ELŻBIETA SITEK
Tunio
- 70 lat później
|
Wojciech
hrabia Dzieduszycki urodził się 5 czerwca 1912 roku
w Juzupolu, w jednej z najbogatszych rodzin na kresach.
Rodzina wywodzi się z wymienianych już w XV wieku ruskich
bojarów, którzy od XVIII wieku polonizowali się. W 1775
roku prapradziad Tadeusz otrzymał od austriackiej cesarzowej
Marii Teresy tytuł hrabiowski. Wojciech, pieszczotliwie
przez rodzinę i przyjaciół nazywany Tuniem, ukończył
studia na Politechnice Lwowskiej i Konserwatorium Muzyczne.
Jego pierwszy występ odbył się w Operze w Stanisławowie,
a debiut 70 lat temu na scenie Opery Lwowskiej. W swoim
długim życiu był już: śpiewakiem operowym, skrzypkiem,
dyrygentem, kierowcą samochodów sportowych, dyrektorem
młynów zbożowych na Dolnym Śląsku (wymyślił mąkę wrocławską,
używaną do dziś), nauczycielem dobrych manier, twórcą
i wykonawcą w kabarecie "Dymek z papierosa", działaczem
kultury, dziennikarzem prasowym, radiowym i telewizyjnym,
krytykiem muzycznym, tłumaczem poezji, pisarzem, aktorem
dramatycznym i komediowym; teraz na emeryturze pisuje
jeszcze felietony do prasy codziennej i do miesięcznika
Odra. Jest doktorem honoris causa wrocławskiej
Akademii Muzycznej, Honorowym Obywatelem Miasta Wrocławia.
W wykładzie wygłoszonym po otrzymaniu tytułu doktora
honoris causa powiedział: "Co warto w życiu robić? Po
pierwsze, warto robić cokolwiek, bez względu, czy nam
zapłacą czy nie. Po drugie - warto być ciekawym świata
i innych ludzi... i po trzecie - trzeba być życzliwym,
mówić sobie komplementy, a nie złośliwości". Czy taka
jest recepta na długie i satysfakcjonujące życie? Teraz
na pytanie o marzenia odpowiada: "Chciałbym przeżyć
w zdrowiu i spokoju jeszcze te lata, które mi zostały;
z moją cudowną rodziną, z wnukami i trzema prawnukami;
mieć wspaniałe artystyczne wrażenia... Nie wiem, dlaczego
Pan Bóg tak szczodrze mnie obdarował, nie wiem, czy
wiele ludzi ma tak dużo radości jak ja".
|
Uliczkę mam tu we Lwowie, pachnącą kwiatem jabłoni
bardzo lubię chodzić po niej, kiedy mnie znuży śródmiejski
gwar...
Dalej już jak w popularnej w latach międzywojennych piosence
Uliczka w Barcelonie, napisanej przez Michała Tyszkiewicza
dla Hanki Ordonówny.
- Bardzo lubię ten utwór, to piosenka moich intymnych wzruszeń
- mówi Wojciech hrabia Dzieduszycki. - Mam takie swoje dwa
Lwowy - pierwszy to ten młodzieńczy, kojarzący się z uczuciem
do Myszki Kosteckiej [pierwsza żona Wojciecha Dzieduszyckiego],
jakieś uliczki, gdzie się spotykaliśmy, aby wyznawać sobie
miłość; drugi dojrzały - teraz kiedy chodziliśmy z Ireną [Małecką
- też lwowianką, trzecią żoną] i każdy zakątek był wspomnieniem.
Ta piosenka świetnie to oddaje, łączy przeszłość i teraźniejszość...
Kojarzy mi się tylko z miłymi chwilami. Pomyślałem, że przy
niewielkiej zmianie pasować będzie do tego koncertu.
Benefis hrabiego odbył się we Lwowie, w pięknym neorenesansowo-neobarokowym
gmachu opery, wybudowanym według projektu Zygmunta Gorgolewskiego
w ciągu zaledwie 3 lat na początku XX wieku, zachwycającym
bogactwem dekoracji malarskiej i rzeźbiarskiej, słynącym z
niezwykłej kurtyny - w rzeczywistości przedstawiającego Parnas,
monumentalnego obrazu alegorycznego Henryka Siemiradzkiego.
- Wydaje mi się, że śnię, bo to coś dziwnego, że wystąpiłem
po 70 latach znów na tej wspaniałej scenie lwowskiego teatru
operowego. To coś zupełnie niezwykłego. Nie wyobrażacie sobie
państwo, jakie to dziwne uczucie wzruszenia - mówił Wojciech
Dzieduszycki do licznie zgromadzonych w teatrze widzów, którzy
świetnie to zrozumieli, bo sami mieli łzy w oczach.
Koncert wymyślił, napisał scenariusz i wyreżyserował aktor
Teatru Polskiego we Wrocławiu Zbigniew Lesień - przyjaciel
i "spadkobierca" nazwy wrocławskiego kabaretu "Dymek z papierosa"
założonego przez Halinę i Wojciecha Dzieduszyckich w 1952
roku. Lesień jest współwłaścicielem kawiarni artystycznej
pod taką nazwą.
- Wszystko zaczęło się od przypadku. Byłem na koncercie charytatywnym
we Lwowie - mówi Zbigniew Lesień. - W polskim konsulacie zapytano,
czy nie zrobiłbym tutaj czegoś. Zaproponowałem, że wyreżyseruję
koncert Dzieduszyckiego. Pomysł spodobał się. To było ponad
rok temu. Potem zbieraliśmy pieniądze, bo to kosztowne przedsięwzięcie.
Trochę dała Telewizja Polska (koncert zostanie nadany w I
Programie TVP podczas świąt wielkanocnych), trochę marszałek
województwa dolnośląskiego, potem miasto i sponsorzy... i
tak ruszyła machina. Kiedy byłem na dokumentacji we Lwowie,
zadzwoniłem do Tunia i potwierdziłem, że zrobię ten koncert.
Nie uwierzył. "Ja chyba umrę na tej scenie" - powiedział;
ja mu na to żartobliwie: "Daj mi to na piśmie, bilety będą
droższe". Tak rozładowałem ten jego nastrój, żeby nie popadł
w jakąś melancholię. Chevalier szedł ze sceny mając 80 lat
- on ma 93!
Koncert odbył się w 70. rocznicę pierwszego występu na scenie
Opery Lwowskiej młodego tenora - dziedzica jednej z najbogatszych
rodzin na Ukrainie, Wojciecha hrabiego Dzieduszyckiego. Śpiewał
partię Leńskiego w Eugeniuszu Onieginie Piotra Czajkowskiego
(zadebiutował rok wcześniej, w 1934 na deskach Opery Stanisławowskiej).
Po latach tak wspomina tamten dzień: - Tremę miałem taką,
że ledwie stałem. Na widowni wielu znajomych, niektórzy przyszli,
aby zobaczyć moją klęskę. Ale wypadłem znakomicie, po pierwszym
duecie, potem po pierwszej arii zebrałem oklaski przed kurtyną.
Po przedstawieniu do garderoby przyszli rodzice i stryj, który
był największym przeciwnikiem mojej śpiewaczej kariery. Powiedział
wtedy: "Taki Dzieduszycki rodzinie wstydu nie przyniesie".
Odebrałem to nie tylko jako przyzwolenie, ale także swoiste
błogosławieństwo. Zresztą byłem dobrze przygotowany do "zawodu
artysty". Mama zadbała o moje wykształcenie muzyczne. W konserwatorium
studiowałem śpiew, grę na skrzypcach i dyrygenturę. Choć jednocześnie
musiałem z woli ojca, który chciał, żebym przejął zarządzanie
majątkiem, studiować rolnictwo na Politechnice Lwowskiej.
Na tej scenie występowałem jeszcze jako Rudolf w Cyganerii
Pucciniego, potem śpiewałem we włoskich teatrach operowych
we Florencji i Mediolanie, ale już pod pseudonimem wziętym
z naszego herbu rodowego: Albert Sas.
Podczas benefisu arię Leńskiego zaśpiewał młody ukraiński
tenor Paweł Tołstoj. - Trochę zbyt dramatycznie, Leński to
bardzo liryczna postać - komentuje Wojciech Dzieduszycki,
który jest przecież także krytykiem muzycznym - ale byłem
pod wielkim wrażeniem, on śpiewał z loży, gdzie zawsze siadali
moi rodzice na przedstawieniach, w których grałem.
Tym razem Hrabia Tunio, wprawdzie nie z loży, a ze sceny
zamienionej na lwowską kawiarnię, oglądał występy swoich przyjaciół.
Aktorzy z Warszawy: Alina Janowska ze specjalnie napisanym
na tę okazję monologiem, Ewa Kuklińska i Tomasz Stockinger
z piosenkami z kabaretu "Dymek z papierosa", Zbigniew Lesień
i Wiktor Zborowski ze szmoncesami Aprikozenkranza i Untenbauma
napisanymi dla nich przez Wojciecha Dzieduszyckiego, Grażyna
Barszczewska z piosenkami z międzywojennych kabaretów, Krzysztof
Daukszewicz z Listami do Pana Hrabiego; a także śpiewacy
z Wrocławia: Ewa i Ryszard Klanieccy, Poznania - Michał Marzec
i Ewa Iżykowska występująca teraz na scenach operowych w Korei
- wszyscy dedykowali swoje występy Hrabiemu Tuniowi. Było
swojsko i rodzinnie, bo i na widowni obok licznej grupy z
Polski zasiedli głównie Polacy mieszkający we Lwowie i trochę
przedstawicieli ukraińskiego środowiska kulturalnego.
Emocje sięgnęły zenitu, kiedy zaśpiewał bohater wieczoru.
- Tunio zaskoczył mnie trzema dodatkowymi piosenkami - mówi
Zbigniew Lesień. - Miał zaśpiewać jedną, no może drugą na
bis, a tu: Lwowski walczyk (Tyle lat, jak się poszło
ze Lwowa...), potem na pożegnanie kołysanka Kochanie
spać i wreszcie coś dla pań: Całuję twoją dłoń, madame.
Nie przewidziałem, że będzie w takiej kondycji. On ma 93 lata
i po 4 godzinach siedzenia na scenie miał prawo być zmęczony,
a zaśpiewał czysto, lekko, wyraziście. To było niezwykłe.
Podobne opinie słyszało się w kuluarach po zakończeniu koncertu.
Zbigniew Chrzanowski, reżyser w Polskim Teatrze we Lwowie
i wieloletni przyjaciel Wojciecha Dzieduszyckiego: - Wychodzę
bardzo wzruszony, zwłaszcza tym ostatnim akcentem. Na to czekałem,
chciałem, aby bohater wieczoru wystąpił, żebym usłyszał jego
głos, to było dla mnie najważniejsze. Okazało się, że jest
w znakomitej formie, porwał salę... Szkoda tylko, że było
tak mało.
Ewa i Ryszard Klanieccy, śpiewacy z Wrocławia: - Przyjechaliśmy
na koncert, do pracy, weszliśmy do pięknej sali i serdecznej
publiczności, ale nie wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy się
w tak niezwykłej sytuacji. Hrabia Tunio zaśpiewał tak "z serca",
mimo że był strasznie zmęczony; tak pięknie, że ręce same
składały się do oklasków. Jaki świeży głos, jaka siła w mężczyźnie!
- dodaje pani Ewa.
Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska, córka Wojciecha: - Jestem
dumna z taty i pod wrażeniem. Nie przypuszczałam, że pamięta
te stare teksty, że nauczył się zupełnie nowych, specjalnie
napisanych. To była niespodzianka! Ale to tylko miłość może.
Irena to jest jego motor, tak jak i mama [nieżyjąca druga
żona Halina - aktorka i reżyserka] była takim napędem dla
niego. Ma ten warsztat, to się czuje!
Irena Małecka-Dzieduszycka uzupełnia: - Czułam się na scenie
jak druga połowa Tunia. Obraz ma nie tylko "namalowany środek",
ale i ramę - ja byłam taką ramą dla niego. Wszystko mnie cieszyło
i wzruszało, jestem pewna, że ludzie, którzy razem z nami
przeżyli ten wieczór - nigdy go nie zapomną.
A sam Hrabia Tunio? - Śpiewało mi się nadzwyczajnie, sam
nie spodziewałem się, że tak wyjdzie. To chyba to otoczenie,
to "moje miejsce" i że słuchają tego moi najbliżsi - Irena,
Małgosia, wnuk Pawełek i ci, którzy chcą się dowiedzieć, kto
to jest ten Dzieduszycki, którego wszyscy tak dziś fetują.
Dałem z siebie wszystko, co najlepsze. Wprawdzie nie mam już
tego głosu, żeby zaśpiewać arię Leńskiego, ale mam tyle uczucia,
że mogę wzruszyć publiczność do łez. Wypełnia mnie taka cudowna
radość, że w ogóle nie wiem, co się ze mną dzieje. To radość
artysty, który został zrozumiany i zaakceptowany przez publiczność,
która przyjmuje go tak, jak to sobie można tylko wymarzyć.
Takie chwile zdarzają się raz, no może dwa razy w życiu. Pamiętam,
tak było podczas mojego debiutu, tu właśnie w operze, kiedy
lwowska publiczność oszalała; i teraz, kiedy w połowie pierwszej
piosenki wszyscy wstali i bili brawo... I ta świadomość, że
nie robią tego z grzeczności, a dlatego, że ich to porwało...
Cudowne uczucie - powiedział po zejściu ze sceny.
Benefis Wojciecha Dzieduszyckiego odbywał się w przeddzień
zaprzysiężenia nowego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki.
Na ulicach wzmocnione posterunki milicji, tu i ówdzie zgromadzenia
ludzi opowiadających się za lub przeciw nowej władzy; nastrój
oczekiwania i święta... a w tym wszystkim Polacy - artyści,
ekipa Telewizji Polskiej, przyjaciele i wielbiciele Tunia
Dzieduszyckiego, którzy przyjechali specjalnie na ten koncert.
Mimo wielu narastających latami żalów i uprzedzeń, różnic
w interpretowaniu wydarzeń historycznych, ciągle niezakończonego
konfliktu wokół Cmentarza Orląt Lwowskich - na dźwięk polskiej
mowy na twarzach obecnych mieszkańców Lwowa pojawiały się
uśmiechy, na pytania zadawane po polsku - często odpowiadano
łamaną polszczyzną... Czy to tylko sympatia wywołana rolą,
jaką podczas pomarańczowej rewolucji odegrali Polacy, wspierając
Ukraińców w walce o demokrację? Odpowiedzi są różne. Dyrektor
Opery Lwowskiej Tadej Eder mówi (po polsku): - Dzieduszycki;
jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie było wojny? Nie byłby
we Wrocławiu, byłby tutaj. On nie jest człowiekiem, który
żył "dzień aby dzień", u niego każdy dzień to jest historia
jego narodu. On dla nich śpiewał, nie dla siebie; dla siebie
nikt tak nie śpiewa. Bogate jest państwo, które ma takich
bohaterów.
Występująca z hrabią na scenie Grażyna Barszczewska zauważa:
- Okazał się symbolem poprzez ciągłość kultury kresowej realizującym
to, co często nie udaje się politykom.
Małgorzata Dzieduszycka dodaje: - Myślę, że to bardzo ważne,
że powstała szansa na to, aby Lwów i ta "kresowość" stały
się wspólnym dziedzictwem polsko-ukraińskim. We Wrocławiu
zaczynamy już to rozumieć, a i tu, jak się wydaje, jest coraz
więcej dobrej woli i może do tego dojść wcześniej niż na przykład
na Litwie.
Podobnie myśli prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, który
razem z żoną Anną przyjechał do Lwowa na koncert: - Nie uniknęliśmy
pewnego kontekstu emocjonalno-politycznego, który okazał się
bardzo sympatyczny. Jutro zaczyna się "nowa Ukraina", a Wrocław
jeszcze bardziej zbliżył się do Lwowa również dzięki temu,
że można tak pięknie mówić i śpiewać po polsku. To taki symbol
jedności Polski i Ukrainy, Wrocławia i Lwowa, taki pomost
między już zjednoczoną Europą a tą w przyszłości zjednoczoną.
Po koncercie bohater wieczoru - "ten, któremu się to należało
i który nie ma następców, który jest symbolem Wrocławia i
Lwowa jednocześnie" (Zbigniew Lesień) - udał się do apartamentu
nr 1 w lwowskim hotelu George.
- Ten pokój zawsze zajmował mój ojciec, kiedy przyjeżdżał
do Lwowa - wspomina Wojciech Dzieduszycki. - Kiedy teraz,
podczas krótkiego spaceru, stanąłem na Górze Zamkowej i spojrzałem
na panoramę Lwowa, zobaczyłem znowu to miasto najpiękniejsze
ze wszystkich. Stałem jak zahipnotyzowany i zdziwiony tą miłością,
jaka jeszcze we mnie tkwi. To jest coś w rodzaju jedni: tu
są moje korzenie, a we Wrocławiu odżyłem po strasznych latach
wojny, po pobycie w więzieniach i obozie Gross Rosen... I
kiedy zadawano mi pytanie: które miasto kocham bardziej, Lwów
czy Wrocław, odpowiadałem: to tak jakby pytać, kogo kochasz
bardziej, mamusię czy tatusia.
Tyle lat jak się poszło ze Lwowa, tam i nazad przebiegło
się świat,
Ale Lwów człowiek w sercu zachował, ale zawsze wspomina go
rad...
I ten bałak serdeczny jeszcze w nocy się śni
I ten Lwów! Lwów kochany! No ni?
śpiewał Wojciech Dzieduszycki w piosence zatytułowanej Lwowski
walczyk.
|