MAREK WALICKI
Niezmordowany
i wierny do końca
Korespondowaliśmy
i rozmawialiśmy ze sobą dość regularnie do lipca ubiegłego
roku. To znaczy przez blisko pół wieku, od chwili, gdy po
trzech latach pracy w Radiu Wolna Europa ku zdziwieniu Jana
Nowaka opuściłem Monachium, by skończyć z prowizorycznym statusem
bezpaństwowca i założyć rodzinę w Stanach Zjednoczonych. Początki
amerykańskie były dla mnie bardzo trudne. Nikogo to jednak
zbytnio nie obchodziło, bo niby dlaczego. Do wyjątków należał
Jan i moja matka w Polsce, odcięta żelazną kurtyną. W listach
i kartkach świątecznych wysyłanych do mnie z Monachium Jan
zawsze pytał: "Co Pan obecnie robi, jak się Panu powodzi?".
Byliśmy wówczas jeszcze "na pan". W tych pytaniach wyczuwałem
jakąś troskę o moją przyszłość. I nie myliłem się. Zrozumiałem,
że wciąż należę - niczym raz wyświęcony ksiądz - do tego pierwszego
zespołu RWE, który, jak napisałem już w swoich wspomnieniach
dziennikarskich, "był w zasadzie jedną oddaną sprawie rodziną,
pełną zaufania do swego kierownika Jana Nowaka". Toteż nie
trzeba było długo czekać, a pod wpływem mojego - w najlepszym
znaczeniu - Mentora, powróciłem na radiowe łono. Nie będę
się powtarzać i opowiadać, jak układała się nasza wieloletnia
współpraca. Ograniczę się do korespondencji prywatnej, która
rozpoczęła się po moim odejściu z RWE w roku 1976 i przybrała
przyjacielską formę po przejściu Jana Nowaka na emeryturę
w roku następnym. Wówczas przestaliśmy być uzależnieni od
siebie służbowo, a ponadto staliśmy się bliskimi sąsiadami,
często odwiedzającymi się. Żyliśmy, co prawda, sprawami polskimi
(ja pracując jeszcze w Głosie Ameryki, Jan zaś, z wolnej stopy,
jako konsultant do spraw Europy Środkowo-Wschodniej i mediów
przy Radzie Bezpieczeństwa USA, a także członek rady dyrektorów
Kongresu Polonii Amerykańskiej), lecz zawsze znajdowaliśmy
czas dla siebie; by razem wybrać się na wycieczkę, na polski
film do Ambasady RP, przedstawienie teatralne, wystawę sztuki,
a nawet na polowanie. Czuliśmy, że jest to nam potrzebne,
że będąc razem czujemy się dobrze, odpoczywamy. W czasie osobistych
wspólnych wypraw i wizyt Jan był uroczy, tryskał dowcipem,
interesował się też dosłownie wszystkim, co w jakiś sposób
wiązało się z moją rodziną - z synem, którego bardzo lubił,
z córką, a nawet z moją wnuczką, z którą bawił się zabawkami,
gdy miała zaledwie 2 latka. I tak było do powrotu Jana na
stałe do Polski w roku 2002. I znów zaczęła się korespondencja...
W marcu roku następnego Jan odwiedził po raz ostatni Stany
Zjednoczone. Gdy powrócił z nich do Polski, napisał: "Dojechałem
bardzo zmęczony, ale jeszcze żyję. Dziękuję Wam najserdeczniej
za urocze chwile spędzone w waszym domu. Dobrze jest mieć
takich przyjaciół jak Wy... czekam na okazję, by się wam odwdzięczyć
w Warszawie".
Odwiedziliśmy go na Czerniakowskiej; ja dwukrotnie. Po raz
drugi na przełomie sierpnia i września ubiegłego roku, zaniepokojony
treścią jego lipcowej korespondencji, o której wspomniałem
na początku. W faksie datowanym 27 lipca Jan tak bowiem napisał,
m.in. pod wpływem moich troskliwych nalegań: "Odpowiadam z
miejsca na Twój serdeczny list z 27 bm. Wydaje mi się, że
nie zdajesz sobie sprawy z mego stanu fizycznego. Czuję się
wciąż b. osłabiony i unikam wszelkiego wysiłku. Odpowiadania
na pytania dziennikarzy i występów przed kamerami nie unikam,
bo to jest jedyna pożyteczna rzecz, na jaką mnie stać. Natomiast
korespondencji nie prowadzę w ogóle, bo odpowiadanie na listy
zabrałoby mi cały mój czas. Jestem Ci wdzięczny za troskę
o moje sprawy... Żyję w dobrych warunkach z uczuciem, że wszystko
mam już za sobą i czas spokojnie odejść" (podkr. - MW).
Te ostatnie słowa Jana i wiadomości od lekarzy o jego postępującej
chorobie sprawiły,że poleciałem do Polski i zatrzymałem się
u niego w "moim" - jak zawsze podkreślał - pokoju. Czułem,
że cieszy się, iż jesteśmy znów razem, co można zauważyć na
reprodukowanej fotografii. Mówiliśmy sporo o przeszłości i
o Fundacji Jana i Jadwigi Nowak-Jeziorańskich, którą powołał
w zeszłym roku jako jedynego swego spadkobiercę i która już
przekazała większość majątku śp. Fundatora, w tym jego kolekcje
sztuki, księgozbiory i archiwa Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich
we Wrocławiu.
Podczas tego ostatniego naszego spotkania starałem się też
załatwić - jak zawsze - sporo spraw praktycznych. Kupiłem
Janowi sterowane elektrycznie łóżko szpitalne z materacem
przeciwodleżynowym, a także usiłowałem zorganizować hospitalizację
domową z fachową fizykoterapią. Te ostatnie próby z różnych
powodów, o których nie chciałbym w tym miejscu mówić, nie
przyniosły pożądanych rezultatów. I to mimo nalegań kilku
Jana przyjaciół i osobistego lekarza. Tym niemniej łóżko szpitalne,
piękny mebel produkcji polskiej, który zdobyłem w Łomiankach,
Jan nazwał z humorem moim imieniem i nazwiskiem... Ale choroba
dawała się coraz bardziej we znaki, Jan przestał właściwie
chodzić. Pod koniec ubiegłego roku wymieniliśmy jeszcze dwa
faksy. W listopadowym pisał mi m.in.: "Moja głowa funkcjonuje
sprawnie. Gorzej jest z wysiłkiem fizycznym. Daje się odczuć
ogólne osłabienie. Na szczęście życie mam dobrze zorganizowane,
tyle że monotonne". Potem kilka słów o Wiśce, czyli o "Grecie",
że też "w ostatnich latach nie wychodziła prawie z domu i
nie miała własnego kręgu znajomych-przyjaciół. Oprócz Walickich".
A na zakończenie w odpowiedzi na moje pytanie, kto ma pisać
"rozdział amerykański" jego biografii, wyjaśniał: "Nikt niczego
nie napisze o moim amerykańskim rozdziale, jeśli nie zapozna
się z korespondencją z tego okresu, zdeponowaną w Ossolineum.
Nie mam pojęcia, kim jest p. N. i nie zamierzam obdarzać zaufaniem
człowieka całkowicie obcego...".
W grudniu ub.r. wyjeżdżałem na Florydę i zawiadomiłem o tym
Jana. Otrzymałem odpowiedź kończącą się takim zdaniem: "Czy
możesz na wszelki wypadek podać datę wyjazdu i powrotu z Florydy
jak również numer faxu i e-mailu w czasie wakacji. Nie będę
Cię niepokoił bez potrzeby. Ściskam Was i całuję najserdeczniej".
Były to ostatnie jego słowa skierowane do mnie. I choć nie
odpowiedział już mi na faks sprzed zaledwie dwóch tygodni,
dał w pełni dowód, że choć stawał się coraz słabszy i miał
pełną świadomość, że umiera i traci bieżącą pamięć, do końca
nie zapomniał o naszej starej, wypróbowanej przez ponad pół
wieku przyjaźni.
Żegnaj Janku, drogi i wierny Przyjacielu, Twoje długie życie
będzie na zawsze przykładem, co znaczy służba dla Ojczyzny.
Falls Church, 21 stycznia 2005 r.
|