[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 14 maja 2004


ROMAN MARKOWICZ

Nowojorska
kronika kulturalna (muzyka)

Ostatni miesiac nie roznil sie pod wzgledem liczby muzycznych imprez od poprzednich. Stad trudny wybor przed nowojorskim recenzentem: nielatwo zdecydowac, ktory koncert danego wieczora najlatwiej opuscic. Tym razem pewne koncerty dostarczyly rowniez materialu do niemal pozamuzycznych refleksji.

W kwietniu uslyszelismy powtornie tak popularnych artystow, jak Emanuel Ax, Alfred Brendel czy Andras Schiff. Tym razem ich sztuka pianistyczna wydala mi sie mniej interesujaca od ich wspolpracy z innymi artystami. Rownie interesujace bylo porownanie odmiennej interpretacji muzyki klasycznej i barokowej przez grupy orkiestrowe grajace na wspolczesnych instrumentach.

Wspomniani pianisci zaprezentowali sie w swojej typowej roli solistow, ale nie wylacznie. Koncertami w Zankel Hall Ax kontynuowal serie Perspectives, Brendel - poza solowym recitalem w Carnegie Hall - drugi ze swoich nowojorskich wystepow poswiecil muzyce kameralnej, Schiff natomiast po raz pierwszy pojawil sie w Nowym Jorku nie tylko jako pianista, ale i dyrygent. Jego tez koncerty ze znakomita Chamber Orchestra of Europe dostarczyly wspomnianych porownan z lokalnym zespolem - Orchestra of St. Luke, powtornie dyrygowanym przez ich dawnego dyrektora artystycznego sir Rogera Norringtona.

Alfred Brendel, jeden z najwybitniejszych dzis i najbardziej wnikliwych muzykow, niezbyt czesto poswiecal sie grze zespolowej. Najczesciej pojawial sie jako partner wybitnych spiewakow. Sytuacja zmienila sie nieco, kiedy czesc ostatnich dwoch sezonow koncertowych poswiecil na wspolne wystepy z synem - wiolonczelista. Ameryka uslyszala ich nareszcie w trzech sposrod pieciu sonat Beethovena oraz wariacjach na temat z Judas Macchabeus Haendla.

W tym samym czasie Emanuel Ax kontynuowal w Carnegie Zankel Hall rozpoczeta jesienia serie Perspectives, poswiecona w glownej mierze muzyce francuskiej.

Jest to w zalozeniu seria koncertow, ktora Carnegie Hall oferuje dorocznie grupie wybitnych muzykow, pozostawiajac im wolna reke w doborze repertuaru. Umozliwia im rowniez zamowienie nowych kompozycji. Pozwala to czesto na fascynujace, oryginalne programy odmiennych stylow i grup instrumentalnych.

Mysla przewodnia ostatnich trzech segmentow Perspectives Axa byla kontynuacja zamyslu Claude'a Debussy'ego, ktoremu przedwczesna smierc uniemozliwila dokonczenie cyklu szesciu sonat na rozne kombinacje instrumentalne.

Ax skorzystal z oferty Carnegie Hall i zamowil do swojej serii trzy nowe dziela wzietych dzis kompozytorow - mieszkajacej w Paryzu Finki Kariji Saariaho, Francuza Marca Andre Dabalviego oraz Amerykanina Steve'a Stucky'ego. W kazdym z trzech programow umiescil nowe utwory na te same kombinacje instrumentow, ktore mial na mysli Debussy. Pianista zapewnil sobie na te wystepy doborowe towarzystwo. W zespole znalezli sie czolowi muzycy Chamber Music Society of Lincoln Center oraz takie slawy, jak sopran Susan Graham, wiolonczelista Yo-Yo Ma czy pianista Jefim Bronfman.

Pierwszy z programow poswiecony zostal niemal calkowicie repertuarowi wokalnemu. Graham spiewala piesni Debussy'ego, Ravela i Reynaldo Hahna. Podczas tego koncertu zastanowila mnie sprawa muzycznego partnerstwa. Nabralo ono innego znaczenia: ta sama partia fortepianu w sonacie czy piesniach Debussy'ego, ktorej krytyk, jak i sluchacz, moglby nie zauwazyc, teraz nie pozostawala w cieniu.

Podobna sytuacja zaistniala kilka dni pozniej podczas recitalu duetu Alfred &Adrian Brendel. Tym razem slynny tata towarzyszyl swemu wielce utalentowanemu synowi wiolonczeliscie. Koncert mialem przyjemnosc slyszec w znakomitej akustycznie sali recitalowej Purchase College. I tym razem nie moglem oprzec sie mysli, iz w jakiejkolwiek innej sali inny wiolonczelista wykona te sama sonate z "akompaniatorem".

O co mi chodzi? W wiekszosci muzyki kameralnej partia fortepianu jest przynajmniej tak samo istotna, jak partia instrumentalna, czesto nawet wazniejsza. Przecietny sluchacz rozumie to jedynie wtedy, kiedy na scenie widzi artystow tej samej rangi. Cieszyloby mnie, gdyby czytelnik sluchajac nastepnym razem recitalu slynnego muzyka, ktoremu asystuje na estradzie pianista, uzmyslowil sobie, ze bez niego taki koncert stalby sie prawie niemozliwy.

Zarowno Ax, jak i Brendel dostarczyli sluchaczom pelnej satysfakcji. W Perspectives Ax-solista ograniczyl sie do kilku jedynie kompozycji solowych Debussy'ego i potwierdzil, ze obecne zainteresowanie tym repertuarem przynosi pozytywne rezultaty: delikatne i subtelne uderzenie, wyobraznia dzwiekowa i wrodzona muzykalnosc sprawiaja, ze impresjonistyczny repertuar stal sie mocna strona jego sztuki odtworczej.

Od kilku lat Ax rozpoczal scisla wspolprace z Bronfmanem i drugi program prezentowal kilka kompozycji na dwa fortepiany - poczawszy od uroczych Etiud w formie kanonu Schumanna, poprzez suite En Blanc et Noir Debussy'ego, a skonczywszy na porywajacej interpretacji Ravelowskiego La Valse. Nie tylko powtornie zademonstrowal wszechstronnosc, zapal w laczeniu ze soba muzykow i umiejetnosc dzielenia sceny z innymi, ale przy okazji stworzyl kilka wartosciowych kompozycji.

Brendel poswiecil podobno sporo czasu na nauczenie sie nowego repertuaru i w osobie syna znalazl rownego sobie partnera. Mlody wiolonczelista, wyksztalcony w Anglii przez wspanialych muzykow, zaprezentowal sie jako bardzo dobry instrumentalista i powazny muzyk zarazem. Ich interpretacjom przewodzil rozsadek, ale co nawet wazniejsze - brak wyeksponowanego "ja": grali w inteligentny, przekonujacy sposob, nie wpadajac w tradycyjne interpretacyjne pulapki.

Solowy recital Brendela, tym razem w pelnej po brzegi Carnegie Hall, zgodny byl z przyjeta ostatnio tradycja. W ostatnich latach pianista zawezil swoje zainteresowania repertuarowe do kilku "zaufanych" kompozytorow (Mozart, Schubert, Beethoven). Programy jego wydawac sie moga "lekkostrawne". Tymczasem wobec tych latwych wczesnych sonat Mozarta (tym razem Es-dur K. 281 i B-dur K. 282) czy Klavierstucke D. 946 Schuberta), staja bezradni inni tzw. wirtuozi. Spod jego wciaz niezawodnych palcow muzyka plynela w naturalny, logiczny sposob. Sluchacz mogl sie jej poddac bez oporow i podziwiac jej powab. Choc dzwiek Brendela nigdy nie byl zmyslowy, to ostatnimi laty (moze skutkiem wieku?) melodie i frazy staly sie bardziej wyspiewane, bardziej wokalne niz niegdys. Stary mistrz raz jeszcze potrafil nas czegos nauczyc.

Andras Schiff w swoich koncertach z Chamber Orchestra of Europe udowodnil, iz partnerstwo mozna przeniesc nawet w dziedzine dyrygowania. Artysta ten dotychczas nie wydawal sie byc dyrygentem, choc rezultaty z goscinnie prowadzonymi zespolami czesto byly wprost zdumiewajace. Efekt taki osiagal dzieki dobrej wspolpracy z czlonkami orkiestry, jak grupa kameralna reagujacej na jego intencje raczej niz gesty. W przypadku dwoch koncertow - prezentowanych w Lincoln Center (Avery Fisher Hall) i w Carnegie Hall - Schiff okazal sie znacznie bardziej doswiadczonym kapelmistrzem. Jak zwykle wszystko dyryguje z pamieci. Jego gesty, moze nie tak precyzyjne i nonszalanckie, jak - powiedzmy - Maazela, sa latwe do zrozumienia przez orkiestre.

Oba programy oferowaly solidna doze kompozycji dwoch mistrzow z Lipska: J.S. Bacha i Feliksa Mendelssohna. Obu kompozytorow reprezentowaly koncerty fortepianowe oraz dziela orkiestrowe. W przypadku Johanna Sebastiana pianista/dyrygent jedynie polowicznie probowal imitowac obecna tendencje wykonawstwa w sposob zblizony do tradycji barokowych. Gral je wiec jak zawsze na fortepianie, ktory wole od klawesynu. Bardziej problematyczna z punktu widzenia akustyki byla decyzja o ustawieniu fortepianu klawiatura do publicznosci i o wykorzystaniu pelnego skladu smyczkow. Pianisci-dyrygenci uwazaja, ze tego rodzaju uklad pomaga w dyrygowaniu i w kontakcie z orkiestra. W tym przypadku jednak powstawal efekt rozproszonego, pozbawionego definicji dzwieku fortepianu, zas duzy sklad orkiestry takze rownowadze tej nie sprzyjal.

Niewykluczone, ze powodowany wylacznie przekora dyrygowal on pierwsza orkiestrowa suita C-dur Bacha od klawiatury koncertowego fortepianu. Nie po raz pierwszy mam problemy ze zrozumieniem logiki tego wyjatkowo inteligentnego muzyka, i w dodatku specjalisty od Bacha. Czym innym trzy stulecia temu bylo dyrygowanie od klawiatury klawesynu w malym pomieszczeniu kilkuosobowym zespolem; nie tylko slyszalo sie dzwiek tego instrumentu, ale dostarczal niezbednej linii basowej (znanej jako basso continuo), a czym innym dyrygowanie od ledwo slyszalnego fortepianu duzym, sprawnym zespolem, ktory w tym repertuarze moglby obejsc sie i bez dyrygenta, i bez fortepianu.

Niemniej programy Schiffa i jego znakomitej orkiestry byly artystycznie ogromnym przezyciem. W koncertach Bacha: pierwszym "fortepianowym" d-moll oraz piatym brandenburskim D-dur, rzadko dzis grywanych, jak zawsze zachwycalo polaczenie witalnosci z uczuciem, energii i elegancji, wreszcie niezrownane wyeksponowanie basowej linii w lewej rece, co nie udaje sie wiekszosci wspolczesnych pianistow.

Zachwycil mnie solowy i orkiestrowy Mendelssohn. Jego koncertow fortepianowych artysta nie gral dotad w Nowym Jorku: porywajacym, pelnym pasji i jawnej wirtuozerii wykonaniem pokazal, iz drugi z Mendelssohnowskich koncertow d-moll op. 40 zasluguje na czestsze przypomnienie.

Popularna IV Symfonia, tzw. wloska, najwyrazniej moze ukazala dyrygenckie, wcale imponujace, mozliwosci Schiffa. Nie tylko orkiestra swietnie brzmiala, doskonale wywazajac pomiedzy sekcjami, dajac mistrzowskie solowki, ale calosc promieniowala nieczesto spotykanym entuzjazmem wspolnego muzykowania. Tak wnikliwy muzyk jak Schiff, choc nieprofesjonalny dyrygent, potrafil odnalezc w znanych powszechnie partyturach symfonii i granych dwa dni wczesniej fragmentow ze Snu nocy letniej nieczesto slyszane detale, jak i promiennosc, zwiewnosc czy cudowna atmosfere tej niepowtarzalnej muzyki.

O ile Schiff i Chamber Orchestra of Europe w muzyce Bacha okazali sie rozbrajajaco anachroniczni, o tyle sir Roger Norrington z Orchestra of St. Luke w muzyce Schuberta poszli w odwrotna strone. Norrington od dawna stal sie wyznawca grania muzyki orkiestrowej bez wibrata. Dowodzil, iz byl to styl narzucony pozno XIX stuleciu, nieobecny zas w orkiestrach, jakimi dyrygowal Brahms. Dawniej uprawiany przez niego i jego orkiestry - grajace na instrumentach z epoki - styl gry, charakteryzujacy sie brakiem wibrata oraz kontrowersyjnie szybkimi tempami, dzis kontynuuje z konwencjonalnymi zespolami. Obie techniki "zeskrobuja" z muzyki patyne "opaslosci": w schubertowskim programie, na ktory zlozyly sie: uwertura do Rosamundy, piesni z akompaniamentami orkiestrowymi (znakomicie spiewane przez barytona Wolfganga Holzmaira) i wreszcie najwieksza z symfonii - No. 9 C-dur, zwana Wielka, raz jeszcze udowodnily, ze w jego "szalenstwie jest metoda".

Zasluga tego niepospolicie utalentowanego dyrygenta jest to, ze swoim entuzjazmem potrafi zarazic orkiestre i publicznosc. Nigdy dotad "niebianskie dluzyzny" (okreslenie Schumanna) ogromnej rozmiarami symfonii nie byly podobnie ulotne, bystre, zwawe. Tempa rzeczywiscie byly predkie, ale nie odczuwalem uporczywego pospiechu. Lubie rowniez to "troche na pokaz" dyrygowanie artysty, ktory potrafi odwrocic sie twarza do publicznosci, by pokazac jej jakis ciekawy moment, modulacje, detal, starajac sie, aby nie przeszly niezauwazone.

Moj jedyny zal podczas tego uroczego wieczoru w Carnegie Hall wiazal sie z ograniczeniem sie Holzmaira do jedynie szesciu piesni w orkiestracjach Brahmsa, Regara, Weberna i Brittena. Nastepne pol tuzina nikogo by nie zniechecilo, szczegolnie w tak sympatycznym, intymnym wykonaniu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail