Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Wolność w kraju krat
Adam Mickiewicz w czasie paryskiego pisania Pana Tadeusza
popełnił zdanie, które odbija mi się czkawką za każdym razem,
gdy wyjeżdżam z Polski. Brzmi ono tak: "Biada nam zbiegi,
żeśmy w czas morowy/ Lękliwe nieśli za granicę głowy...".
Moja lękliwa głowa zbiega z Polski jaruzelskiej wciąż tłucze
o mur tego samego pytania: czy nadal wyjeżdżam ze swojego
kraju - po krótszym lub dłuższym w nim pobycie - czy wracam
do swojego kraju, w tym przypadku Kanady? Kwestia podwójnej
lojalności, problemy z tożsamością są stare jak emigracja.
Miał je mitologiczny Odys poszukujący swej Itaki, miał Bronisław
Malinowski szukający na Wyspach Triobrianda zagubionego skarbu
ludzkiego braterstwa, w czasie gdy Europa pławiła narody we
krwi i łzach I wojny światowej.
O Malinowskim przypomniał mi długonogi, czarnoskóry kościsty
wielkolud, wciśnięty w sąsiedni fotel klasy turystycznej airbusa
British Airways, zdążającego z Londynu do Toronto. Mój sąsiad
uprzejmie się przywitał, podając mi swoje imię i nazwisko.
Jame Awala powiedział ponadto, że pochodzi z Mogadiszu w Somalii,
że mieszka od trzech lat z synami i córkami w Brampton niedaleko
Toronto, że jest muzułmaninem i że jest szczęśliwy z tytułu
poznania nowego brata. Poczułem się wyróżniony i odpłaciłem
mu pięknym za nadobne: przez całą podróż szedłem Jame z odsieczą
przy obdzieraniu z celofanu wykwintnych, choć niejadalnych
potraw. Jame miał z osiemdziesiąt lat, słabe oczy i lekko
trzęsły mu się ręce. Swoimi długimi kościstymi palcami nie
mógł dobrać się do tajemnic angielskiego stołu. Gdyby nie
moja pomoc, wysiadłby z samolotu może i głodny, ale może jeszcze
bardziej szczęśliwy.
Piszę o Jame tak szczegółowo dlatego, że owe siedem godzin
spędzone obok niego ponad Atlantykiem (gdzie jakiś frajer
męczy się od czterech już lat płynąc żabką, choć można szybciej
i wygodniej szerokokadłubowcem) były dla mnie cudowną odtrutką
na jady i zgorzele, trucizny i masochizmy, zgromadzone w czasie
półrocznego pobytu wśród rodaków. Pogodna twarz Somalijczyka,
nazywającego bratem nowo poznanego obcego - z jednej strony.
A z drugiej - jakże często smutna, niechętna, zacięta twarz
rodaka patrzącego bykiem na sąsiada. Nie chcę tu znowu krakać,
ale wydaje mi się, że mamy w Polsce poważny problem: polskie
piekło nie stygnie niczym lawa, bo jej wewnętrznego ognia
jakoś czas nie ziębi.
Nasz stary kraj przybiera na międzynarodowej wadze, złotówka
sztucznie, bo sztucznie, ale umacnia się w stosunku do dolara,
ale stosunek człowieka do człowieka tam się nie umacnia, a
jakby na przekór światowym tendencjom - słabnie. Zawsze byliśmy
indywidualistami, ale to, co dzieje się teraz, nadaje się
do księgi rekordów w dziedzinie chodzenia w poprzek. Polska,
jak długa i szeroka, zamienia się powoli w kraj krat - dosłownie
i w przenośni. Buduje się coraz więcej domów, ale przypominają
one raczej pilnie strzeżone więzienia niż miejsca do życia.
Groźne rottweilery na podwórkach, groźne spojrzenia zza solidnych
krat w oknach, kraty na drzwiach, murowane ogrodzenia, żeliwne
bramy otwierane bez wysiadania (Boże uchowaj!) z samochodu.
Zauważyłem, że te mury, szlabany i ogrodzenia wyrastają nawet
wcześniej od domów, a przynajmniej razem z nimi.
Powszechna kultura strachu, stałego zagrożenia napadem, złodziejami,
intruzami, zwykła potrzeba poczucia bezpieczeństwa czy niezwykła,
jak na wolny w końcu kraj, moda na grodzenie się, zamykanie,
odcinanie od widoku i obecności sąsiada - trochę mi się kłóci
z budowaniem demokracji. Gdy patrzę na Polskę nie domów, a
betonowych i żelaznych bunkrów, groźnych i niedostępnych już
nie tylko przybyszom, ale i "niepożądanym" oczom, wydaje mi
się, że mieszkańcy Polski, budując demokrację, odbudowują
przy okazji mur berliński, który pozostał w ich podświadomości
po latach zniewolenia. Podobnie jak dla Ryszarda Kapuścińskiego,
mówiącego i piszącego stale o konieczności spotkania z Innym,
dla mnie jest to dowodem klęski człowieka. Nie systemu społecznego,
nie historii, ale właśnie człowieka. W Polsce można to obserwować
na przykładzie niechęci porozumienia się z Innym, powszechnego
braku zaufania do siebie, potrzebie izolowania się od bliźniego
w miejsce Stachurowego "zabliźniania" się z bliźnim.
Poznany w tym samym samolocie co Somalijczyk Jame Awala -
pan Tadeusz, anestezjolog z Buffalo, opowiedział mi historię
nieudanej próby porozmawiania z rodakami na turnusie wczasowym,
bodajże w Busku. Na swoje uprzejme: "Czy mogę się państwu
przedstawić?" usłyszał burknięcie: "Nie zamierzamy się panu
przedstawiać". Jakby podanie ręki i skromne "Malinowski jestem"
było dziś zaproszeniem do rabunku, uwiedzenia żony (to zawsze
jest możliwe, przecież wszystko zależy od niej) czy gwałtem
na szczelnie chronionej prywatności. Tymczasem tak rozumiana
prywatność to zwykłe chamstwo. Nie usprawiedliwi go żadna
historia, gdyż z punktu widzenia przeciętnego obywatela świata
typu Jame Awala podobne postawy są zupełnie w świecie niezrozumiałe.
Prowadzą też do trudnych, bo nierozwiązywalnych konfliktów.
W Warszawie zapytał mnie znajomy kanadyjski dziennikarz,
czy te wszystkie zakratowane okna w budynkach mieszkalnych
i uzbrojeni strażnicy w sklepach z żywnością to spuścizna
obozów koncentracyjnych. Zapieniłem się, dotknięty do żywego,
bo w pierwszym odruchu zakompleksiałego człowieka ze Wschodu
pomyślałem, że pije do "polskich obozów koncentracyjnych".
On mi na to uprzejmie wyjaśnił, że doskonale wie, że obozy
zbudowali Niemcy i oni byli w nich katami, a my w nich ofiarami,
a także że nie ponosimy winy za zbrodnię holocaustu, lecz
uważa, że te wszystkie zasieki, kraty, rampy selekcyjne, mury
gett musiały pozostawić w polskiej świadomości trwały ślad
- stąd te zasieki, mury, kraty w oknach naszych miast.
Odpowiedziałem mu żartem, że Polacy postanowili odgrodzić
się od siebie, żeby na się wzajemnie nie wpadać. Przecież
Mur Chiński i bramy Babilonu, mur berliński i kamienne mury
Inków, mur zimnej wojny, naszpikowany atomowymi rakietami,
mur przecinający Izrael na dwie połówki, mury z kamieni sypane
przez wszystkie wieki a rozdzielające plemiona i narody służyły
tylko jednemu: zachowaniu pokoju. Zamiast walczyć, lepiej
się odgrodzić, izolować, wyłączyć, zamknąć. Mój biedny rozmówca
mógł zrozumieć z tej dość pokrętnej wypowiedzi, że Polacy
zakładają kraty na oknach, by ze sobą nie walczyć na doniczki,
a jedynie na wyzwiska.
Piszę te słowa w moim kanadyjskim domu, patrzę przez okno
na rozległą, białą przestrzeń i czegoś mi w tym krajobrazie
brakuje. No tak: przecież w oknie nie ma kraty, za oknem nie
ma żelaznego ogrodzenia, łączącego się z innym ogrodzeniem
w niekończący się labirynt ogrodzeń, niczym łańcuch pętający
nogi schwytanych zbiegów, co w czas morowy lękliwe ponieśli
za granicę głowy, ale na szczęście wrócili i cieszą się w
wolnej Polsce okratowaną wolnością.
|
|