GRAZYNA DRABIK
Nowojorska
kronika kulturalna
A
wiec Salome. Bardzo piekna, bardzo mloda, znudzona. Nudzi
ja monotonia wygody. Otoczenie usluznych dworzan. Spelnienie
zachcianek. Mierzi natretne spojrzenie ojczyma. Nudzi sama
siebie, wszystko wydaje sie juz znane, nic nie warte zachodu.
Poki we mgle nudy nie uslyszy wolania nieznanego glosu. Poki
Jochanaan - nieugiety w cierpieniu, bezwzgledny w pewnosci
swego proroctwa - nie odrzuci jej wzgledow, nie da swej uwagi.
I wtedy w sercu Salome - lecz czy mozna powiedziec, ze w sercu?
- wybuchnie plomien nieposkromiony i niszczycielski: pozadanie
tego, ktory ciebie nie chce.
Znanej, krotkiej zreszta przypowiesci biblijnej
wymowny ksztalt nadal Oscar Wilde, l'enfant terrible angielskiego teatru. Jego poetycki dramat Salome o
niebezpieczenstwach pozadliwego spojrzenia natchnal
Richarda Straussa. Do libretta, prawie verbatim opartego
na tekscie Wilde'a, tyle ze w dobrym tlumaczeniu na niemiecki,
Strauss stworzyl muzyke tak przerazajaca, ze chyba tylko jego Elektra moze mierzyc sie z intensywnoscia jej grozy.
W jednym akcie, bez przerwy czy chwili oddechu, spietrzyl
potezne dzwieki 100-osobowej orkiestry w kaskady wyznan milosnych,
w wiry obsesji, w halas sklocony z soba. W niesamowicie mocna
muzyke wplotl sugestywnie wijaca sie melodie "tanca siedmiu
zaslon": obietnice i przeklenstwo, bezdenne pragnienie i bezdenna
zgube.
Kto raz zobaczy dobrze zrobione przedstawienie
sztuki Wilde'a na scenie czy opery Straussa, juz go nie zapomni.
Takim wlasnie nie-do-zapomnienia przezyciem jest inscenizacja
przygotowana przez Jürgena Flimma w oprawie Santo Loquasto.
Starozytny dramat umiescili w niejasno wspolczesnej scenerii
- moze gdzies na Bliskim Wschodzie, moze na skraju Las Vegas.
Eleganckie garnitury mezczyzn nie zmienia dworzan w niezaleznych
ludzi. Kobiety w wieczorowych sukniach moga to byc damy, a
moga byc prostytutki. Wszyscy snuja sie z kieliszkami szampana
w dloni, gotowi do przyklasku, do wzniesienia toastu. Strzega
ich, bawiacych sie na przyjeciu u Heroda, najemni zoldacy.
Oto swiadkowie historii, i historii trzeciorzedni uczestnicy.
A wsrod nich ta mloda i piekna, jedna z nich,
lecz i obca. Karita Maatila skupia na sobie ich spojrzenia
i nasze. Nie tyle gra, co wciela sie przekonywajaco - najpierw
w dziewczyne pol tylko swiadoma pozadania, jakie budzi w Herodzie,
pol juz nim znudzona. Potem w kobiete opetana wlasnym pozadaniem.
W odrzucona. W sprytnie knujaca zemste. W zaslepiona swym
patetycznym tryumfem. Na koncu przemienia sie w przegranego
czlowieka, ktory powita z ulga smierc.
Maatila gra, Maatila tanczy, Maatila spiewa.
Wielkie wykonanie bardzo trudnej roli. Cala Finlandia musi
byc z niej dumna. Jej glos wznosi sie z lekkoscia, rozswietla
sale czystym dzwiekiem, mrozi okrutnym slowem. Bryn Terfel
jako prorok Jan moca dzwiecznego barytonu przeciwstawia jej
sie godnie. Siegfried Jerusalem potrafi zasugerowac, ze w
obmierzlym ciele Heroda blaka sie cien duszy. Piekna rzecz.
Az szkoda, ze Metropolitan Opera zamyka juz bramy sezamu w
Lincoln Center, 8 maja, do jesieni.
* *
La MaMa raz jeszcze otwiera przyjaznie swa
przestrzen gosciom z Polski. To juz tradycja, dzieki wieloletnim
powiazaniom Ellen Stewart, ze wlasnie tam - w mniejszej sali
glownego budynku czy w przestronnej hali Anneksu - dosc czesto
rozbrzmiewaja slowa polskich artystow. Tym razem rozbrzmiewaja
po polsku, po angielsku i po albansku, w spektaklu przywiezionym
przez Teatr Piesn Kozla, przyjezdnym z Wroclawia.
Kroniki - obyczaj lamentacyjny rozpoczyna
sie w ciemnosciach. Slyszymy lekki tupot bosych stop. Moment
zawieszenia w ciszy. Swiatlo wylania z pustki ciemni zwarta
grupe: dwie placzki siedza na niskich lawkach z przodu. Trzecia
kleczy przy harmonium, instrumencie, ktory bedzie spiewakom
towarzyszyl niskim, monotonnym tonem przez wieksza czesc przedstawienia.
Czterech mezczyzn siedzi nieco z tylu, na drewnianych krzeslach-tronach
ustawionych polkolem wokol placzek. Kobiety, jedna z twarza
zakryta bialym welonem, druga czarnym, wybuchaja placzem,
zawodza glosno - w protescie, przeciw sobie nawzajem i w harmonii
wspolnej rozpaczy, wspierajac sie placzem. Kolysza sie do
przodu i do tylu, w prastarym ruchu synchronizacji bolesci
ducha i ciala. Mezczyzni towarzysza im poczatkowo nieruchomi,
pomrukiem raczej niz spiewem, zaznaczajac rytmicznym kontrapunktem
falisty ksztalt placzu.
Za chwile ruch i gest zapowie slowo opowiesci.
Oto z grupy wylania sie Gilgamesz, zajmuje poczesne miejsce
z przodu, w kregu swiatla, objawia sie nam tancem kocich ruchow,
pelnych lekkosci i sily zarazem. Gilgamesz, heros akkadyjskiego
eposu, czlowiek ale i polbog, wierny przyjaciel, ktory nie
zawaha sie zmierzyc ze Smiercia, by wydrzec jej swego towarzysza
Enkidu. Slynny Gilgamesz, ktory Smierc na moment pokona. Na
moment odzyska przyjaciela, zanim Enkidu nieuchronnie nie
zapadnie w ciemnie niebytu, zanim on sam, przynajmniej w swej
nieboskiej czesci, tez tam nie zniknie.
Rytmiczny spiewo-taniec ma moc hipnotyczna.
Cialo-instrument staje sie slowem. Slowo jest ruchem pelnym
znaczen. Poetycka narracja jawi sie przed naszymi oczami jako
obrazy naturalnie przeobrazajace sie jeden w drugi. Ruchome
obrazy zaznaczaja symboliczne znaczenia raczej niz rozwijaja
nitke watku. Oto Gilgamesz radzacy sie Matki co do swego snu-wizji.
Pierwsze spotkanie z Enkidu. Konfrontacja ze Smiercia. Czary
z ogniem. Enkidu na marach. Taniec z dzwonkami...
Zespol jest precyzyjnie zgrany, jak wysmienity
chor czy balet. Niesprawiedliwie by bylo wyrozniac poszczegolnych
aktorow, bo kazdy stanowi znak w harmonii z pozostalymi. Dzieki
ich synchronizacji rozbiezne elementy - albanskie zalobne
piesni, strofy sumeryjskego eposu, akrobatyczne lewitacje,
ekstatyczne spiewy, korowod taneczny, plomien ognia, rytm
oddechu - skladaja sie w spojna calosc, rodzaj szamanskiego
tanca-protestu.
Dwa momenty wylamuja sie z rygorow rytualu.
Jeden jest piekny i liryczny, kiedy Gilgamesz niespodziewanie
- jakby po cichu, prywatnie - dotyka na sekunde policzka Enkidu,
a moze na odwrot, to Enkidu zegna tak delikatnie przyjaciela.
W kazdym razie gest jest niezaprzeczalnie ludzki, czuly i
miedzy mezczyznami.
Drugi moment blyska okrutnie, kiedy kobiety
w brutalnej scenie porodu nagle otwieraja oczy i patrzac prosto
ku widowni, ku mnie, wykrzykuja swoj bol i rzucaja przeklenstwem.
Do tego czasu, juz ku koncowi przedstawienia, rzecz cala rozgrywa
sie bez takiego kontaktu z nami, w samowystarczalnym, magicznym
kregu.
Oba momenty sa zaskakujace i mocne, jakby
zza pieknej, lecz surowo bezosobowej maski metafory o Zyciu
i Smierci wyjrzalo ludzkie oblicze. Razem symbolizuja dla
mnie slabosc podwazajaca wymowe spektaklu.
Bowiem mam problem z tym perfekcyjnie wykonanym
rytualnym spektaklem. Powtarzam: perfekcyjnie skonstruowanym
i wykonanym. To powtorzenie jest uklonem przed bezmiarem pracy,
jaka sie za tym kryje, powaga zaangazowania zespolu, pomyslunkiem,
jaki musial towarzyszyc ich poszukiwaniom i procesowi tworczemu.
A teraz co do problemu, a wlasciwie do dwoch,
scisle z soba polaczonych. Pierwszy odnosi sie do tresci -
o ile przy lamencie mozna mowic o tresci. Ale wbrew zastrzezeniom
tworcow, ze historia Gilgamesza ma stanowic zaledwie tlo,
przedstawienie ma wyrazny watek narracyjny, odtwarzajac fragment
starozytnego mitu. I co nam ten mit opowiada. Coz, powtarza
dobrze znana historie: kobiety rodza i placza, rodza i traca
urodzonych, grzebia utraconych i placza. Mezczyzni znajduja
spelnienie w meskiej przyjazni, w wedrowce, w przygodzie.
Stosunki mesko-kobiece sprowadzaja sie do konfliktu i wzajemnej
wrogosci - oczywiscie z wyjatkiem Matki, ktora nawet gwalciciela
pocieszy, utuli i ostrzeze. (Utuli, zeby mu sie dalej lepiej
gwalcilo corki innych matek?).
Odwieczna prawda, mozna powiedziec, co sie
czepiac prastarych mitow. Azaliz? Czy rzeczywiscie taka to
prawda i taka niezmienna? I my jako tworcy dzisiaj mamy ja
powtarzac bez zadnego komentarza? Bez cienia perspektywy?
Wcielac sie w tak rygorystycznie okreslone role: Matka, Wielka
Bogini, Smierc? Dziewczeta niechaj przeklinaja swoj los i
los innych kobiet? Chlopcy niech ida dalej w wedrowke? Wlasne
czlowieczenstwo czule zaznaczajac przyjacielskim gestem jeden
do drugiego?
Drugi problem zwiazany jest z modlitewna
forma spektaklu. W programie, w opisie tworczego procesu znalazlam
wzmianke o tym, jak zespol zbieral materialy chodzac na pogrzeby,
przysluchujac sie placzkom. W czasie takiego rekonesansu,
gdzies w Epiros lub w Albanii, tworcy mieli chwile wahania,
czy nie porzucic projektu, ktory wymaga od nich takiego "podsluchiwania,
jak inni placza".
Otoz ja takze doswiadczylam podobnego dyskomfortu.
Bo jaka dla mnie jako widza zostala tutaj przeznaczona rola?
Mam obserwowac. Ale jak patrzec na bolesne zawodzenie obojetnie?
Czyz wiec nie powinnam czuc wzruszenia? Ale jak wspolczuc
poetyckim archetypom? Mam przyswiadczac tajemniczemu rytualowi.
Ale czyz misterium nie polega na tym, ze i mnie wlacza w swoje
obietnice, nie tylko w swiadka zmienia? Z koniecznosci jednak
pozostaje tutaj poza magicznym kolem.
Inaczej mowiac, podziwiam wykonanie Kronik przez Teatr Piesni Kozla, ale jest to podziw z wewnetrznym
rozdzwiekiem niezgody - tak w wymiarze racjonalnym, jak emocjonalnym.
Oczy podziwiaja, uszy podziwiaja, cialo poddaje sie rezonansem
mocy ich "spiewajacym cialom". Lecz intelekt kwestionuje racje
ich przeslania. Serce zas buntuje sie wobec wymogu przyswiadczania
modlitwie jako widowisku.
Richard Strauss, Salome, z librettem
na podstawie sztuki Oscara Wilde'a w tlumaczeniu na niemiecki
Hedwig Lachmann. Dyrygent: Valery Gergiev, rezyseria: Jürgen
Flimm, scenografia i kostiumy: Santo Loquasto, oswietlenie:
James F. Ingalls, choreografia: Doug Varone. Wystepuja: Larissa
Diadkova (Herodias), Katherine Goeldner (The Page), Siegfried
Jerusalem (Herod), Karita Mattila (Salome), Matthew Polenzani
(Narraboth), Bryn Terfel (Jochanaan). Premiera sezonu 15 marca,
ostatnie przedstawienie 10 kwietnia, Metropolitan Opera, Lincoln
Center.
Kroniki - obyczaj lamentacyjny/ Chronicles
- A Lamentation. Rezyseria: Grzegorz Bral, scenografia:
Grzegorz Bral i Rafal Habel, kostiumy: Cristina Gonzales,
muzyka: albanskie piesni i lamenty w aranzancji zespolu. Wystepuje:
Rafal Habel (Gilgamesz), Anna Krotoska (Isztar), Marcin Rudy
(Enkidu), Colin Sadler (Utnapiszti), Maria Sendow (Smierc),
Christopher Sivertsen (Szaman), Anna Zabrzucka (Matka Gilgamesza).
Przedstawienia 15 kwietnia do 2 maja w Annex Theatre, La MaMa
ETC, 74A E. 4 St., Wschodnia dolna strona Manhattanu.
|