Marek Kusiba (i Roman Sabo)
Żabką przez Atlantyk
Bardzo Nowy Jork
Roman Sabo jest poetą mieszkającym od wielu lat w Vancouver,
nad Oceanem Spokojnym. Niedawno wybrał się z żoną i synami
nad Ocean Atlantycki, a konkretnie do Nowego Jorku. Tygodniowy
pobyt w stolicy zachodniego świata zaowocował obszernym listem
do przyjaciela. Uznałem, że Żabka to nie żona i podzielić
się nią można, a nawet trzeba. W świecie istnieją kultury,
w których dzielenie się żoną jest przywilejem i radosną koniecznością,
ale do tego jeszcze nie dojrzeliśmy, pozostanę więc przy dzieleniu
się ropuszką drukowaną. Większość naszych czytelników mieszka
w Nowym Jorku, ale zapewne miasta nie zauważają, gdyż nie
są w nim turystami, a jeśli przebywają z wizytą, to raczej
roboczą. Im wszystkim dedykuję Romkowe wyznania.
"Nowy Jork przypomniał mi, jakim cudem jest podróż i jakim
darem możliwość przeniesienia się w miejsca nieznane. Wyliczył
na skrzyżowaniach swoich ulic i alej wszystkie grzechy, jakie
popełniłem przeciwko własnej wyobraźni i wrażliwości: przystanie
do plemienia wiecznie krzątających się wokół spraw doczesnych
mrówek; zaprzaństwo, jakim jest zgoda na myśl, że sztuka jest
li tylko rozrywką; tchórzostwo, jakim jest tłumaczenie się
przed światem z tego, co robię, gdy nie zarabiam na życie.
Oto mi fraza: zarabiać na życie! W końcu życie to dar, na
dar nie trzeba sobie zarobić - zarabia się na zaspokajanie
potrzeb, własnych lub narzuconych, a tych ostatnich przybywa
i przybywa, podczas gdy czasu ubywa i ubywa.
Czego jeszcze dokonał Nowy Jork - za pomocą swoich szerokich
ulic, katedralnych wieżowców, przyjacielskiego pokasływania
klaksonów, tłumów ludzi wszystkich ras, ni stąd ni zowąd zadających
pytania, wszczynających rozmowę? Zanim o tym napiszę, krótka
wyliczanka pod tytułem: co mi w Nowym Jorku przeszkadzało.
Otóż - wiecznie wdzierający się w wertykalną perspektywę Pałac
Kultury i Nauki, tudzież Uniwersytet Łomonosowa, także tutaj,
w jednym z najciekawszych miast, snuł się za mną cień sowieckiej
gigantomanii. Ogrom bzdur wystawianych w słynnych nowojorskich
galeriach, te wszystkie malunki wielkich XX wieku, zaplanowane
jako niewybredny żart pod adresem znienawidzonego krytyka
czy też skąpego kolekcjonera; te wszystkie kawałki papieru,
na których malarze czyścili swoje pędzle i sprawdzali barwę
farb; odłamki kamienia, na którym ćwiczyli swoje dłonie; te
wszystkie na potwornym kacu szkicowane okropieństwa, których
w grobie wstydzą się okrutnie. No i jeszcze rodacy: głośni,
barczyści, patrolujący ulice trójkami lub czwórkami, rozprawiający
o kolejnym okazyjnym zakupie.
Uwielbiam krzywe ulice, ściany zderzających się dzięki perspektywie
kamienic. A Nowy Jork powstawał szybko i w zgiełku; niby byle
jak, a jednocześnie z ogromną premedytacją wznoszono te wszystkie
drapacze chmur - każda piędź ziemi miała przynieść lub korzystnie
ulokować górę gotówki - tak że podpierają się wzajemnie, zachodzą
za siebie, zaglądają oknami w okna, kłócą pozornie nieprzystającymi
do siebie fasadami, przypominają bazarowy tłum, gdzie wszyscy
wszystkim włażą na odciski, wszyscy wszystkich próbują przekrzyczeć,
a mimo to dzień mija na zgodnym przyzwoleniu na współobecność,
przyzwoleniu pieczętowanym filiżanką herbaty w bazarowej herbaciarni.
Uwielbiam ludzkie wymieszanie z poplątaniem, rasy, odcienie
skóry, akcenty i intonacje, dźwięk śpiewnych języków: włoskiego,
głównie w galeriach i muzeach; rosyjskiego - głównie w sklepach,
po których wlokłem się jak na ścięcie za żoną i dziećmi; tuziemskiego
- wszędzie zupełnie inaczej intonowanego i artykułowanego.
Mógłbym całymi dniami włóczyć się po dolnym Manhattanie, tam
gdzie Wall Street, po SoHo, po Central Parku. Mógłbym wprowadzić
się na nieograniczony czas do Metropolitan Museum, żeby spokojnie
zmierzyć się z ogromem ludzkiego czasu i nadmiarem cywilizacyjnych
dokonań. Mógłbym szwendać się, jak kiedyś w kraju, po off-Broadwayowych
teatrzykach, mimo iż polskie doświadczenie teatru zaangażowanego
na zawsze zniechęciło mnie do teatralnej rozrywki. Mógłbym
dniami zwiedzać podziemne stacje metra i cieszyć się z nocnych
pociągów do Jamajki, jeździć autobusami wzdłuż, wszerz i po
przekątnych miasta.
Mógłbym nawiązywać te zupełnie przypadkowe, a mimo to satysfakcjonujące
jak lampka udałego wina czy miska świetnie ugotowanej zupy,
czy filiżanka świeżo zaparzonego espresso, rozmowy przy delikatesowej
ladzie, w Księgarni "Nowego Dziennika", w brooklyńskim autobusie.
Mógłbym oprowadzać moich synów po plenerach filmowych: na
tej ławce Woody Allen zachwyca się widokiem brooklyńskiego
mostu na Manhattanie; tutaj Dustin Hoffman biega dookoła wodnego
rezerwuaru w środku Central Parku w "Maratończyku"; tutaj,
pod torami metra na obrzeżach Brooklynu, Gene Hackman ściga
samochodem przestępców we "Francuskim łączniku"; tutaj żądny
Oscara Scorsese zakłamuje plebejską historię miasta w czerwonej
od krwi i ckliwej historyjce o biednych, godnych współczucia,
jakże odważnych, a jednocześnie dumnych Irlandczykach, szlachtowanych
przez nowojorskich rzezimieszków, niechętnych napływowi taniej
siły roboczej do nowojorskiego portu; tutaj wreszcie, w parku
Centralnym, układa się na ławce do snu wieśniak Claude w drodze
do Wietnamu tuż przed spotkaniem z hippisami, spotkaniem,
które miało na zawsze odmienić nie tylko jego życie, ale i
nasze wyobrażenia o Ameryce - kraju ludzi barwnych, krnąbrnych,
zdolnych stawiać wszystko na jedną kartę. Oj, my Słowianie
- Forman mitologizował Amerykę, myśmy w mit wczytywali się
dosłownie, a teraz dziwimy się, że Ameryka taka przyziemna
i pospolita.
Mógłbym, ba! - zrobiłem to wszystko włócząc się ulicami miasta,
które przypominało mi na każdym kroku, że bez podróży nie
ma poznania, bez poznania zrozumieć świata nie sposób, a bez
zrozumienia świata w epoce globalnych wiosek nie można zabierać
głosu na jakikolwiek obszerniejszy temat. Mnie Nowy Jork,
dokładniej - zwędrowany przeze mnie skrawek Nowego Jorku -
bardzo się spodobał, ale nie jest to miasto piękne i nie wszystkie
z zaobserwowanych scen godne były pamięci. Times Square jest
sztucznie oświetlonym kiczem na kilkadziesiąt pięter podciągniętym
ku niebu; Empire State Building kolosem, który może zachwycić
jedynie inżyniera-konstruktora; Chrysler Building przypomina
ogromną paszczę wynurzającego się spośród fal rekina-ludojada
i nie ma w tym porównaniu ani odrobiny podziwu. A Gugenheim
Museum to jeden z najszkaradniejszych nowojorskich budynków,
przy którym katowicki Spodek to architektura piękna i pełna
umiaru. Ale ta różnorodność, to wymieszanie ras, języków,
zachowań, architektonicznych stylów, ta odmienność, ale z
nitką swojskości"...
Tu list się urywa, jak zatrzymana płyta. Za chwilę zadzwonię
do Romka Sabo po dalszą część hymnu na cześć Nowego Jorku.
I chyba w końcu wybiorę się do tego zachwycającego "miasta
miast" po swoją miskę świetnie ugotowanej nowojorskiej zupy.
|
|