ANDRZEJ ZAWADA
Zapiski na marginesie
"Czerwone maki" i niewesoly autobus
Sroda
Wczoraj telewizja swietowala 60. rocznice
bitwy pod Monte Cassino. Przypomnialem sobie, jakim bohaterskim
mitem stala sie ta bitwa juz w latach mojego dziecinstwa.
A wiec juz 14-15 lat po niej, kiedy jej pamiec byla calkiem
swieza. Ta pamiec wybuchla zreszta w 1956 r., wczesniej przygnieciona
stalinizmem, i w Polsce socjalistycznej, tym komunistycznym
zaborze rosyjskim, nagle raz po raz slyszalem, jak dorosli
rozmawiali o Monte Cassino. Spiewali Czerwone maki.
"Zdobywali" ksiazke Melchiora Wankowicza i pozyczali
sobie w aurze wtajemniczenia, jakby dzielili sie przyjaznia
i okazywali zaufanie. Wtedy, moze to byl rok 1959 albo 1960,
bylem chlopcem 11-12-letnim, tez ja przeczytalem, bardzo dokladnie.
W naszym miasteczku ludzie z duma pokazywali sobie na ulicy
czlowieka, ktory walczyl w tym wspolczesnym Grunwaldzie. Sprawdzalem
indeks nazwisk w reportazu Wankowicza - bylo. Nawet dwa razy,
bo walczyli dwa bracia. Nadal pamietam - nazywali sie Duda.
I kiedy wczoraj patrzylem na starych, 80-letnich
kombatantow, poczulem, ze jestem jednym z nich. Przeciez w
pietnascie lat po bitwie trzymalem za nich kciuki, czulem
nad plecami ostrzal niemiecki, czolgalem sie wsrod skal i
trupow. Wprawdzie juz wiedzielismy, ze bitwa wygrana, ale
czulismy, ze wojna trwa i wolnosc jeszcze nie odzyskana.
Nie wiem, czy general Wladyslaw Anders mogl
w pelni zdawac sobie sprawe, ze przyjmujac zadanie zdobycia
Monte Cassino, zdobywal dla Polakow majacych po wojnie zyc
po wschodniej stronie Europy uzdrawiajace poczucie wewnetrznej
wolnosci i tozsamosci. Mit Monte Cassino, mit zwycieski, romantyczny
i heroiczny, gleboko zapadl w dziecieca swiadomosc mojego
pokolenia i w niemozliwym do zmierzenia, ale bardzo powaznym
stopniu wykarmil nasze poczucie godnosci i sily.
Czwartek
Od kilku tygodni, przed snem, wygospodarowujac
na to mniej wiecej pol godziny, czytam Kartki z dziennika Stefana Chwina. Podoba mi sie ta ksiazka, jest interesujaca
i napisana atrakcyjnie. Sporo w niej watkow, ktore rowniez
mnie nie sa obce, a ktore obejmuja wazne kwestie zyciowe.
Wsrod watkow literackich, autotematycznych i opinii o innych
autorach, zwraca uwage krytyczny, a nawet ironiczny stosunek
do Tadeusza Rozewicza. Najpierw Chwin pisze, ze lament Rozewicza
nad smiercia poezji jest falszywy. Ten falsz i ja wyczuwam
od wielu lat, i mnie on tez przeszkadza. Wczoraj zas przeczytalem
o rozmowie autora z mlodym erudyta, ktory stwierdzil, ze Rozewicza
"juz sie nie czyta".
Tworczosc, ktora przemija szybciej od jej
autorow. Widze to zjawisko i od lat obserwuje je z melancholia.
Lista nazwisk szybko sie wydluza. Gdzie gwiazdy sprzed dwudziestu,
sprzed dziesieciu lat? Jerzy Andrzejewski, ktory wydawal sie
byc mocarzem piora - zniknal. Juz nie mowie o innych, tez
popularnych: Kazimierz Brandys, Tadeusz Nowak, Roman Bratny,
Andrzej Kusniewicz, Julian Stryjkowski, moj ulubiony Melchior
Wankowicz... A co sie dzieje z Andrzejem Szczypiorskim, dopiero
co autorem bestsellerow? A co z Tadeuszem Konwickim, wieszczem
polskiej inteligencji w PRL? Rozewicz nadal pisze, i to madrze,
a wydawcy dbaja o jego obecnosc, ale i on jest - nie moge
sie wyzbyc podczas lektury kolejnych nowych tomikow tego przykrego
wrazenia - jakis bolesnie, moze tez programowo niedzisiejszy.
A Zbigniew Herbert? Przez wielu stawiany na pierwszym miejscu,
przed i przeciw Czeslawowi Miloszowi? Czas bezwzglednie i
z jakas zlosliwa gorliwoscia odslania patos i retorycznosc
tej poezji.
Na naszych oczach pelna para pracuje wielka
literacka pralnia, mechaniczny czysciec.
Widze tez innych, ktorzy towarzysko bywaja,
celebruja swoja obecnosc, dyskretnie albo i calkiem niedyskretnie
przesuwaja sie do pierwszego rzedu. Pilnuja, by o nich nie
zapomniano, zabiegaja o nagrody i ordery, dziergaja intrygi,
ktore maja im przyniesc doktorat honorowy lokalnego uniwersytetu
albo przeklad paru wierszy w jakiejs zagranicznej antologii.
Jezdza, podrozuja, prowadza zycie komiwojazerow, zarywaja
noce, psuja zoladek byle jakim jedzeniem, niszcza watrobe
nie zawsze szlachetnym winem serwowanym przy okazji konferencji
i promocji. Naprawde, ciezko, jak na swoje lata, stanowczo
za ciezko pracuja na to wirtualne istnienie. Nie odbedzie
sie bez nich zadna literacka celebra, a nastepnego dnia na
fotografii w gazecie ujrzymy ich na pierwszym planie. Niby
nie patrza w obiektyw, ich wzrok bladzi po niebie, ich mimika
subtelnie sugeruje, ze nieswiadomi swej popularnosci wlasnie
oddalaja sie mysla, by zajrzec pod podszewke nazbyt jaskrawego
swiata. Ale jezeli sie dobrze przyjrzec, jedno oczko kacikiem,
boczkiem, spod zmruzonej powieczki bystro popatruje, czy wszystko
zgodne ze scenariuszem. Oczko sprawnego rezysera, czujne oczko
autokreacyjne.
A na dnie tego oczka wiedza, ze od tej czujnosci
zalezy byc albo nie byc.
O kim pisze? O niejednym (niejednej). Moglbym
podac przyklad, nazwisko, nazwiska. Ale lepiej tego nie robic,
bo nie konkretny przypadek opisuje, ale zjawisko. Stare, wieczne
zjawisko. Vanity fair. Targowisko proznosci. Rynek
marnosci.
Piatek
Psuje mi sie auto, musze jechac do warsztatu,
niestety. Strata dnia i wydatek.
Niedziela
Zepsula sie takze kosiarka (silnik). Zepsula
sie drukarka. Wczoraj zlamaly sie metalowe grabie. Cywilizacja
jednorazowego uzytku.
Skonczylem wczoraj lekture Kartek z dziennika Chwina. Czytalem te zapiski powoli, wieczorami, od mniej wiecej
miesiaca i jestem pod uwodzicielskim urokiem tej ksiazki.
Atrakcyjna i zmienna jak dawny ideal kobiecosci, barwna, przewrotna,
kokieteryjna i ciekawa. A zarazem madra, gleboka, powazna,
bardzo osobista. Autor unika ekshibicjonizmu, a potrafi mowic
odpowiednio otwarcie o swoich myslach. Umie tez robic to tak,
zeby nie nuzyc, nie nudzic, a wciagnac do nieomal dialogu.
Trudno mi o tej ksiazce pisac tak krotko, bo jest obszerna
i bogata, wielowatkowa i stylistycznie roznorodna. A przede
wszystkim: podczas lektury ma sie swietne wrazenie uczestnictwa
w rozmowie z pisarzem. Prawdziwym pisarzem. Bo Stefan Chwin
jest nim cala geba. Wlasnie - geba.
Wyobrazam sobie, jak za to oberwie od niektorych
mlodych przemadrzalych.
Mnostwo tu ciekawych watkow, autotematycznych,
autobiograficznych, kwestii swiatopogladowych istotnych dla
mojej generacji. Z przyjemnoscia ogladalem nasz swiat oczyma
Chwina i podazalem jego sciezkami po mapie literatury. Kiedy
pisze: "Literatura - mowiac patetycznie - jest od poszerzania
egzystencji" (s. 450), mam wrazenie, ze i jak tak mysle.
Kiedy mowi, ze "Z pewnoscia literatura powinna walczyc
ze zlem. Ale mnie blizsza jest literatura, ktora pyta o to,
co to jest dobro, a co to jest zlo" (s. 364) - to trafia
w sedno takze mojego odczuwania swiata. Bowiem jak oceniac
rzeczywistosc, ktora jest nieczytelna? Trzeba ja najpierw
probowac rozpoznac. W Kartkach z dziennika raz po raz
trafiam na moje wlasne sady, odczucia, oceny.
Wtorek
Wczoraj, kiedy auto bylo w warsztacie, podjechalem
cztery przystanki autobusem linii miejskiej, ktorego trasa
prowadzi za miasto, do ogrodkow dzialkowych i najblizszej,
przemyslowo-podmiejskiej wioski. W autobusie pasazerowie wylacznie
starzy i biedni, groszowi emeryci, drobni pijaczkowie, paru
mlodych mezczyzn o wygladzie sezonowych robotnikow. Nieswieze
koszule w wyplowialy kwiecisty wzor, takie, jakie za pare
zlotych kupuje sie na targu, wytarte spodnie, znoszone adidasy,
sandaly. Torby szmaciane, tak zwane dziadowki, albo sklepowe
foliowe reklamowki.
Moj jasny lniany garnitur - ranek byl cieply
i sloneczny, a pozniej mialem zajecia na uniwersytecie - swiecil
w tym autobusie jak stroj arystokratycznego salonowca, ktory
nieuwaznie zabladzil miedzy prawdziwych, rzeczywistych mieszkancow
Ziemi. Patrzyli na mnie z obrzydzeniem albo co najmniej niechecia.
Oto ten, ktory zyje ich kosztem, darmozjad, ktory zabral im
gwarantowana w socjalizmie posade, gierkowskie pare zlotych
do pierwszego, darmowe leki w przychodni. Oto ten, ktory jest
winien ich starosci. Ten, ktory zadowolonym, schludnym wygladem
odbiera nadzieje. Przeciez nikt nie jest taki glupi, zeby
wierzyc, ze nadziei wystarczy dla wszystkich.
Nagle zrozumialem, ze kiedy ten autobus podjedzie
ktorejs niedzieli pod lokal komisji wyborczej, wszyscy zaglosuja
na Samoobrone albo Lige Polskich Rodzin. Nie dlatego, zeby
wierzyli, ze populisci zrobia cud gospodarczy i bedzie dobrobyt.
Nie, pasazerowie tego autobusu z pewnoscia w to nie wierza.
Sa na to za starzy, zmeczeni i zbyt doswiadczeni. Ale zaglosuja
przeciwko takim jak ja. Zeby utrzec im nosa, zeby sie nie
panoszyli. Zeby nie jezdzili czystymi autami, nie obnosili
sie z jasnymi spodniami, nie brzeczeli komorkami. Zeby nie
bylo widac ich powodzenia, zeby nie draznili ludzkich oczu
swoja zaradnoscia, skutecznoscia, pracowitoscia. Zeby slabszych
nie wpedzali w depresje swoim sukcesem.
Dlatego caly ten niewesoly autobus gotow
jest modlic sie w kosciolach do ukochanego Papieza-Polaka,
zeby prezydentem zostal Lepper. Niech wreszcie przyjdzie silny
czlowiek, wodz, krol, nawet tyran, i niech, do cholery, zrobi
porzadek. Zreszta, my, prosci ludzie, nie boimy sie tyranow.
On jest jednym z nas, tez jest prostym czlowiekiem, i swoich
nie da skrzywdzic.
Debniki, 1 czerwca, Dzien Dziecka 2004
|