ANNA KRAJEWSKA-WIECZOREK
Rozmowa
o polskich Żydach
Anna
Krajewska-Wieczorek: - Linię Twych przodków po kądzieli
można bez trudu ustalić do szóstego pokolenia. Twój praprapradziadek
Mojżesz Tenenbaum, ojciec Ewy Nusbaum, dziadek Bronisławy
Lande, pradziadek Stefanii Wertenstein, prapradziadek Twojej
matki Kazimiery Kott. Rodzinę po mieczu daje się, jak dotąd,
rozpoznać tylko w trzech pokoleniach: Twoich dziadków: Teofilę,
z domu Sanders i Leopolda Kotta, rodziców Maurycego - Twego
ojca i Twej ciotki Ludwiki. Obie te rodziny osiedliły się
w Warszawie; rodzina Twej matki u początków XIX wieku (albo
i wcześniej), a Twoi dziadkowie ze strony ojca przywędrowali
do Warszawy z Konina pod koniec XIX stulecia. Rodzina matki
należała do inteligencji, zaś rodzina ojca trudniła się kupiectwem.
Oba te rody należały do z dawna spolonizowanych Żydów.
Jan Kott: - Tak, to wszystko prawda, choć moja pamięć
sięga tylko życia mych dziadków. Bisterka Rajcic z Belgradu,
świetna tłumaczka na serbski, moja i wielu polskich pisarzy,
która przygotowała teraz ogromny 900-stronicowy tom Pisarze
kultury polskiej, przysłała mi niedawno fotografie grobu
mojej rodziny na Cmentarzu Rakowieckim w Krakowie. Zrobiła
tam fotografie trzech tablic, które Michał [syn Jana Kotta
- przyp. AK-W] postawił, gdy był ostatnio w Polsce; tablice
z imionami mojej babki, mojej matki i mojej siostry.
- Babki Stefanii Wertenstein?
- Tak. Babki Stefanii, matki i mojej siostry Lalutki.
- Tak nazywałeś swą siostrę Anielę - Lalutka?
- Zawsze, od dzieciństwa, tak; Lalutka. I w jakiejś mierze
historia tych trzech kobiet jest historią asymilacji pewnej
grupy inteligencji żydowskiej w Polsce, a właściwie w Warszawie.
Moja babka Stefania, u której mieszkałem przez wiele lat,
gdy moi rodzice przenieśli się do Bielska, była żoną lekarza
Jakuba Wertensteina. Mieli takie ogromne mieszkanie na Senatorskiej,
z długim korytarzem, przez który ja biegłem, bo się bałem,
że mnie tam coś po drodze "zajmie".
- "Zajmie"...?
- Bałem się, że coś na mnie po drodze skoczy; to był długi,
ciemny korytarz od pierwszego pokoju aż do kuchni. Dziadek
był bardzo wziętym lekarzem, ale bardzo ideowym i głównie
leczył biedotę.
- Był ginekologiem?
- Tak. Przed gabinetem dziadka był obszerny pokój
i tam gromadzili się pacjenci, nie tylko kobiety, najczęściej
bardzo biedni Żydzi, których dziadek leczył bezpłatnie lub
za niewielką opłatą. Blisko Senatorskiej, bo tylko dwie ulice
dalej zaczynało się getto żydowskie.
- Warszawskie Nalewki?
- Tak. Dziadek był bardzo surowych obyczajów i żadne pieniądze
ani żadne poręczenie nie mogły skłonić go do operacji "skrobanek".
Nigdy nie wykonał takiego zabiegu.
- A babka Stefania? Jak ją pamiętasz?
- Była inteligentna i wykształcona, ale kobiety jej pokolenia
rzadko podejmowały pracę poza domem. Pomagała dziadkowi, zdaje
się też trochę zmuszona do zabiegania o finanse, bo wiem,
że wynajmowała czasem pokój albo dwa z tego ogromnego mieszkania.
Moja babcia Stefania wydawała uroczyste kolacje w piątki i
na te kolacje schodziła się cała bliższa i dalsza rodzina.
Przychodził Adam Lande, brat babki, także lekarz, i mój wujek,
brat matki Ludwik Wertenstein, później asystent Marii Skłodowskiej-Curie.
Jedną z osób, które dobrze pamiętam z tych kolacji, była Amelia
Hertz, jakaś daleka kuzynka.
- I autorka nowatorskich dramatów symbolistycznych, które
dopiero teraz wychodzą w całości drukiem, po polsku i po angielsku.
- Amelia Hertz była profesorem Wolnej Wszechnicy w Warszawie,
specjalistką od kultur starożytnego Wschodu, głównie egiptologii.
Pisała też dramaty. Ale jako Żydówka i jako kobieta nie miała
możliwości wyjazdu na badania do Egiptu i tylko siedząc przy
biurku odkryła jakieś niesłychane rzeczy w swojej dziedzinie.
Była bardzo utalentowana. Jej dramaty drukowano w Polsce w
Chimerze i jeden chyba w Paryżu. Pamiętam, że była
gruba i brzydka, ale bardzo interesująca.
Przychodzili też do nas rozmaici kuzyni, z których tylko
część uratowała się z zagłady Żydów w czasie okupacji niemieckiej
w Polsce. Po wojnie niektórzy z nich odwiedzali mnie, ale
ja się wobec nich zachowywałem z niesłychaną arogancją i egoizmem.
Z nikim z tej dalszej rodziny nie chciałem się widywać.
- Dlaczego?
- Trudno powiedzieć. Byłem pogrążony w swoich sprawach i
było mi to trochę niewygodne. Ale tych ludzi najbliższych,
z rodziny mojej matki, oczywiście widywałem.
- A jak było z rodziną ojca?
- To była rodzina Koralów. Rodzina mojej ciotki Ludwiki,
zwanej Lutą, siostry ojca. Ta rodzina też była zasymilowaną
rodziną żydowską i bardzo patriotyczną. W ich domu, jak pamiętam,
też mówiło się wyłącznie po polsku.
- Czy myślisz, że znali oni jidysz albo hebrajski, ale
ich nie używali?
- Nie potrafię powiedzieć, czy znali któryś z tych języków.
Mój ojciec znał odrobinę jidysz; jakieś słowa i wyrażenia.
Musiał je pamiętać z domu. Mówił np. często: myszuge! Natomiast
ciotka Luta prowadziła dom całkowicie polski. Była to bardzo
piękna kobieta. Koralowie mieli jedynego syna, Tomka. W czasie
wojny należał do Armii Krajowej i zginął w powstaniu warszawskim.
Ciotka Luta i jej matka, kiedy tam przychodziłem jako student,
robiły mi jakieś znaczki na czole i mówiły: "Wszystko będzie
dobrze". Byłem już wtedy studentem prawa i myślę, że one bały
się, że moje pochodzenie może mi zaszkodzić. Po wojnie ciocia
Luta pracowała przez całe lata w Kuźnicy jako sekretarka.
Byłem z nią bardzo blisko, bardzo ją kochałem. Po marcu '68
rodzina ciotki Luty wyemigrowała do Szwecji.
- Czy w domu rodzinnym albo u babki Stefanii mówiło się
o Waszych przodkach?
- Dużo o mojej prababce, z której moja matka i moja babka
były bardzo dumne. Matka mojej babki, Bronisława pochodziła
z inteligenckiej rodziny Nusbaumów. Moja prababka znała biegle
trzy albo cztery języki, bo korespondowała z Orzeszkową po
polsku, ze swoim przyszłym mężem po francusku, a w sprawach
handlowych po niemiecku. Zostawiła trzy tomy pamiętników pisanych
po polsku od czasów powstania styczniowego w 1863 roku. Były
te pamiętniki nieocenionym dokumentem asymilacji Żydów i ich
sytuacji w Warszawie. Niestety, w 1939 roku, tuż przed wojną
wypożyczył je z domu mojej babki archiwista Rafał Gerber,
który się zajmował historią Żydów w Polsce. Pamiętniki nie
ocalały; spłonęły w Warszawie w czasie bombardowania.
- Brat Twojej prababki Bronisławy, Józef Nusbaum-Hilarowicz,
był znanym biologiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego,
a potem Lwowskiego.
- Józef Nusbaum, potem od czasów kariery uniwersyteckiej
we Lwowie Nusbaum-Hilarowicz [jako syn Hilarego] był najsłynniejszym
z moich przodków. Mam w swojej bibliotece książkę jego wspomnień
[Pamiętniki przyrodnika. Autobiografia, Universitas,
Kraków 1992] redagowaną po części przez moją siostrę Anielę
Kott. Józef Nusbaum był znakomitym biologiem i przyrodnikiem,
twórcą "lwowskiej szkoły zoologicznej" i właściwie też filozofem
przyrody.
O nim, tak jak o prababce Bronisławie, też się sporo w domu
słyszało. Ale ja byłem, niestety, jeszcze wtedy za młody i
za głupi, żeby to wszystko, co działo się w rodzinie, zauważyć,
albo się tym specjalnie zainteresować. Odsuwałem też te relacje
rodzinne jak najdalej od siebie.
- Musiała być jakaś tego przyczyna. Czy przeszedłeś jakiś
uraz z powodu żydowskiego pochodzenia?
- Trudno powiedzieć. Nie bardzo dziś potrafię to wytłumaczyć.
- Czy w Twoich latach dziecięcych, w szkole albo wśród
kolegów zaszło coś, co było związane z Twoją rodziną?
- Zaraz do tego dojdziemy. Kiedy się urodziłem, mój ojciec
nie pozwolił mnie obrzezać, a jak się skończyła I wojna i
Polska odzyskała niepodległość, ojciec postanowił mnie ochrzcić.
Musiałem mieć wtedy może sześć albo siedem lat. Ojciec zdecydował
też, że abym nie był jedynym katolikiem w domu, na katolicyzm
przejdzie także moja matka. Najwidoczniej przeczuwał, że nic
odtąd nie będzie tak samo. Chciał nas uchronić.
Z tych dwu różnych religii w domu zacząłem sobie zdawać sprawę
dosyć późno. Chodziłem do szkoły i byłem bardzo wierzącym
katolikiem. Pamiętam, jak kiedyś siedziałem naprzeciw ojca
i błagałem go, żeby on także się ochrzcił. Ale to mogły być
okolicznościowe konflikty, które w żaden sposób nie zagrażały
ani małżeństwu moich rodziców, ani nie psuły mojej relacji
z ojcem.
- Chodziłeś więc do kościoła i na lekcje religii. Czy
matka także chodziła regularnie do kościoła?
- Na pewno. Później, tuż przed II wojną moja babka Stefania
Wertenstein także przeszła na katolicyzm. Zrobiła to pod wpływem
księdza Korniłowicza, który był jednym z założycieli katolickiego
kwartalnika Verbum i doprowadził do ochrzczenia się
wielu osób z żydowskich rodzin. Wybitną postacią w Verbum
był Rafał Bluth, też - jak ja, pochodzenia żydowskiego. Ogłosiłem
w Verbum dwa swoje pierwsze ważne eseje. Jeden był
o Rimbaudzie - Katolicki sens dramatu Rimbauda, drugi,
zdaje się, o Mauriacu.
To właśnie z kręgu Verbum dostałem list polecający
do Maritaina, kiedy w 1938 roku wyjeżdżałem na stypendium
do Paryża. Jedna rzecz jest interesująca, że jeszcze wtedy
w Polsce, jako student, miotałem się pomiędzy fascynacją komunizmem
i fascynacją katolicyzmem. Tak to mnie pchało od jednego bieguna
do drugiego.
- Czy to znaczy, że przez to sprawa bycia Żydem się odsuwała,
przestawała Ci doskwierać? Czy jednak tam tkwiła, pod skórą...
- Pamiętam, że byłem wierzącym katolikiem i bardzo mnie smuciło
i dręczyło, że mój ojciec pozostał żydem. Ojciec zresztą nie
był praktykującym żydem, bo chodził do synagogi ledwo raz
albo dwa razy do roku.
- Czy spotkała Cię jakaś przykrość z powodu złożonej sytuacji
w domu: matki katoliczki i ojca żyda?
- To bardzo trudne; powiedzieć, jak to było. Po trosze, świadomie
albo półświadomie ja sam to zasypywałem niepamięcią. Ale jeden
z wierszy, które wtedy napisałem, był o prześladowaniu pięcioramienną
gwiazdą Dawida, która za mną szła. To był przejmujący wiersz:
"Za tobą gwiezdnych synagog pięcioramienny wieniec./ Próżno
obmywasz się wodą, darmo próbujesz zdradzić...". A więc to
nie było dla mnie obojętne.
- A wcześniej, w szkole?
- W szkole, jeszcze przed hitleryzmem lat 30. Żydem był ten,
kto był żydem, tzn. każdy wyznania mojżeszowego, a wszyscy
ochrzczeni byli katolikami. Raz czy dwa razy w tygodniu odbywały
się lekcje religii. Żydzi wtedy wychodzili z klasy, a ja zostawałem.
- Czy koledzy Żydzi nie dokuczali Ci?
- Nie, jeszcze wtedy nie. Musisz pamiętać, że kończyłem gimnazjum
w 1932 roku, a dopiero w 1933 zaczął się ten gwałtowny ruch
antysemicki w Polsce. I od tamtej dopiero pory obowiązywało
to, że Żyd to jest pochodzenie, a nie religia.
- Wtedy przyszło poczucie zagrożenia?
- Niewiele o tym myślałem, ale miałem jakieś ciągoty prożydowskie.
Pamiętam, że w tygodniu rekolekcji wybrałem się ze Zdzisiem
Jeziorańskim [późniejszym Janem Nowakiem-Jeziorańskim, w czasie
wojny kurierem między władzami podziemnymi okupowanej Polski
a rządem polskim na uchodźstwie w Londynie; od 1953 roku pierwszym
dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa] do synagogi
na Nalewkach. Zdziś doszukał się swych pradziadków frankistów.
Frankiści to była grupa Żydów w XVIII wieku, która przeszła
na katolicyzm i dostała indygenaty szlacheckie.
Jak widzisz, te sprawy były wtedy bardzo skomplikowane. A
mnie, mimo rozmaitych przeczuć, do głowy nie przychodziło,
że jestem Żydem i że będę uważany za Żyda. Już po wojnie Ryś
Matuszewski, z którym bardzo się przyjaźniłem, powiedział
mi, że dla wszystkich w szkole było jasne, że jestem Żydem,
i że wszyscy o tym wiedzieli. Ale nie pamiętam, żebym miał
z tego powodu jakieś przykrości.
- Dopiero na studiach?
- Na uniwersytecie, oczywiście, już wszystko wyglądało inaczej,
zwłaszcza po 1933 roku. Pod rządami endecji były tzw. dni
bez Żydów. Dotyczyło to wszystkich Żydów; studentów i wykładowców.
- Czy przychodziłeś w takie dni na uczelnię? Jak to było,
skoro ciągle jeszcze nie uważałeś się za Żyda?
- To też jest bardzo skomplikowane. Z jednej strony ja, wobec
siebie samego absolutnie nie uważałem się za Żyda. A z drugiej
strony miałem poczucie moralnego obowiązku i wiedziałem, że
jestem pochodzenia żydowskiego, i że tego nie należy ukrywać.
Więc to też było tak "między-między". Ale w te dni "bez Żydów"
chodziłem na uniwersytet. W każdym razie dopiero wtedy ta
sprawa żydowska, moja i nie tylko moja, się szalenie zaostrzyła.
- W wielu organizacjach na uniwersytetach zaczął wówczas
obowiązywać numerus clausus albo wręcz numerus nullus. Większość
organizacji albo kół naukowych ograniczyła liczbę Żydów, a
niektóre nie dopuszczały ich wcale. Koło Polonistów, do którego
należałeś, było więc wyjątkiem?
- To Koło było jedynym kołem naukowym na Uniwersytecie Warszawskim,
gdzie nie było numerus nullus. W Kole Polonistów nie było
mowy o żadnym antysemityzmie. Głównymi osobami byli tam Stefan
Żółkiewski, Ludwik Fryde, który był Żydem, i Dawid Hopensztand,
także Żyd (obaj zamordowani potem przez Niemców w czasie wojny).
W szerszym nieco kręgu, w jakim obracałem się na uniwersytecie,
znalazł się Alfred Łaszowski, który został namiętnym nacjonalistą
i antysemitą, i Włodek Pietrzak, który stał się bliski w hierarchii
Piaseckiego. Ale w stosunkach osobistych to jeszcze nie były
sprawy, które by nas rozdzielały. Natomiast na zewnątrz te
sprawy istniały i nas dotyczyły. Gdy pod koniec studiów wszedłem
do zarządu Koła Polonistów, w endeckiej Gazecie Warszawskiej
ukazała się notatka, że "do zarządu Koła Polonistów weszli
Chaja Skwara i Jojne Kott". Irenka (a nie "Chaja") Skwara
z żydostwem nie miała nic wspólnego, a mnie nazwali "Jojne",
żeby wskazać, że jestem Żydem.
- Po studiach podjąłeś pracę. Czy miałeś wtedy kłopoty?
- Nie, jeszcze wtedy nie. Dla mnie to się zaczęło naprawdę
poważnie z wybuchem wojny.
- Ogromną wagę miał podczas okupacji tzw. dobry albo zły
wygląd, co się wiązało z rysami semickimi. Czy uważałeś, że
masz "dobry wygląd"?
- W czasie wojny wiedziałem, że mój wygląd jest zły, ale
ponieważ nie byłem obrzezany, mogłem spokojnie poruszać się
po mieście. Gorzej było z Lidką [żona Jana Kotta], ale Lidkę
nauczyłem modlitw katolickich "Zdrowaś Maryja" i "Wierzę w
Boga", i kiedy została aresztowana przez gestapo, kazano jej
recytować modlitwy i prawdopodobnie to uratowało jej życie.
Moja pamięć, świadomie albo podświadomie, nie zatrzymała wielu
z takich okoliczności, a było ich przecież bez liku. To, co
dawniej, podczas studiów wydawało się przykre albo wzbudzało
gniew, teraz, w czasie okupacji niemieckiej stawało się zagrożeniem
życia. Kiedy byłem studentem, różnice religijne albo ideowe
nie dzieliły jeszcze ludzi tak gwałtownie jak później, przed
samą wojną i podczas wojny.
- A po wojnie; czy zaznałeś jakichś trudności albo byłeś
dyskryminowany z racji pochodzenia?
- Nie. Ani w czasie wojny, ani później, po wojnie w Polsce
żaden z moich dawnych kolegów, a potem kolegów uniwersyteckich,
którzy przecież wiedzieli, że jestem Żydem, nikt mnie nigdy
nie wydał ani nikt mi nigdy nie zaszkodził.
- Ale jednak byłeś bardzo dotkliwie atakowany w 1968 roku,
już po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Odebrano Ci profesurę
na Uniwersytecie Warszawskim i szkalowano za żydostwo.
- Tak. To był ten przełom, kiedy ludzie przestali ze sobą
rozmawiać i się widywać; to był ten haniebny Marzec 1968 roku.
Od tamtej pory wszystko już było inaczej. "Marzec" był tą
cezurą.
- Po trzynastu latach od czasu przymusowej emigracji pojechałeś
do kraju z wizytą. Potem, w 1981 roku zostałeś oficjalnie
zaproszony do Warszawy na Kongres Kultury Polskiej. Było jeszcze
po 1981 roku parę wizyt, spotkań z czytelnikami i przyjaciółmi.
Jakie wrażenia wyniosłeś z tych pobytów w kraju Twoich przodków
i kraju Twego urodzenia?
- Z przyjaciółmi i czytelnikami - bardzo regenerujące. Czytelnicy
przyjmowali mnie z entuzjazmem; moje książki były znów w księgarniach;
po półtorej dekadzie nieistnienia w Polsce jako autor w oficjalnym
obiegu. Odwiedzałem siostrę i rozmawialiśmy wreszcie długo
o przeszłości, o rodzinie. To mi było wreszcie bardzo potrzebne.
Ale na Kongresie Kultury Polskiej, w grudniu 1981 roku, przerwanym
zresztą z powodu stanu wojennego, zdarzyła się znów symptomatyczna
historia. Miałem tam przemówienie o polskiej diasporze, o
Żydach na emigracji, którzy są częścią polskiej kultury. To
przemówienie wygłosiłem ostatniego dnia rano, a zacząłem od
tego, że zostałem zaproszony na Kongres jako amerykański uczony
polskiego pochodzenia, ale to nie jest mój kongres, bo jestem
polskim uczonym żydowskiego pochodzenia. Wieczorem telewizja
warszawska nadała moje przemówienie z Kongresu, ale urwano
je na słowach "uczony polskiego pochodzenia". Moje wyznanie,
że czuję się "polskim uczonym żydowskiego pochodzenia" musiało
być znowu komuś bardzo niewygodne. I dlatego nie usłyszały
go miliony Polaków.
- Przez lata znajomości z Twoją rodziną, zwłaszcza z Tobą
i panią Lidią, miałam okazję widzieć w Waszym domu tradycyjne
święta urządzane po polsku według obyczajów katolickich. Wigilię
z rybą i pierogami, Wielkanoc przy białym barszczu. Czy teraz
na powrót czujesz się katolikiem?
- Byłem katolikiem i Żydem w różnym czasie swego życia. Najpierw,
jako dziecko, żarliwym katolikiem, potem, w czasie drugiej
wojny światowej stałem się - wedle definicji nazistów - Żydem,
jeszcze później, w podobny sposób objawiłem się jako nieprzejednany
komunista. Ale tak naprawdę zawsze byłem pisarzem. Kim czuję
się dzisiaj? Jestem ciągle katolikiem, ale jestem także Żydem.
Myślę, że jest tylko jeden Bóg i wszystkie podziały i konflikty
religijne istnieją wyłącznie między ludźmi. Nie mają one nic
wspólnego z Bogiem. Wiemy, jakie katastrofy potrafi sprowadzić
fanatyzm religijny. Oboje widzimy to właśnie teraz.
|