GRAŻYNA DRABIK
Przystanek Warszawa
Schodzimy
ostro w dół, przez chmury - jedna warstwa, druga, następna...
Płytka fala oklasków, kiedy siadamy dość ostro na ziemi.
W samolocie było tłoczno, ani jedno miejsce nie świeciło
pusto. Teraz z kolei tłocznie wysypujemy się do holu, do sprawdzania
dokumentów. Otuleni w zimowe palta, otumanieni zmęczeniem,
stoimy potulnie i cicho. Tylko dwie panie, znajome, które
się niespodziewanie spotkały, perorują z entuzjazmem, ta niższa
strategicznie zajmując miejsce w jednej kolejce, ta wyższa
w drugiej. Właściwie tylko jedna mówi bez przerwy, postawna
brunetka, podając słowa ponad naszymi głowami donośnie i kategorycznie:
"Musimy się umówić... Zaraz zadzwonię... Załatw jak najszybciej
samochód"... Elegancki, nonszalancko modny płaszcz obwieszcza,
że jego pani ani mrozu się nie obawia, ani niepowodzeń. Zauważyłam
ją już w samolocie, siedziała nieopodal, obserwowałam z zazdrością,
a trochę z niechęcią jej sprawną zaradność: kozaczki pod fotel,
maseczka na oczy, koc na kolana, poduszeczka pod głowę, ledwośmy
wystartowali, już spała spokojnie, ignorując gwar i ruch wokół.
Podróż jako nieco tylko niedogodny przerywnik między jednym
dobrze zorganizowanym dniem a drugim. Wczoraj w Nowym Jorku,
jutro w Warszawie.
Młode twarze oficerów w paszportowych okienkach. Rytuał powtarzany
mechanicznie, bez słowa: osoba po drugiej stronie ogląda uważnie
a obojętnie mój paszport, stuka w klawisze klawiatury, rzuca
okiem na ekran komputera, przyciska jakiś guzik, bramka cicho
brzęczy, przechodzę...
Jestem w kraju. Właśnie tak myślę: w kraju, jakby to był
jeden jedyny kraj na świecie. W drodze powrotnej powiem sobie
inaczej: jestem w Nowym Jorku.
*
Lotnisko szare. Samochody szare. Niebo nade mną szare. Wokół
mnie też niedługo robi się szaro. W pochmurny dzień o 3 po
południu zaczyna się ściemniać. Wita mnie marcowa rozmiękłość.
Ciepełko powiewa po wierzchu, chłodek kryje się po kątach.
W radiu mówią, że łąki śpieszą się do rozkwitania, ptaki nadlatują
z północy. Zakwitło wilcze łyko, prymulka, kalina, choć powinny
czekać jeszcze ze dwa miesiące.
Na Powązkach, jak zawsze, zaskakuje mnie mały zachwyt. Ten
cmentarz jest piękny o każdej porze roku. Nawet bez magii
śniegu, pozostaje miejscem magicznym. Wyrazisty rysunek ciemnych,
bezlistnych konarów. Akcenty głębokiej zieleni świerków. Przyjazny
żywym ogród zmarłych. I tyle tu życia: płomień zniczy, niepoważne
Święte Mikołaje, wianki z jemiołą, maleńkie choinki ze złotymi
bombkami, bukiety kwiatów. Ładne, nieładne, patetyczne, ale
ślady obecności. Znaki harmonijnego współistnienia.
Idziemy z mamą alejkami jak na spacer. Na wizytę do cioci,
do babci. Złożymy wianuszek. Wyślemy sygnał świetlny. Sroka
skacze przed nami po ścieżce, bez pośpiechu, pociesznie. Przypomina
nam, jak bardzo tatuś lubił sroki, cieszyły go ich czarno-białe
piórka, zadziorne nawoływania.
*
Kiedy po paru dniach pochmurności rozbłyśnie słońce, dzień
od razu wydaje się dłuższy. Przydaje mi się ten oddech niebieskości.
Bowiem przewalają się przeze mnie, wokół mnie, ku mnie, skomplikowane,
wielorozdziałowe opowieści o nieszczęściach i chorobach. Samych
nieszczęściach i chorobach. Tak się ludzie rozwodzą, tak ze
szczegółami zdają raporty z każdego etapu niedomagań i zmartwień,
że mało czasu na inne tematy. W dyskursie publicznym dominuje
korupcja polityków, w prywatnym - korupcja ciała.
Protestuję, że przecież bez sensu zażarcie narzekać, pochylać
się nad niuansami kłopotów. Ludzie patrzą na mnie jak na wariata,
pytają z ironią: To w Ameryce już nie chorujecie? To u was
tam już tak dobrze, że nie macie powodów do zmartwień? Tłumacząc,
że nie chodzi o fakty, lecz narzekającą postawę, tylko dolewam
oliwy do ognia. Pouczają mnie chętnie: przynajmniej my mówimy
szczerze, co nam dolega, nie jak wy, tam, co uśmiechacie się
i powtarzacie puste formułki, że wszystko niby w porządku,
wszystko ok.
*
Oto moje miasto rodzinne. Miasto podwójne, radykalnie przecięte
na "było" i na "jest". Miasto z cegły, płyty, szkła i codziennego
rytmu, oraz miasto-cień. To zapisane w historii i legendzie,
w sercach starych warszawiaków nie istnieje. Nie istnieje
konkretnie i absolutnie. Nie ma ulic, którymi kiedyś chodzono.
Nie ma kawiarni, gdzie flirtowano i kłócono się z pasją. Szkół,
które ukończono. Kościołów, gdzie odbywały się śluby. Jeśli
są, to odbudowane, z innej cegły i z innego kamienia. Nie
ma synagog, gdzie się modlono. Nie ma całej Warszawy przedwojennej.
Twarz tamtego miasta-widma majaczy tylko ze starych zdjęć
i opowieści. Rozbija się w drobny mak wspomnień. Wydaje się,
że jego najwyrazistsze odbicie pojawia się na starym cmentarzu.
Warszawa dzisiejsza jest łapczywa, głodna wszystkiego, co
nowe. Zachłystuje się względnym dostępem do względnych dóbr.
Prze pełną parą w konsumpcję. Wiele więc z nowego jest dokładnie
takie samo jak stare tutaj, w shopping mallach i supermarketach
amerykańskich przedmieść. Wielopiętrowe handlowe "galerie"
w Warszawie też są ogromne i przepełnione. Kapią od błyskotek
i zbytku. Kuszą wyszukanymi nazwami. Butiki licytują się o
uwagę z McDonaldami i salami gier. Syndrom Las Vegas powtarza
się w miniaturze, karykaturalnie.
W podziemnym przejściu przy Dworcu Gdańskim młoda dziewczyna
pyta mnie, jak ma dotrzeć do Arkadii? Przez moment nie chwytam,
o co jej chodzi. Kiedy odgaduję, że szuka najnowszego w Warszawie,
modnego kompleksu handlowego, kusi, by dać dobrą radę: do
Arkadii droga tylko na skrzydłach wyobraźni, na skrzydłach.
Informuję jednak prozaicznie: w tę samą stronę, co na cmentarz.
Proszę szukać tablicy "Powązki".
*
Konsumeryzm jest tak żarłoczny, że w zaślepieniu nie rozpoznaje
własnego obrazu, już nie mówiąc o tym, że nie uznaje słów
krytycznych. Nie widziałam, bo wobec licznych protestów rozebrano
ją wcześniej, lecz słyszałam sporo uwag o bożonarodzeniowej
szopce u św. Anny. Kiedyś podobne emocje wzbudzały instalacje
o mocnej wymowie politycznej. W tym roku, zamiast stajenki,
kudłatych baranków, wzruszających krówek, w tym światłym akademickim
kościele przy pl. Zamkowym przedstawiono wyrazistą atrapę
supernowoczesnego sklepu. Półki zapełniał ponętny towar. Ludzie-manekiny
tłoczyli się zapatrzeni w natłok rzeczy. Jezus leżał porzucony
przy przeszklonych drzwiach, pod jarzeniowym światłem.
Odwiedzający, a nadal jest obyczaj, że chodzi się rodzinnie
"po szopkach", podobno oburzali się, że "nawet w kościele
księża teraz budują sklep". Interpretowali gorzki obraz jako
niewłaściwą demonstrację przeciw handlowi w niedzielę. Narzekali,
że "jak można szopkę zrobić w ogóle bez Jezusa". Nie tylko
ci tłoczący się w sklepie nie zauważali dzieciątka na podłodze.
*
Nowe też łagodniej pączkuje w niespodziewanych miejscach
i na bardziej ludzką skalę. Niewielkie kawiarnie w zacisznych
zakątkach Mokotowa stają się ważnymi punktami odniesienia.
Sympatyczne miejsca, jak Czuły Barbarzyńca czy Jadłodajnia
Filozoficzna przy ul. Dobrej, stanowią świetną bazę dla poetyckich
i muzycznych spotkań. Ludzie teatru zaczynają dołączać do
frontu działań malarzy i muzyków na Pradze. W kompleksie kulturalnym
Fabryka Trzciny przy ul. Otwockiej odbyła się premiera Szklanej
kolekcji (według Szklanej menażerii Tennessee Williamsa),
pierwsze przedstawienie Teatru Nowego w nowej siedzibie.
Przy okazji każdej wizyty muszę się odnajdować w zmieniającym
się nieustannie miejskim krajobrazie. Zjawiają się i znikają
sklepy, knajpki, kluby. Stare i nowe splata się w coraz to
innych konfiguracjach. Nie ma kawiarni Europejskiej. To znaczy
jest, tylko nazywa się Lavazza. Nie ma Zielonej Budki. Jest,
tylko nie zielona. Bristol podupada, sparaliżowany sprzecznymi
prawnymi roszczeniami. Harenda się rozwija. Wiele z dawnych
sklepów - księgarnie, apteki, warzywniaki - nadal odnajduję
w tych samych miejscach. Pod nowym zarządem, w nowym wystroju,
ale trwają na stanowisku. Centrum zagęszcza się wysoką budową.
Powiśle ślicznieje. Puławska się odmładza. Podwarszawskie,
kiedyś często podławe ćwierćmiasteczka, odradzają się jako
nowe adresy na całkiem szykownych przedmieściach.
Sympatycznie absurdalna palma na rondzie przy Al. Jerozolimskich
stoi nadal, lecz bez liści, smętny kikut swego dawnego, dumnego
bytu. Władze miejskie i artystka zwarły się w sporze o koszty
reparacji.
Z trudem odczytuję wiele reklam. Nieciekawe graficznie, brzydkie
plansze Media Markt, firm ubezpieczeniowych, Business Centre
Club, zagranicznych firm kosmetycznych i elektronicznych zagarnęły
przestrzeń stacji metra i ogromne płaszczyzny budynków w centrum.
Nawołują nie wiadomo do kogo: "Prawdziwe raty 0% - Nie dla
idiotów!", "Podziel się sukcesem!". Jak kotwice swojskiego
stoją na ulicach dawne słupy ogłoszeń, gęste od nakładających
się warstw plakatów - filmów, Filharmonii Warszawskiej, Opery,
scen teatralnych.
*
Uderza żywotność teatru. Warszawiacy narzekają, że teatr
upada, że brutalna i głupia komercja wdziera się i w tę redutę
"wysokiej kultury", ale ja nie zdążam się nacieszyć wszystkimi
możliwymi dobrymi przedstawieniami. Póki teatr pulsuje żywo,
społeczeństwo myśli.
Nie udało mi się zobaczyć słynnego, sześciogodzinnego przedstawienia
Krystiana Lupy, ale łapię niewiele krótsze, imponująco zwarte
i fascynujące Błądzenie według tekstów Gombrowicza
w Sali przy Wierzbowej Teatru Narodowego. Powinnam właściwie
powiedzieć: "Odnajdowanie" Jerzego Jarockiego. Pięknie bowiem,
cierpliwie i z uwagą, Jarocki składa tutaj skomplikowany rodzaj
portretu-w-ruchu pisarza, który filozoficznie i egzystencjalnie
wymykał się próbom zamknięcia w sztywne ramy opisu. Sprawdza
tu się wspaniale stara gwardia artystów, jak scenograf Andrzej
Witkowski i kompozytor Stanisław Rydwan, doskonale zgrany
zespół złożony z aktorów bardziej doświadczonego pokolenia
i ich młodszych kolegów. Wyśmienita jest Ewa Wiśniewska, Małgorzata
Kożuchowska, Łukasz Lewandowski. Świetnie grają Jan Englert,
Jacek Jarosz, Mariusz Bonaszewski, Dorota Landowska. Nadzwyczaj
ambitne przedsięwzięcie, doskonale spełnione.
W Teatrze Studio zaskoczyła mnie z kolei mocna wymowa tanecznego
widowiska Bal Pod Orłem Zbigniewa Brzozy. Nie jestem
pewna, czego się spodziewałam. Spodobał mi się opis, że jest
to "śmieszna i straszna historia PRL-u, opowiedziana tańcem
i piosenką na wzór włoskiego Balu Etore Scoli". Straszna
na pewno, bo podszyta autentyczną grozą. Do śmiechu tu niewiele,
a i ten zamiera ci szybko w piersi. Żadnych nostalgicznych
igraszek. Żadnych ulgowych taryf. Ballady Jana Krzysztofa
Kelusa i Jacka Kleyffa, słowa Jacka Tarkowskiego do ludowej
melodii, fragmenty przedstawienia Przecena dla wszystkich
Teatru Ósmego Dnia budują obraz PRL-u brutalnie ostry i przejmujący.
Czujesz smak rozlanej krwi i krzywdy ludzkiej, patos wspólnego
ubóstwa, okrucieństwo nadziei przeciętej brutalnym ciosem
stanu wojennego. świetnie sprawdzają się młodzi aktorzy w
trudnych tanecznych rolach, z Marią Peszek na czele. Trudne
przedstawienie, imponujące w wykonaniu, zaskakujące w pełnej
goryczy wizji.
Zaskoczyło mnie także Wesele w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego
w Narodowym - wizualnie piękne, nadzwyczaj czytelne, świetnie
zagrane przez doborowy zespół. Cieszą kreacje Jerzego Radziwiłowicza,
Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Anny Chodakowskiej. Cieszy
entuzjazm Wojciecha Malajkata i Ewy Konstancji Bułhak, ironiczne
igraszki Poety Zbigniewa Zamachowskiego. Dech zapiera aktorsko-muzyczny
popis Marii Wieczorek. Ale to Wyspiański pozostaje główną
gwiazdą wieczoru. Dawno nie brzmiało mi z żadnej sceny tak
dobitnie i dźwięcznie poetyckie słowo. Tęsknie i proroczo.
Tekst sprzed stu lat, sprzed paru wojen, rewolucji, przewrotów,
z całkiem innego świata, a brzmi jakby mówiony prosto do mnie,
dla mnie, na dziś. Jak w malignie i na przejrzystej jawie.
Przedstawienie zbija cię z nóg - chcesz tańczyć na tym weselu
i chcesz z niego jak najdalej uciec. Kolorowy korowód żywych
i duchów, majaków i obietnic, zabaw, kłótni i upojeń trwa.
Chochoł gra.
*
W dzień odlotu budzi mnie przed świtem szczekanie psów. Głośne
hamowanie autobusu. Szum miotły na chodniku. Pada śnieg. Skrzypi
łagodnie pod stopą. Jest ślicznie, zimowo. Żegna mnie miasto
w bieli. Nowy Jork wita marcowo rozmyty, lekkie mgły, przelotne
deszcze, przelotne słońce.
W drugą sobotę lutego, z dachu Metropolitan Museum, oglądam,
jak powoli rozwijają się w Central Parku szafranowe Bramy
Christo i Jeanne-Claude. Linie proste i zakręty, ostre wolty
i łagodne łuki składają się w ideogramy tajemniczego rysunku.
Rytm w górę i w dół, zwielokrotniony, nakładający się na siebie.
Bramy znikąd donikąd. Bramy na zewnątrz. Bramy w głąb. Labirynt
czasu.
12 stycznia - 13 lutego 2005
|