[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 30 kwietnia 2004


Marek Kusiba

Zabka przez Atlantyk


Pozerani przez Ameryke (2)

"Bo to widzisz pan, czasami reporterowie przynosza mi mylne fakta"

(Henryk Sienkiewicz)

Felieton sprzed tygodnia ukazal sie w dniu 440. urodzin tworcy Romea i Julii i 105. tworcy Lolity, obchodzonym nie bez kozery jako Swiatowy Dzien Ksiazki i Praw Autorskich. Do praw autorskich i Nabokova powroce pozniej, teraz wracam do przybyszow z Polski pozeranych przez Ameryke w pogoni za szybka reporterska strawa, o czym swiadcza niestrawne ksiazki, pisane po kilku zaledwie tygodniach lub miesiacach pobytu na amerykanskiej ziemi. Napisalem, ze wiekszosc piszacych miala szczescie trafiac do Ameryki zawsze w okolicach jakiegos dziejowego zametu lub zakretu. A szczescie w zawodzie reportera - nawet z przypadku - to polowa sukcesu.

Historyk Andrzej Garlicki spedzil tu rok 1973. "W ciagu tych dwunastu miesiecy - pisal w Zapiskach znad jeziora Michigan, wydanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej - przezylem wraz z Amerykanami alert amerykanskich sil zbrojnych w zwiazku z wojna na Bliskim Wschodzie, kryzys energetyczny, apogeum Watergate, zakonczone zlozeniem urzedu przez prezydenta Nixona, poglebiajaca sie inflacje i wzrost bezrobocia. Z punktu widzenia obserwatora byl to rok pasjonujacy". Jak widac, Garlicki mial wyjatkowe szczescie.

Szczescie dopisalo tez Wladyslawowi Kulickiemu. Oto pierwsze zdania jego ksiazki Mustangiem do Seminolow (Nasza Ksiegarnia, 1970): "Do Ameryki trafilem w okresie, ktory trudno zaliczyc do najspokojniejszych. Byla jesien 1967 roku. Wojnie w Wietnamie nie widac konca. W Waszyngtonie i Nowym Jorku tlumy mlodziezy demonstrowaly przeciw tej barbarzynskiej masakrze. W Baltimore, Pittsburghu, Chicago wciaz nie ustawaly gwaltowne wystapienia Murzynow w obronie swych praw obywatelskich. W Detroit (...) czernialy zgliszcza spalonych domow po slynnych lipcowych rozruchach murzynskich".

Stanislaw Dyksinski tez mial ogromnego reporterskiego nosa, skoro trafil w sam srodek studenckiej rewolty. W kolejnej wydanej przez MON ksiazce Nie gascie swiatel na Manhattanie (prorocza antycypacja wielkiego zaciemnienia?) iscie wojskowa dyscyplina mysli kazala mu sie domyslic pewnych skojarzen z nie tak znowu odleglych czasow. "Spytalem wowczas mlodego czlowieka, dlaczego demonstruje, przeciez stworzono im tak dobre warunki nauki? Spojrzal na mnie pogardliwie przez zalzawione gazem oczy i fuknal: 'Splywaj pan stad lub przylacz sie do nas. Tutaj - wskazal na tlum studentow maszerujacych cala jezdnia - jest nasza sila, a tam gowno. Po raz pierwszy w zyciu wiem, ze cos znacze, ze nas sie ktos boi. Rozumie pan?'".

Oto jeszcze jedna lapidarna definicja przyczyn polskiego Marca '68. Dalej nastepuje komentarz uogolniajacy obie sytuacje: zastana i wspominana (?): "To na nich sa budy policyjne, palki, gazy lzawiace. Jutro beda na ustach calej Ameryki, ich znajomi w Bostonie, Nowym Jorku czy Waszyngtonie zobacza ich w telewizji, toczyc sie beda dyskusje, spory. Bohaterowie dnia! Dla samego tego warto oberwac palka lub przespac kilka nocy w areszcie". Dyksinski chwali sie przy okazji znajomoscia klasykow: "dlugie ich wlosy, krecone wasiska, wzrok dziki i suknia plugawa - zuje w myslach i usmiecham sie do siebie".

Oto przyklad, jak latwo mozna popasc w smiesznosc. Zamiast rzetelnie relacjonowac, reporter wdal sie w potyczki z wlasnymi kompleksami, zamiast pisac - pietnowal. Podobny, belferski stosunek odnajdziemy w wielu tekstach, skazonych podwojnym widzeniem, czepianiem sie, przesadyzmem, protekcjonizmem, bylejakoscia. W miejsce analiz mamy analogie, a dystans i chlodny oglad wypieraja obelgi.

Przed miesiacem w ostrych slowach pisalem o odkryciu przez niemieckiego literaturoznawce Michaela Maara opowiadania Heinza von Lichberga z 1916 r. pt. Lolita, do zludzenia przypominajacego slynna Lolite Vladimira Nabokova, wydana cztery dekady pozniej. Kilka dni temu przyjaciel podsunal mi ksiazke Pniniad. Vladimir Nabokov and Marc Szeftel, wydana przez University of Washington Press w 1997 r. Galya Diment, profesor jezykow slowianskich Uniwersytetu Waszyngtona w Seattle, pisze w niej, ze Nabokov przeslal redaktorce New Yorkera, Katharine White, Lolite z nadzieja, ze zdecyduje sie na publikacje kilku fragmentow. Jakiez musialo byc jego zaskoczenie, gdy 27 sierpnia 1955 r. zobaczyl w gazecie opowiadanie zatytulowane Lolita, podpisane nazwiskiem Dorothy Parker.

Przeczytalem ten tekst. Ten sam pomysl, prawie identyczne postaci, ze o tytule nie wspomne. Nabokov stanowczo zazadal od redaktorki wyjasnien. Jak pisze prof. Diment, Katharine White zapewnila autora, ze podobienstwo opowiadania pani Parker z powiescia Nabokova jest czystym przypadkiem; Parker nie miala dostepu do maszynopisu Lolity, nie mogla tez uslyszec streszczenia powiesci z ust redaktorki, gdyz ta ostatnia najprawdopodobniej jej nie przeczytala. Potwierdzenie tego przypuszczenia znalazlem w wyborze korespondencji pisarza z lat 1940-1977. W liscie z 16 lutego 1957 r. pisze do red. White z nieukrywanym zawodem: "I am sorry you never read the Lolita I sent you".

Korespondencja na temat opowiadania Dorothy Parker pomiedzy Nabokovem i White nie zostala opublikowana, ale jest dostepna w Bibliotece Publicznej Nowego Jorku, w Berg Collection - jak pisze prof. Diment. Gdy ukazalo sie amerykanskie wydanie Lolity, Dorothy Parker stala sie jedna z najzagorzalszych wielbicielek tego utworu, piszac entuzjastyczne recenzje. Nabokov nie pozostal jej dluzny; 8 stycznia 1964 r. zwierzyl sie w liscie do Byrona Dobella, ze od wielu lat jest wielbicielem pisarstwa ("admiring reader") Dorothy Parker.

Ten przyklad pokazuje, ze przypadki chodza po ludziach - i utworach literackich. W swietle powyzszych ustalen nie sposob jednoznacznie wyrokowac, ze Nabokov przeczytal opowiadanie Lichberga, zanim napisal swoja powiesc, ani o tym, ze Lolita byla literacka kradzieza: sa to za ostre slowa. Nie wiemy, dlaczego kilku nieznanych sobie ludzi skresla te same numery w totolotka. Nie wiemy, jakie mechanizmy sprawiaja, ze kilku pisarzy na swiecie mysli o takim samym utworze literackim. Moze to magia - zwiazkow pozazmyslowych, roj literackich motyli, krazacych nad kwietna laka literatury? Szczesliwi, ktorym uda sie zlowic najpiekniejsze okazy. Nabokov zlowil zdecydowanie najbardziej kolorowego motyla.

Vladimir Nabokov i Dorothy Parker potraktowali rzecz cala z dystansem i swiadomoscia, ze takie zbiegi okolicznosci jednak sie zdarzaja i sa mniej wazne od utworu, jaki powstaje w wyniku ich zaistnienia. Mozemy miec tylko nadzieje, ze gdyby Heinz von Lichberg mogl przeczytac powiesc Vladimira Nabokova, zareagowalby w podobny do Dorothy Parker sposob i stal sie admiratorem bardziej doskonalego wcielenia Lolity. (Cdn)

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail