[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 18 lutego 2005


JANUSZ R. KOWALCZYK

Gustaw Holoubek reżyseruje "Króla Edypa"

Szept
ostatniej skargi

Rok temu, na jubileusz 75-lecia warszawskiego Teatru Ateneum, Gustaw Holoubek wyreżyserował Króla Edypa Sofoklesa. Inscenizacja okazała się znaczącym, wręcz wybitnym osiągnięciem polskiego teatru. Na przekór polskim przyzwyczajeniom, w myśl których rocznicowym przedsięwzięciom rzadko kiedy towarzyszy odpowiedni poziom artystyczny wystawianego dzieła.

"Czekano na nie z niepokojem - przyznaje Tomasz Mościcki (Odra, luty 2005 r.). - Miał on wiele przyczyn, a pierwszą z nich była nadwątlona od kilku już lat pozycja Ateneum, niegdyś teatru uważanego za jedną z najważniejszych polskich scen, dziś za to pogrążoną w kryzysie ospałości i braku nowych artystycznych impulsów. Pomyliliśmy się. Tragedia Sofoklesa w reżyserii Holoubka to spektakl niesłychanej czystości, manifest szacunku dla dramatycznego tekstu, dla poetyckiego słowa, spektakl, o którym mówiono wręcz, że jego czystość jest niemal beckettowska w jednoznacznym określeniu tragedii egzystencji, w determinizmie ludzkiego losu. Holoubek nie poszedł w żadne udziwnienia".

"Nie pokażemy, wbrew ogólnym trendom, Edypa i jego matki Jokasty kopulujących na scenie - ostrzegał reżyser - odnotowała Iza Natasza Czapska (Życie Warszawy, 11 marca 2004 r.). - To są sytuacje, w których nikt nie życzyłby sobie podglądania. Nierozczarowanych tą informacją Ateneum zaprasza do oglądania".

Warto skorzystać, gdyż Król Edyp Holoubka niesie radość obcowania ze sztuką teatru w najszlachetniejszym wydaniu. Czyste jak łza przedstawienie przynosi pełny triumf słowa. Jest to zasługą nie tylko znakomitych aktorów, ale i adaptatora Marcina Sosnowskiego, który przygotował spójną i pełną poezji adaptację, posiłkując się różnymi tłumaczeniami tragedii.

Scenografia Marcina Stajewskiego ogranicza się do pustego podestu, na którym pojawiać się będą postacie dramatu. Ich kostiumy, przemyślnie zaprojektowane przez Irenę Biegańską, wydają się ponadczasowe. Ciekawie rozwiązał reżyser obecność w widowisku Chóru Tebańczyków, który istnieje tu tylko w formie odtwarzanego nagrania. Słychać w nim też recytacje Gustawa Holoubka, w którego głosie pobrzmiewa sędziwa mądrość, z nutkami znużenia i rozczarowania życiem.

"Holoubek stworzył spektakl pozostający z dala od dzisiejszych pomysłów na klasykę, oddał prymat słowu, można by rzec - jest to przedstawienie ostentacyjnie staroświeckie - kontynuuje Mościcki. - Nienagannie mówiony wiersz przekonujący (a czas już o tym przypominać), że strofa ´taktem jest a nie wędzidłemª".

"Król Edyp to dotknięcie czystego bólu, tragizm w postaci tak skondensowanej, że aż wydaje się to niemożliwe - wtóruje mu Jacek Wakar (Życie, 18 marca 2004). - Tu nie ma miejsca na błyskotliwe perory bohaterów. Nie ma słów niepotrzebnych. I nawet nie konflikt racji jest tu najważniejszy. Idzie o co innego. O to, co od pierwszej chwili konieczne i nieubłagane. O to, co spełni się w szepcie ostatniej skargi oślepionego Edypa. O okrucieństwo, sprawiedliwość i o chichot bogów. Niewielka scena Ateneum tym razem nabrała głębi. Ciemność rozprasza się powoli, wydobywając z mroku mgliste zarysy postaci. Nie ma nic. Tylko ludzie i zmieniana przez raz żywsze, a raz wyblakłe światło perspektywa. Tu nie ma mowy o taryfie ulgowej. Nie, kiedy gra się Króla Edypa. Więc ciemność, surowość, same słowa, ciemne, jakby nieokreślone bliżej kostiumy aktorów. To chyba celowy zabieg reżysera Gustawa Holoubka. Tragedia Sofoklesa jest w Ateneum grana poza czasem, poza konkretnym miejscem, bez żadnych mniej lub bardziej oczywistych konotacji".

Dawno nie widziałem inscenizacji, w którą aktorzy wkładaliby tyle emocji. Słowo, wspaniale podawane przez cały zespół, wibruje, wybrzmiewa, wciąga.

"Zaczyna się jak dramat władzy - pisze dalej Wakar. - Edyp (Piotr Fronczewski) i Kreon (Jerzy Trela) - pierwsza próba sił. Słowa są jak oręż, a przy tym służą do tego, aby delikatnie, wręcz niezauważalnie, zbadać przeciwnika. Klątwa nad Tebami jest tylko jednym z argumentów w tym zawoalowanym starciu dwóch wybitnych mężów. Dopiero nadejście Tyrezjasza (Krzysztof Gosztyła) obróci w gruzy ten porządek. Od tej chwili Edyp rozpocznie nierówny pojedynek z samym sobą. Spróbuje odegnać prawdę, zagłuszyć ją w sobie, skosztuje nawet tyranii".

Piotr Fronczewski jako Edyp stworzył prawdziwą kreację. Aktor, który przyzwyczaił nas do postaci lekkoduchów, traktujących siebie i otoczenie z dystansem czy wręcz z dezynwolturą, pokazał się tym razem jako człowiek najzupełniej serio, władca o niezłomnym charakterze. Energiczny, pewny siebie, porywczy, nawet arogancki, wszelako sprawiedliwy. Tym większej dozna sromoty, gdy w końcu odkryje całą prawdę o swoim pochodzeniu. Fiasko ucieczki bohatera przed przeznaczeniem odmalowuje się w oczach aktora wyzbytych nagle blasku, w skarlałej sylwetce. Nieoczekiwanie opuszcza go niespożyta siła, którą wyczuwało się nawet w scenach intymnych wyznań sam na sam z Jokastą.

"Piotr Fronczewski gra Edypa z całą wiedzą o bohaterze Sofoklesa i o sobie samym - uważa Jacek Wakar. - To może najważniejsza rola aktora, przynajmniej w ostatnich latach. Jest bowiem efektem nieustannej wewnętrznej walki. O krzyk i szept, o zapanowanie nad wykorzystywanym na co dzień do zupełnie innych przecież zadań głosem. Wreszcie o to, aby, pozostając w roli, zrzucić z siebie wytrawnego aktora i stanąć wobec Edypa kompletnie bezradnym. To jest punkt, od którego nie ma ucieczki. Wszelkie zawodowe sposobiki są w tej grze nic niewarte i Piotr Fronczewski dobrze o tym wie. Fascynujące jest patrzeć, jak Fronczewski walczy. Raz wygrywa, gdy nadaje Edypowi absolutnie zadziwiające barwy, innym razem powraca w utarte koleiny. Nie jest to jeszcze jedno zwyczajne zadanie. Jestem pewien, że każdego wieczoru aktor płaci za to swoją cenę".

Teresa Budzisz-Krzyżanowska w roli Jokasty wzrusza troskliwością oddanej małżonki. Cała jej sylwetka tchnie ufnością i spokojem, którymi stara się łagodzić wybuchy Edypa. W gestach rozpaczy zastyga na mgnienie w prawdziwie królewskich pozach, z dłońmi ułożonymi jak u ikonowych Madonn.

"W tym ascetycznym spektaklu gest dozowany jest niesłychanie oszczędnie. Raz tylko - gdy Jokasta pozna moc przeznaczenia, przytyka do czoła dłoń gestem znanym z dziewiętnastowiecznych fotografii wielkich tragiczek, albo Mimiki Bogusławskiego obśmiewanej i wyszydzanej przez kolejne generacje nowoczesnych aktorów. Ale ten jakże konwencjonalny gest razi dziś z siłą pioruna. Umiejętnie zastosowany staje się znów użyteczną częścią aktorskiego warsztatu" - dopowiada Mościcki.

Jego słowa potwierdza Wakar: "Teresa Budzisz-Krzyżanowska może najpełniej przypomina, co to znaczy aktorstwo na miarę antycznej tragedii. I właśnie jej zawdzięczamy najbardziej wstrząsającą scenę przedstawienia. Gdy jeszcze jest nadzieja na szczęśliwy koniec, Jokasta i Edyp spleceni w uścisku wyznają sobie uczucie. W świat nieubłaganej w swej logice tragedii wkrada się chwila jak z innego teatru. Czysta intymność. Wzruszenie".

Jeśli chodzi o Jerzego Trelę kreującego postać Kreona, o doskonałym podawaniu tekstu nie wypada nawet wspominać. Broniąc się przed zarzutami popędliwego Edypa, staje się uosobieniem monarszej godności. A to przecież nie koniec poruszających ról. Krzysztof Gosztyła z wyczuciem zagrał niewidomego wróżbitę Tyrezjasza, Jerzy Kamas - oddanego tronowi Kapłana, Jan Kociniak - dobrodusznego Posłańca, Marian Kociniak - miłosiernego Sługę.

Oddajmy raz jeszcze głos Mościckiemu: "Gdy oglądałem Edypa, a było to parę dni po premierze, co nie bez znaczenia, siedziałem bowiem wśród zwykłej biletowej publiczności - uderzyła mnie rzecz niesłychanie rzadko spotykana w teatrze. Była to cisza. Cisza szczególna, nie ta znamionująca znużenie i zobojętnienie. To była cisza szczególnego napięcia wytwarzającego się między sceną a publicznością. Wytwarzającego się niestety coraz rzadziej. W tej ciszy siedzieli głównie młodzi, często bardzo młodzi ludzie, pokolenie wychowane ponoć tylko na migających obrazkach, nudzące się starymi lekturami, generacja, której często skutecznie wmawia się niechęć do wszystkiego, co wydarzyło się przed nimi. I ta cisza upewnia, że tragizm w teatrze jest możliwy, że tragedia nie zakończyła życia".

Widowisko urzekało bowiem tym wszystkim, czego na co dzień w polskim teatrze nie sposób znaleźć. Kunsztem świetnie podanego słowa, ale także tajemnicą, metaforą, niedopowiedzeniem, które stanowią o prawdziwej magii teatru. Sprawiają, że problemy sprzed dwóch i pół tysiąca lat są dla nas, współczesnych, nadal żywe i emocjonujące. Pusta scena, przejmujący tekst, właściwi aktorzy - tylko tyle i aż tyle.

---------------------

Sofokles, Król Edyp, tłumaczenie i adaptacja Marcin Sosnowski, reżyseria Gustaw Holoubek, scenografia Marcin Stajewski, kostiumy Irena Biegańska, muzyka Wojciech Borkowski, światło Jan Holoubek, premiera 14 marca 2004 r., Teatr Ateneum, Warszawa.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail