Irena GRUDZINSKA-GROSS
Ostatni dysydent
Smierc
Jacka Kuronia jest zakonczeniem pewnej epoki, pewnego stylu.
Odszedl pietnascie lat po odzyskaniu wolnosci, ciagle wierny
obrazowi Polski, o ktora walczyl cale zycie. Byl czlowiekiem
niezwyklym, wlasnym przykladem i wysilkiem wychowawczym uformowal
cale pokolenia ludzi, ktorzy mowili jego jezykiem i starali
sie sprostac jego idealom. Mial ogromna wyobraznie i intuicje
polityczna, cos w rodzaju "wynalazczosci" spolecznej:
byl przeciez jednym z zalozycieli i teoretykow ruchu "komitetow",
ktore w latach 70. ustanowily w Polsce nowa przestrzen wolnosci.
Przestrzen ta i zwiazane z nia modele zachowan politycznych
rozszerzyly sie takze na inne kraje "obozu". Slynny
tekst Vaclava Havla Sila bezsilnych wyrosl wlasnie
z inspiracji idea rzucona przez Kuronia. Nie palic komitetow
partyjnych, zakladac wlasne komitety, bylo to haslo, ktorym
Kuron uratowal Polske od niejednej krwawej konfrontacji i
wskazal droge, ktora prowadzila do niepodleglosci. Stefan
Kisielewski powiedzial kiedys, podpisujac jeden z listow protestacyjnych
przygotowanych przez Kuronia: "Tylko wariat moze uratowac
ten kraj". Jacek Kuron byl tym wariatem, ktory Polske
uratowal.
Uratowal takze wielu z nas, ludzi, ktorzy
mieli szczescie spotkac go wczesnie, byc w jego "druzynie"
albo ruszyc z nim na jakas akcje. Jego etos, energia, intensywnosc
zaangazowania w zycie spoleczne na zawsze naznaczyly nasze
charaktery. Postawil przed nami wymagania, ktorym trudno bylo
sprostac, ale ktorych nie sposob bylo zapomniec. Byl naszym
sedzia, wzorcem, starszym bratem i doradca. Pokazal nam, jak
zyc, a w koncu takze - jak umierac. Byl czlowiekiem dobrym,
spalanym troska o slabszych, biedniejszych, zapomnianych.
Krytycznym wobec siebie i tolerancyjnym wobec innych. Byl
dla mnie i dla wielu moich przyjaciol jedna z najwazniejszych
osob w zyciu, stalym punktem w swiecie dryfujacym ku wielkiej,
choralnej pochwale egoizmu. Do konca oddany najpiekniejszej
wersji solidarnosci spolecznej, nigdy nie pogodzil sie z drapieznoscia
postkomunistycznego kapitalizmu. Nie wpasowal sie prawdziwie
w nowa rzeczywistosc, pozostal dysydentem. Byl najodwazniejszym
czlowiekiem, jakiego znalam. I najmniej konformistycznym.
Jego nonkonformizm wyrazal sie na rozne sposoby,
czasem najmniej oczekiwane. Urodzil sie 70 lat temu we Lwowie
i zawsze interesowal sie Ukraina, Bialorusia, mniejszosciami
zydowska i romska. Prawdziwy patriota, bo obchodzili go wszyscy
mieszkancy Polski, ktora chcial widziec szczodra i sprawiedliwa.
Gdy po drugiej wojnie swiatowej przylaczyl sie do ruchu komunistycznego,
nie miescil sie w jego strukturach. Zalozyl wtedy wlasna organizacje
harcerska "walterowcow", w ktorej uczyl przede wszystkim
nonkonformizmu. Choc cala jego uwaga wychowawcy skierowana
byla na tworzenie zespolu, jego "zespolenie" dokonywalo
sie wokol najslabszych i kazdy mial w nim rowne prawo glosu.
W roku 1956 powrocil do partii, z ktorej przedtem wystapil,
by aktywnie uczestniczyc w Pazdzierniku. Rozczarowany poczynaniami
Gomulki napisal wraz z Karolem Modzelewskim "List otwarty
do Partii", slynna krytyke partyjnej biurokracji. Zaplacil
za to pierwszym z wyrokow wieziennych. Gdy wyszli - on i Modzelewski
- z wiezienia w roku 1967, zbuntowana juz mlodziez studencka
wlasnie na takich przywodcow czekala. Marzec 1968 takze zakonczyl
sie dla niego wiezieniem, bardzo bolesnym, bo ciezko znosil
rozlake z ukochana zona Gaja.
Lata 70. byly okresem nieslychanie skutecznej
dzialalnosci politycznej - od KOR-u do Solidarnosci. I przyszlo
kolejne wiezienie; co gorsza, ofiara stanu wojennego padla
takze Gaja. Aresztowana w straszliwie zimna noc 13 grudnia
1981 roku i pozostawiona na noc w milicyjnej "suce",
zachorowala na pluca i zmarla w 1982 roku, majac zaledwie
42 lata. Byla to najbardziej dotkliwa strata w jego zyciu.
Choc zawsze zle znosil wiezienie (a w sumie
przesiedzial ponad dziewiec lat), nigdy nie przerwal swej
dzialalnosci wychowawcy i dysydenta. Jego doswiadczenie, kontakty,
wyobraznia polityczna i wielkie serce odegraly zasadnicza
role w roku przelomu - 1989. Jesli ktokolwiek byl przygotowany,
by zasiasc do rozmow z rzadem, to byl nim wlasnie Kuron. Wiele
osob odnosi sie krytycznie do okraglego stolu, nie pamietajac,
jak niebezpieczna byla wowczas sytuacja z ciagle jeszcze istniejacym
Zwiazkiem Sowieckim i bez wzorcow na pokojowe wychodzenie
z "bloku". Dzis wydaje sie to wszystko oczywiste
i latwe, ale wtedy byla to kwestia, doslownie, zycia i smierci
calego narodu. I znow ten "wariat" nas wszystkich
uratowal.
Po roku 1989 wzial na siebie najtrudniejszy
resort: ministerstwo pracy. Wystepowal w obronie biednych
i pokrzywdzonych, ale jego dzialalnosc czesto miala wymiar
symboliczny, jak slynna zupa "kuroniowka". Dowcipna
mlodziez pisala wtedy na scianach: "Ksieza na ksiezyc,
Kuron do zupy". Stawal takze - choc bez sukcesu - do
wyborow prezydenckich, bo byl ciagle uwazany za najuczciwszego
polityka. Stopniowo jednak stan jego zdrowia zaczal sie pogarszac.
Byla to cena, jaka zaplacil za lata napiecia i wiezien. Wycofal
sie z oficjalnego zycia politycznego, ktore bylo nie tylko
uciazliwe, ale takze bezduszne. Polityczny establishment go
zawiodl, wiec Jacek znow byl dysydentem. Nie oznaczalo to
jednak zaprzestania uczestnictwa w zyciu spolecznym. Podyktowal
dwie nowe ksiazki i wiele artykulow, wraz z druga zona Danuta
zalozyl niezwykla szkole dla mlodziezy, ktora przedtem pozbawiona
byla dostepu do wyksztalcenia. Do konca dzialal, plonal, zapalal
siebie i innych. Chory i wycienczony, cierpial nad cudza krzywda.
Poczucie misji trzymalo go przy zyciu dluzej, niz sie mozna
bylo spodziewac, a zmagania z choroba nie oslabily jego wspolczucia
wobec swiata. Cierpial na wiele dolegliwosci, ale nigdy na
oschlosc serca. I tego - dobroci, wspolczucia, dzialania -
chcial nas wszystkich nauczyc. Teraz trzeba bedzie udowodnic,
ze mu sie to udalo.
|