameryke na rozne wymyslne sposoby (uprasza sie Czytelnika niniejszego, by sam/sama sobie sobie na podstawie wlasnych doswiadczen wybral/a ow sposob); wizja ta dotyczy tez przyjezdnych chirurgow slowa, co reporterskim lancetem dlugopisu operuja brzuch molocha, probujac wydobyc zen trawione wlasnie tresci. Czesto sa tak nieostrozni i lekkomyslni, ze daja sie potworowi zahipnotyzowac i pozrec z butami. Czytelnik otrzymuje wtedy pokarm niestrawnych ksiazek i balamutnych doniesien prasowych.
Moloch, melting pot, tygiel, "wracy narod narodow" (okreslenie Walta Whitmana) zadziwia i fascynuje polskiego reportera. Fermentujaca mieszanina 150 (z okladem) narodowosci to krowa, ktora daje bardzo duzo dobrego, reporterskiego mleka. Ambitny publicysta kocha taka krowe jak dobry rolnik, gdy krowa daje mleko niekwasne. Nieczesto jednak milosc ta bywa odwzajemniana dobra, niekwasna ksiazka. Czy dlatego, ze zrozumienie Ameryki to "zamiar niewykonalny", jak pisal Wieslaw Gornicki w czasach, gdy byl jeszcze utalentowanym reporterem, a nie umundurowanym, groteskowym adiutantem generala w okularach?
A moze to kompleks, ktory uniemozliwia rozumienie? Tadeusz Konwicki pytal siebie w Kalendarzu i klepsydrze: "Dlaczego ten Wspanialy Zachod budzi we mnie zabobonny lek i odraze, jakie niecil w dziewietnastowiecznych inteligentach rosyjskich - i w slowianofilach, i w narodnikach, i nawet, prawde mowiac, w zapadnikach? Dlaczego musze powtarzac ich wszystkie neurozy, animozje i kompleksy? Dlaczego to powiedzonko ´Zgnily Zachodª, wymyslone za czasow mikolajowskich, tluklo mi sie po glowie przez caly czas tej nerwowej podrozy (po USA - przyp. M.K.), co mnie upodabnialo do tych siostr i braci nieszczesnego Fiodora Dostojewskiego, ktorzy z rozpaczy popadali w nienawisc do Zachodu?".
Na to pytanie Konwicki udziela odpowiedzi wlasciwej polskiemu pisarzowi: "My jestesmy cali z Dziewietnastego wieku". "Caly" z dziewietnastego wieku, jak i ze wschodniej czesci Europy, byl takze Melchior Wankowicz, ale jego Ameryka nie przerazala, a ciekawila, by nie powiedziec - zachwycala. Mieszkal tu wiele lat, przemierzal kontynent ladem, woda i powietrzem i powoli go smakowal. Mozna powiedziec, ze "Mel" i melting pot byli jakby dla siebie stworzeni. Jego nastepcy i nasladowcy tym kontynentem najczesciej sie zachlystuja. Wpadaja tu jak glodny do kuchni, opychaja sie widokami, pejzazami i wrazeniami. Potem w pospiechu pisza ksiazke. Proces ten nie ma nic wspolnego z powolnym trawieniem skonsumowanych tresci. Jest to raczej podobne do sytuacji, w ktorej wypelniony zoladek kurczy sie gwaltownie, a tresci szukaja ujscia.
Zoladek piszacego o Ameryce gniota terminy wydawnicze, notoryczny brak gotowki i swiadomosc konkurencji - bo do Ameryki jada niemal wszyscy piszacy Polacy. Piorem kieruje reka polaczona z reka druga albo trzecia i czwarta - jak kto szczesliwy i stac go na resercherke (po polsku "badaczka", choc to przesadne i nietrafne); glodne rece buszuja po notatkach, bladza wsrod ksiazek kolegow, dotykaja kartek Mistrza. Atlantyk-Pacyfik, Krolik i oceany, W pepku Ameryki - tymi tytulami Wankowicz ustawil poprzeczke na wysokosci trudnej do zdobycia. Totez sie jej nie zdobywa, bo i po co. "Sladami Kolumba" podazaja jednak coraz bardziej liczne zastepy dziennikarzy, naukowcow i literatow.
W czasach PRL-u wiekszosc z nich znajdowala Ameryke w stadium rozkladu lub co najmniej na najbardziej niebezpiecznym zakrecie historii. "Dziura" wypadala zawsze wtedy, gdy autor przyjezdzal po raz pierwszy do USA. Co ciekawsze, wielu z nich przyjezdzalo z podpisanymi juz umowami wydawniczymi w kieszeni. Nie bedziemy pisac o ewidentnych zleceniach sluzb bezpieczenstwa, ale nawet teksty pisane z wlasnej nieprzymuszonej woli nosza czesto cechy donosow - i na rzeczywistosc, amerykanska, ma sie rozumiec, i na siebie. Tak, jakby ich autorzy chcieli sie zawczasu wytlumaczyc i ubiec podejrzenia ubecji, ze pisanie o swiatyni swiatowego imperializmu sprawia im przyjemnosc, a podrozowanie wygodnymi samochodami po gladkich szosach nie ma w podtekscie naigrawania sie z socjalistycznych "ciagow komunikacyjnych" oraz pobied, syrenek i trabantow.
Moze wlasnie ta koniecznosc udowodnienia cenzurze, ale przede wszystkim sobie, ze Zachod i kapitalizm sa "be", a "oboz socjalistyczny" jest cacy, byla jednym z powodow podstawowych rozpisywania sie o Ameryce przez wszystkich, ktorym udalo sie wyrwac z zatechlej peerelowskiej rzeczywistosci na stypendium naukowe lub wyprawe reporterska. W czasach zimnej wojny w przypadku innych krajow swiata zachodniego tak rygorystycznych wymogow nie stawiano. W przypadku Ameryki byl to zawsze obowiazek nie tylko "patriotyczny", ale i zabieg psychologiczny - dopisywanie dowodow oskarzenia do wczesniej wydanego wyroku, ktory obwieszczal Polakom, ze wyprawa za ocean jest podroza do piekla, w ktorym biale diably nie tylko warza w gettach Murzynow, ale i gotuja swiatu atomowa zaglade.
Czasy sie zmienily, a polscy dziennikarze nadal wyjezdzaja do Ameryki z wiedza na jej temat od dawna ugruntowana. Byc moze dlatego po dwudziestu dniach pobytu reporterzy na delegacji pisza o niej ksiazki, podczas gdy reporterzy na emigracji nawet po dwudziestu latach nie zdobywaja sie na odwage sformulowania zdecydowanych opinii. No coz, tamci widocznie sa odwazniejsi. (Cdn)
|
|