[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 18 lutego 2005


ELŻBIETA SITEK

Tunio
- 70 lat później

Wojciech hrabia Dzieduszycki urodził się 5 czerwca 1912 roku w Juzupolu, w jednej z najbogatszych rodzin na kresach. Rodzina wywodzi się z wymienianych już w XV wieku ruskich bojarów, którzy od XVIII wieku polonizowali się. W 1775 roku prapradziad Tadeusz otrzymał od austriackiej cesarzowej Marii Teresy tytuł hrabiowski. Wojciech, pieszczotliwie przez rodzinę i przyjaciół nazywany Tuniem, ukończył studia na Politechnice Lwowskiej i Konserwatorium Muzyczne. Jego pierwszy występ odbył się w Operze w Stanisławowie, a debiut 70 lat temu na scenie Opery Lwowskiej. W swoim długim życiu był już: śpiewakiem operowym, skrzypkiem, dyrygentem, kierowcą samochodów sportowych, dyrektorem młynów zbożowych na Dolnym Śląsku (wymyślił mąkę wrocławską, używaną do dziś), nauczycielem dobrych manier, twórcą i wykonawcą w kabarecie "Dymek z papierosa", działaczem kultury, dziennikarzem prasowym, radiowym i telewizyjnym, krytykiem muzycznym, tłumaczem poezji, pisarzem, aktorem dramatycznym i komediowym; teraz na emeryturze pisuje jeszcze felietony do prasy codziennej i do miesięcznika Odra. Jest doktorem honoris causa wrocławskiej Akademii Muzycznej, Honorowym Obywatelem Miasta Wrocławia.

W wykładzie wygłoszonym po otrzymaniu tytułu doktora honoris causa powiedział: "Co warto w życiu robić? Po pierwsze, warto robić cokolwiek, bez względu, czy nam zapłacą czy nie. Po drugie - warto być ciekawym świata i innych ludzi... i po trzecie - trzeba być życzliwym, mówić sobie komplementy, a nie złośliwości". Czy taka jest recepta na długie i satysfakcjonujące życie? Teraz na pytanie o marzenia odpowiada: "Chciałbym przeżyć w zdrowiu i spokoju jeszcze te lata, które mi zostały; z moją cudowną rodziną, z wnukami i trzema prawnukami; mieć wspaniałe artystyczne wrażenia... Nie wiem, dlaczego Pan Bóg tak szczodrze mnie obdarował, nie wiem, czy wiele ludzi ma tak dużo radości jak ja".

 

Uliczkę mam tu we Lwowie, pachnącą kwiatem jabłoni
bardzo lubię chodzić po niej, kiedy mnie znuży śródmiejski gwar...

Dalej już jak w popularnej w latach międzywojennych piosence Uliczka w Barcelonie, napisanej przez Michała Tyszkiewicza dla Hanki Ordonówny.

- Bardzo lubię ten utwór, to piosenka moich intymnych wzruszeń - mówi Wojciech hrabia Dzieduszycki. - Mam takie swoje dwa Lwowy - pierwszy to ten młodzieńczy, kojarzący się z uczuciem do Myszki Kosteckiej [pierwsza żona Wojciecha Dzieduszyckiego], jakieś uliczki, gdzie się spotykaliśmy, aby wyznawać sobie miłość; drugi dojrzały - teraz kiedy chodziliśmy z Ireną [Małecką - też lwowianką, trzecią żoną] i każdy zakątek był wspomnieniem. Ta piosenka świetnie to oddaje, łączy przeszłość i teraźniejszość... Kojarzy mi się tylko z miłymi chwilami. Pomyślałem, że przy niewielkiej zmianie pasować będzie do tego koncertu.

Benefis hrabiego odbył się we Lwowie, w pięknym neorenesansowo-neobarokowym gmachu opery, wybudowanym według projektu Zygmunta Gorgolewskiego w ciągu zaledwie 3 lat na początku XX wieku, zachwycającym bogactwem dekoracji malarskiej i rzeźbiarskiej, słynącym z niezwykłej kurtyny - w rzeczywistości przedstawiającego Parnas, monumentalnego obrazu alegorycznego Henryka Siemiradzkiego.

- Wydaje mi się, że śnię, bo to coś dziwnego, że wystąpiłem po 70 latach znów na tej wspaniałej scenie lwowskiego teatru operowego. To coś zupełnie niezwykłego. Nie wyobrażacie sobie państwo, jakie to dziwne uczucie wzruszenia - mówił Wojciech Dzieduszycki do licznie zgromadzonych w teatrze widzów, którzy świetnie to zrozumieli, bo sami mieli łzy w oczach.

Koncert wymyślił, napisał scenariusz i wyreżyserował aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu Zbigniew Lesień - przyjaciel i "spadkobierca" nazwy wrocławskiego kabaretu "Dymek z papierosa" założonego przez Halinę i Wojciecha Dzieduszyckich w 1952 roku. Lesień jest współwłaścicielem kawiarni artystycznej pod taką nazwą.

- Wszystko zaczęło się od przypadku. Byłem na koncercie charytatywnym we Lwowie - mówi Zbigniew Lesień. - W polskim konsulacie zapytano, czy nie zrobiłbym tutaj czegoś. Zaproponowałem, że wyreżyseruję koncert Dzieduszyckiego. Pomysł spodobał się. To było ponad rok temu. Potem zbieraliśmy pieniądze, bo to kosztowne przedsięwzięcie. Trochę dała Telewizja Polska (koncert zostanie nadany w I Programie TVP podczas świąt wielkanocnych), trochę marszałek województwa dolnośląskiego, potem miasto i sponsorzy... i tak ruszyła machina. Kiedy byłem na dokumentacji we Lwowie, zadzwoniłem do Tunia i potwierdziłem, że zrobię ten koncert. Nie uwierzył. "Ja chyba umrę na tej scenie" - powiedział; ja mu na to żartobliwie: "Daj mi to na piśmie, bilety będą droższe". Tak rozładowałem ten jego nastrój, żeby nie popadł w jakąś melancholię. Chevalier szedł ze sceny mając 80 lat - on ma 93!

Koncert odbył się w 70. rocznicę pierwszego występu na scenie Opery Lwowskiej młodego tenora - dziedzica jednej z najbogatszych rodzin na Ukrainie, Wojciecha hrabiego Dzieduszyckiego. Śpiewał partię Leńskiego w Eugeniuszu Onieginie Piotra Czajkowskiego (zadebiutował rok wcześniej, w 1934 na deskach Opery Stanisławowskiej). Po latach tak wspomina tamten dzień: - Tremę miałem taką, że ledwie stałem. Na widowni wielu znajomych, niektórzy przyszli, aby zobaczyć moją klęskę. Ale wypadłem znakomicie, po pierwszym duecie, potem po pierwszej arii zebrałem oklaski przed kurtyną. Po przedstawieniu do garderoby przyszli rodzice i stryj, który był największym przeciwnikiem mojej śpiewaczej kariery. Powiedział wtedy: "Taki Dzieduszycki rodzinie wstydu nie przyniesie". Odebrałem to nie tylko jako przyzwolenie, ale także swoiste błogosławieństwo. Zresztą byłem dobrze przygotowany do "zawodu artysty". Mama zadbała o moje wykształcenie muzyczne. W konserwatorium studiowałem śpiew, grę na skrzypcach i dyrygenturę. Choć jednocześnie musiałem z woli ojca, który chciał, żebym przejął zarządzanie majątkiem, studiować rolnictwo na Politechnice Lwowskiej. Na tej scenie występowałem jeszcze jako Rudolf w Cyganerii Pucciniego, potem śpiewałem we włoskich teatrach operowych we Florencji i Mediolanie, ale już pod pseudonimem wziętym z naszego herbu rodowego: Albert Sas.

Podczas benefisu arię Leńskiego zaśpiewał młody ukraiński tenor Paweł Tołstoj. - Trochę zbyt dramatycznie, Leński to bardzo liryczna postać - komentuje Wojciech Dzieduszycki, który jest przecież także krytykiem muzycznym - ale byłem pod wielkim wrażeniem, on śpiewał z loży, gdzie zawsze siadali moi rodzice na przedstawieniach, w których grałem.

Tym razem Hrabia Tunio, wprawdzie nie z loży, a ze sceny zamienionej na lwowską kawiarnię, oglądał występy swoich przyjaciół. Aktorzy z Warszawy: Alina Janowska ze specjalnie napisanym na tę okazję monologiem, Ewa Kuklińska i Tomasz Stockinger z piosenkami z kabaretu "Dymek z papierosa", Zbigniew Lesień i Wiktor Zborowski ze szmoncesami Aprikozenkranza i Untenbauma napisanymi dla nich przez Wojciecha Dzieduszyckiego, Grażyna Barszczewska z piosenkami z międzywojennych kabaretów, Krzysztof Daukszewicz z Listami do Pana Hrabiego; a także śpiewacy z Wrocławia: Ewa i Ryszard Klanieccy, Poznania - Michał Marzec i Ewa Iżykowska występująca teraz na scenach operowych w Korei - wszyscy dedykowali swoje występy Hrabiemu Tuniowi. Było swojsko i rodzinnie, bo i na widowni obok licznej grupy z Polski zasiedli głównie Polacy mieszkający we Lwowie i trochę przedstawicieli ukraińskiego środowiska kulturalnego.

Emocje sięgnęły zenitu, kiedy zaśpiewał bohater wieczoru. - Tunio zaskoczył mnie trzema dodatkowymi piosenkami - mówi Zbigniew Lesień. - Miał zaśpiewać jedną, no może drugą na bis, a tu: Lwowski walczyk (Tyle lat, jak się poszło ze Lwowa...), potem na pożegnanie kołysanka Kochanie spać i wreszcie coś dla pań: Całuję twoją dłoń, madame. Nie przewidziałem, że będzie w takiej kondycji. On ma 93 lata i po 4 godzinach siedzenia na scenie miał prawo być zmęczony, a zaśpiewał czysto, lekko, wyraziście. To było niezwykłe.

Podobne opinie słyszało się w kuluarach po zakończeniu koncertu. Zbigniew Chrzanowski, reżyser w Polskim Teatrze we Lwowie i wieloletni przyjaciel Wojciecha Dzieduszyckiego: - Wychodzę bardzo wzruszony, zwłaszcza tym ostatnim akcentem. Na to czekałem, chciałem, aby bohater wieczoru wystąpił, żebym usłyszał jego głos, to było dla mnie najważniejsze. Okazało się, że jest w znakomitej formie, porwał salę... Szkoda tylko, że było tak mało.

Ewa i Ryszard Klanieccy, śpiewacy z Wrocławia: - Przyjechaliśmy na koncert, do pracy, weszliśmy do pięknej sali i serdecznej publiczności, ale nie wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy się w tak niezwykłej sytuacji. Hrabia Tunio zaśpiewał tak "z serca", mimo że był strasznie zmęczony; tak pięknie, że ręce same składały się do oklasków. Jaki świeży głos, jaka siła w mężczyźnie! - dodaje pani Ewa.

Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska, córka Wojciecha: - Jestem dumna z taty i pod wrażeniem. Nie przypuszczałam, że pamięta te stare teksty, że nauczył się zupełnie nowych, specjalnie napisanych. To była niespodzianka! Ale to tylko miłość może. Irena to jest jego motor, tak jak i mama [nieżyjąca druga żona Halina - aktorka i reżyserka] była takim napędem dla niego. Ma ten warsztat, to się czuje!

Irena Małecka-Dzieduszycka uzupełnia: - Czułam się na scenie jak druga połowa Tunia. Obraz ma nie tylko "namalowany środek", ale i ramę - ja byłam taką ramą dla niego. Wszystko mnie cieszyło i wzruszało, jestem pewna, że ludzie, którzy razem z nami przeżyli ten wieczór - nigdy go nie zapomną.

A sam Hrabia Tunio? - Śpiewało mi się nadzwyczajnie, sam nie spodziewałem się, że tak wyjdzie. To chyba to otoczenie, to "moje miejsce" i że słuchają tego moi najbliżsi - Irena, Małgosia, wnuk Pawełek i ci, którzy chcą się dowiedzieć, kto to jest ten Dzieduszycki, którego wszyscy tak dziś fetują. Dałem z siebie wszystko, co najlepsze. Wprawdzie nie mam już tego głosu, żeby zaśpiewać arię Leńskiego, ale mam tyle uczucia, że mogę wzruszyć publiczność do łez. Wypełnia mnie taka cudowna radość, że w ogóle nie wiem, co się ze mną dzieje. To radość artysty, który został zrozumiany i zaakceptowany przez publiczność, która przyjmuje go tak, jak to sobie można tylko wymarzyć. Takie chwile zdarzają się raz, no może dwa razy w życiu. Pamiętam, tak było podczas mojego debiutu, tu właśnie w operze, kiedy lwowska publiczność oszalała; i teraz, kiedy w połowie pierwszej piosenki wszyscy wstali i bili brawo... I ta świadomość, że nie robią tego z grzeczności, a dlatego, że ich to porwało... Cudowne uczucie - powiedział po zejściu ze sceny.

Benefis Wojciecha Dzieduszyckiego odbywał się w przeddzień zaprzysiężenia nowego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki. Na ulicach wzmocnione posterunki milicji, tu i ówdzie zgromadzenia ludzi opowiadających się za lub przeciw nowej władzy; nastrój oczekiwania i święta... a w tym wszystkim Polacy - artyści, ekipa Telewizji Polskiej, przyjaciele i wielbiciele Tunia Dzieduszyckiego, którzy przyjechali specjalnie na ten koncert. Mimo wielu narastających latami żalów i uprzedzeń, różnic w interpretowaniu wydarzeń historycznych, ciągle niezakończonego konfliktu wokół Cmentarza Orląt Lwowskich - na dźwięk polskiej mowy na twarzach obecnych mieszkańców Lwowa pojawiały się uśmiechy, na pytania zadawane po polsku - często odpowiadano łamaną polszczyzną... Czy to tylko sympatia wywołana rolą, jaką podczas pomarańczowej rewolucji odegrali Polacy, wspierając Ukraińców w walce o demokrację? Odpowiedzi są różne. Dyrektor Opery Lwowskiej Tadej Eder mówi (po polsku): - Dzieduszycki; jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie było wojny? Nie byłby we Wrocławiu, byłby tutaj. On nie jest człowiekiem, który żył "dzień aby dzień", u niego każdy dzień to jest historia jego narodu. On dla nich śpiewał, nie dla siebie; dla siebie nikt tak nie śpiewa. Bogate jest państwo, które ma takich bohaterów.

Występująca z hrabią na scenie Grażyna Barszczewska zauważa: - Okazał się symbolem poprzez ciągłość kultury kresowej realizującym to, co często nie udaje się politykom.

Małgorzata Dzieduszycka dodaje: - Myślę, że to bardzo ważne, że powstała szansa na to, aby Lwów i ta "kresowość" stały się wspólnym dziedzictwem polsko-ukraińskim. We Wrocławiu zaczynamy już to rozumieć, a i tu, jak się wydaje, jest coraz więcej dobrej woli i może do tego dojść wcześniej niż na przykład na Litwie.

Podobnie myśli prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, który razem z żoną Anną przyjechał do Lwowa na koncert: - Nie uniknęliśmy pewnego kontekstu emocjonalno-politycznego, który okazał się bardzo sympatyczny. Jutro zaczyna się "nowa Ukraina", a Wrocław jeszcze bardziej zbliżył się do Lwowa również dzięki temu, że można tak pięknie mówić i śpiewać po polsku. To taki symbol jedności Polski i Ukrainy, Wrocławia i Lwowa, taki pomost między już zjednoczoną Europą a tą w przyszłości zjednoczoną.

Po koncercie bohater wieczoru - "ten, któremu się to należało i który nie ma następców, który jest symbolem Wrocławia i Lwowa jednocześnie" (Zbigniew Lesień) - udał się do apartamentu nr 1 w lwowskim hotelu George.

- Ten pokój zawsze zajmował mój ojciec, kiedy przyjeżdżał do Lwowa - wspomina Wojciech Dzieduszycki. - Kiedy teraz, podczas krótkiego spaceru, stanąłem na Górze Zamkowej i spojrzałem na panoramę Lwowa, zobaczyłem znowu to miasto najpiękniejsze ze wszystkich. Stałem jak zahipnotyzowany i zdziwiony tą miłością, jaka jeszcze we mnie tkwi. To jest coś w rodzaju jedni: tu są moje korzenie, a we Wrocławiu odżyłem po strasznych latach wojny, po pobycie w więzieniach i obozie Gross Rosen... I kiedy zadawano mi pytanie: które miasto kocham bardziej, Lwów czy Wrocław, odpowiadałem: to tak jakby pytać, kogo kochasz bardziej, mamusię czy tatusia.

Tyle lat jak się poszło ze Lwowa, tam i nazad przebiegło się świat,
Ale Lwów człowiek w sercu zachował, ale zawsze wspomina go rad...
I ten bałak serdeczny jeszcze w nocy się śni
I ten Lwów! Lwów kochany! No ni?

śpiewał Wojciech Dzieduszycki w piosence zatytułowanej Lwowski walczyk.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail