JANUSZ R. KOWALCZYK
Gustaw Holoubek reżyseruje "Króla Edypa"
Szept
ostatniej skargi
Rok
temu, na jubileusz 75-lecia warszawskiego Teatru Ateneum,
Gustaw Holoubek wyreżyserował Króla Edypa Sofoklesa.
Inscenizacja okazała się znaczącym, wręcz wybitnym osiągnięciem
polskiego teatru. Na przekór polskim przyzwyczajeniom, w myśl
których rocznicowym przedsięwzięciom rzadko kiedy towarzyszy
odpowiedni poziom artystyczny wystawianego dzieła.
"Czekano na nie z niepokojem - przyznaje Tomasz Mościcki
(Odra, luty 2005 r.). - Miał on wiele przyczyn, a pierwszą
z nich była nadwątlona od kilku już lat pozycja Ateneum, niegdyś
teatru uważanego za jedną z najważniejszych polskich scen,
dziś za to pogrążoną w kryzysie ospałości i braku nowych artystycznych
impulsów. Pomyliliśmy się. Tragedia Sofoklesa w reżyserii
Holoubka to spektakl niesłychanej czystości, manifest szacunku
dla dramatycznego tekstu, dla poetyckiego słowa, spektakl,
o którym mówiono wręcz, że jego czystość jest niemal beckettowska
w jednoznacznym określeniu tragedii egzystencji, w determinizmie
ludzkiego losu. Holoubek nie poszedł w żadne udziwnienia".
"Nie pokażemy, wbrew ogólnym trendom, Edypa i jego matki
Jokasty kopulujących na scenie - ostrzegał reżyser - odnotowała
Iza Natasza Czapska (Życie Warszawy, 11 marca 2004
r.). - To są sytuacje, w których nikt nie życzyłby sobie podglądania.
Nierozczarowanych tą informacją Ateneum zaprasza do oglądania".
Warto skorzystać, gdyż Król Edyp Holoubka niesie radość
obcowania ze sztuką teatru w najszlachetniejszym wydaniu.
Czyste jak łza przedstawienie przynosi pełny triumf słowa.
Jest to zasługą nie tylko znakomitych aktorów, ale i adaptatora
Marcina Sosnowskiego, który przygotował spójną i pełną poezji
adaptację, posiłkując się różnymi tłumaczeniami tragedii.
Scenografia Marcina Stajewskiego ogranicza się do pustego
podestu, na którym pojawiać się będą postacie dramatu. Ich
kostiumy, przemyślnie zaprojektowane przez Irenę Biegańską,
wydają się ponadczasowe. Ciekawie rozwiązał reżyser obecność
w widowisku Chóru Tebańczyków, który istnieje tu tylko w formie
odtwarzanego nagrania. Słychać w nim też recytacje Gustawa
Holoubka, w którego głosie pobrzmiewa sędziwa mądrość, z nutkami
znużenia i rozczarowania życiem.
"Holoubek stworzył spektakl pozostający z dala od dzisiejszych
pomysłów na klasykę, oddał prymat słowu, można by rzec - jest
to przedstawienie ostentacyjnie staroświeckie - kontynuuje
Mościcki. - Nienagannie mówiony wiersz przekonujący (a czas
już o tym przypominać), że strofa ´taktem jest a nie
wędzidłemª".
"Król Edyp to dotknięcie czystego bólu, tragizm w
postaci tak skondensowanej, że aż wydaje się to niemożliwe
- wtóruje mu Jacek Wakar (Życie, 18 marca 2004). -
Tu nie ma miejsca na błyskotliwe perory bohaterów. Nie ma
słów niepotrzebnych. I nawet nie konflikt racji jest tu najważniejszy.
Idzie o co innego. O to, co od pierwszej chwili konieczne
i nieubłagane. O to, co spełni się w szepcie ostatniej skargi
oślepionego Edypa. O okrucieństwo, sprawiedliwość i o chichot
bogów. Niewielka scena Ateneum tym razem nabrała głębi. Ciemność
rozprasza się powoli, wydobywając z mroku mgliste zarysy postaci.
Nie ma nic. Tylko ludzie i zmieniana przez raz żywsze, a raz
wyblakłe światło perspektywa. Tu nie ma mowy o taryfie ulgowej.
Nie, kiedy gra się Króla Edypa. Więc ciemność, surowość,
same słowa, ciemne, jakby nieokreślone bliżej kostiumy aktorów.
To chyba celowy zabieg reżysera Gustawa Holoubka. Tragedia
Sofoklesa jest w Ateneum grana poza czasem, poza konkretnym
miejscem, bez żadnych mniej lub bardziej oczywistych konotacji".
Dawno nie widziałem inscenizacji, w którą aktorzy wkładaliby
tyle emocji. Słowo, wspaniale podawane przez cały zespół,
wibruje, wybrzmiewa, wciąga.
"Zaczyna się jak dramat władzy - pisze dalej Wakar. - Edyp
(Piotr Fronczewski) i Kreon (Jerzy Trela) - pierwsza próba
sił. Słowa są jak oręż, a przy tym służą do tego, aby delikatnie,
wręcz niezauważalnie, zbadać przeciwnika. Klątwa nad Tebami
jest tylko jednym z argumentów w tym zawoalowanym starciu
dwóch wybitnych mężów. Dopiero nadejście Tyrezjasza (Krzysztof
Gosztyła) obróci w gruzy ten porządek. Od tej chwili Edyp
rozpocznie nierówny pojedynek z samym sobą. Spróbuje odegnać
prawdę, zagłuszyć ją w sobie, skosztuje nawet tyranii".
Piotr Fronczewski jako Edyp stworzył prawdziwą kreację. Aktor,
który przyzwyczaił nas do postaci lekkoduchów, traktujących
siebie i otoczenie z dystansem czy wręcz z dezynwolturą, pokazał
się tym razem jako człowiek najzupełniej serio, władca o niezłomnym
charakterze. Energiczny, pewny siebie, porywczy, nawet arogancki,
wszelako sprawiedliwy. Tym większej dozna sromoty, gdy w końcu
odkryje całą prawdę o swoim pochodzeniu. Fiasko ucieczki bohatera
przed przeznaczeniem odmalowuje się w oczach aktora wyzbytych
nagle blasku, w skarlałej sylwetce. Nieoczekiwanie opuszcza
go niespożyta siła, którą wyczuwało się nawet w scenach intymnych
wyznań sam na sam z Jokastą.
"Piotr Fronczewski gra Edypa z całą wiedzą o bohaterze Sofoklesa
i o sobie samym - uważa Jacek Wakar. - To może najważniejsza
rola aktora, przynajmniej w ostatnich latach. Jest bowiem
efektem nieustannej wewnętrznej walki. O krzyk i szept, o
zapanowanie nad wykorzystywanym na co dzień do zupełnie innych
przecież zadań głosem. Wreszcie o to, aby, pozostając w roli,
zrzucić z siebie wytrawnego aktora i stanąć wobec Edypa kompletnie
bezradnym. To jest punkt, od którego nie ma ucieczki. Wszelkie
zawodowe sposobiki są w tej grze nic niewarte i Piotr Fronczewski
dobrze o tym wie. Fascynujące jest patrzeć, jak Fronczewski
walczy. Raz wygrywa, gdy nadaje Edypowi absolutnie zadziwiające
barwy, innym razem powraca w utarte koleiny. Nie jest to jeszcze
jedno zwyczajne zadanie. Jestem pewien, że każdego wieczoru
aktor płaci za to swoją cenę".
Teresa Budzisz-Krzyżanowska w roli Jokasty wzrusza troskliwością
oddanej małżonki. Cała jej sylwetka tchnie ufnością i spokojem,
którymi stara się łagodzić wybuchy Edypa. W gestach rozpaczy
zastyga na mgnienie w prawdziwie królewskich pozach, z dłońmi
ułożonymi jak u ikonowych Madonn.
"W tym ascetycznym spektaklu gest dozowany jest niesłychanie
oszczędnie. Raz tylko - gdy Jokasta pozna moc przeznaczenia,
przytyka do czoła dłoń gestem znanym z dziewiętnastowiecznych
fotografii wielkich tragiczek, albo Mimiki Bogusławskiego
obśmiewanej i wyszydzanej przez kolejne generacje nowoczesnych
aktorów. Ale ten jakże konwencjonalny gest razi dziś z siłą
pioruna. Umiejętnie zastosowany staje się znów użyteczną częścią
aktorskiego warsztatu" - dopowiada Mościcki.
Jego słowa potwierdza Wakar: "Teresa Budzisz-Krzyżanowska
może najpełniej przypomina, co to znaczy aktorstwo na miarę
antycznej tragedii. I właśnie jej zawdzięczamy najbardziej
wstrząsającą scenę przedstawienia. Gdy jeszcze jest nadzieja
na szczęśliwy koniec, Jokasta i Edyp spleceni w uścisku wyznają
sobie uczucie. W świat nieubłaganej w swej logice tragedii
wkrada się chwila jak z innego teatru. Czysta intymność. Wzruszenie".
Jeśli chodzi o Jerzego Trelę kreującego postać Kreona, o
doskonałym podawaniu tekstu nie wypada nawet wspominać. Broniąc
się przed zarzutami popędliwego Edypa, staje się uosobieniem
monarszej godności. A to przecież nie koniec poruszających
ról. Krzysztof Gosztyła z wyczuciem zagrał niewidomego wróżbitę
Tyrezjasza, Jerzy Kamas - oddanego tronowi Kapłana, Jan Kociniak
- dobrodusznego Posłańca, Marian Kociniak - miłosiernego Sługę.
Oddajmy raz jeszcze głos Mościckiemu: "Gdy oglądałem Edypa,
a było to parę dni po premierze, co nie bez znaczenia, siedziałem
bowiem wśród zwykłej biletowej publiczności - uderzyła mnie
rzecz niesłychanie rzadko spotykana w teatrze. Była to cisza.
Cisza szczególna, nie ta znamionująca znużenie i zobojętnienie.
To była cisza szczególnego napięcia wytwarzającego się między
sceną a publicznością. Wytwarzającego się niestety coraz rzadziej.
W tej ciszy siedzieli głównie młodzi, często bardzo młodzi
ludzie, pokolenie wychowane ponoć tylko na migających obrazkach,
nudzące się starymi lekturami, generacja, której często skutecznie
wmawia się niechęć do wszystkiego, co wydarzyło się przed
nimi. I ta cisza upewnia, że tragizm w teatrze jest możliwy,
że tragedia nie zakończyła życia".
Widowisko urzekało bowiem tym wszystkim, czego na co dzień
w polskim teatrze nie sposób znaleźć. Kunsztem świetnie podanego
słowa, ale także tajemnicą, metaforą, niedopowiedzeniem, które
stanowią o prawdziwej magii teatru. Sprawiają, że problemy
sprzed dwóch i pół tysiąca lat są dla nas, współczesnych,
nadal żywe i emocjonujące. Pusta scena, przejmujący tekst,
właściwi aktorzy - tylko tyle i aż tyle.
---------------------
Sofokles, Król Edyp, tłumaczenie i adaptacja
Marcin Sosnowski, reżyseria Gustaw Holoubek, scenografia Marcin
Stajewski, kostiumy Irena Biegańska, muzyka Wojciech Borkowski,
światło Jan Holoubek, premiera 14 marca 2004 r., Teatr Ateneum,
Warszawa.
|