[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 18 lutego 2005


Marek Kusiba (i Roman Sabo)

Żabką przez Atlantyk

Bardzo Nowy Jork

Roman Sabo jest poetą mieszkającym od wielu lat w Vancouver, nad Oceanem Spokojnym. Niedawno wybrał się z żoną i synami nad Ocean Atlantycki, a konkretnie do Nowego Jorku. Tygodniowy pobyt w stolicy zachodniego świata zaowocował obszernym listem do przyjaciela. Uznałem, że Żabka to nie żona i podzielić się nią można, a nawet trzeba. W świecie istnieją kultury, w których dzielenie się żoną jest przywilejem i radosną koniecznością, ale do tego jeszcze nie dojrzeliśmy, pozostanę więc przy dzieleniu się ropuszką drukowaną. Większość naszych czytelników mieszka w Nowym Jorku, ale zapewne miasta nie zauważają, gdyż nie są w nim turystami, a jeśli przebywają z wizytą, to raczej roboczą. Im wszystkim dedykuję Romkowe wyznania.

"Nowy Jork przypomniał mi, jakim cudem jest podróż i jakim darem możliwość przeniesienia się w miejsca nieznane. Wyliczył na skrzyżowaniach swoich ulic i alej wszystkie grzechy, jakie popełniłem przeciwko własnej wyobraźni i wrażliwości: przystanie do plemienia wiecznie krzątających się wokół spraw doczesnych mrówek; zaprzaństwo, jakim jest zgoda na myśl, że sztuka jest li tylko rozrywką; tchórzostwo, jakim jest tłumaczenie się przed światem z tego, co robię, gdy nie zarabiam na życie. Oto mi fraza: zarabiać na życie! W końcu życie to dar, na dar nie trzeba sobie zarobić - zarabia się na zaspokajanie potrzeb, własnych lub narzuconych, a tych ostatnich przybywa i przybywa, podczas gdy czasu ubywa i ubywa.

Czego jeszcze dokonał Nowy Jork - za pomocą swoich szerokich ulic, katedralnych wieżowców, przyjacielskiego pokasływania klaksonów, tłumów ludzi wszystkich ras, ni stąd ni zowąd zadających pytania, wszczynających rozmowę? Zanim o tym napiszę, krótka wyliczanka pod tytułem: co mi w Nowym Jorku przeszkadzało. Otóż - wiecznie wdzierający się w wertykalną perspektywę Pałac Kultury i Nauki, tudzież Uniwersytet Łomonosowa, także tutaj, w jednym z najciekawszych miast, snuł się za mną cień sowieckiej gigantomanii. Ogrom bzdur wystawianych w słynnych nowojorskich galeriach, te wszystkie malunki wielkich XX wieku, zaplanowane jako niewybredny żart pod adresem znienawidzonego krytyka czy też skąpego kolekcjonera; te wszystkie kawałki papieru, na których malarze czyścili swoje pędzle i sprawdzali barwę farb; odłamki kamienia, na którym ćwiczyli swoje dłonie; te wszystkie na potwornym kacu szkicowane okropieństwa, których w grobie wstydzą się okrutnie. No i jeszcze rodacy: głośni, barczyści, patrolujący ulice trójkami lub czwórkami, rozprawiający o kolejnym okazyjnym zakupie.

Uwielbiam krzywe ulice, ściany zderzających się dzięki perspektywie kamienic. A Nowy Jork powstawał szybko i w zgiełku; niby byle jak, a jednocześnie z ogromną premedytacją wznoszono te wszystkie drapacze chmur - każda piędź ziemi miała przynieść lub korzystnie ulokować górę gotówki - tak że podpierają się wzajemnie, zachodzą za siebie, zaglądają oknami w okna, kłócą pozornie nieprzystającymi do siebie fasadami, przypominają bazarowy tłum, gdzie wszyscy wszystkim włażą na odciski, wszyscy wszystkich próbują przekrzyczeć, a mimo to dzień mija na zgodnym przyzwoleniu na współobecność, przyzwoleniu pieczętowanym filiżanką herbaty w bazarowej herbaciarni.

Uwielbiam ludzkie wymieszanie z poplątaniem, rasy, odcienie skóry, akcenty i intonacje, dźwięk śpiewnych języków: włoskiego, głównie w galeriach i muzeach; rosyjskiego - głównie w sklepach, po których wlokłem się jak na ścięcie za żoną i dziećmi; tuziemskiego - wszędzie zupełnie inaczej intonowanego i artykułowanego. Mógłbym całymi dniami włóczyć się po dolnym Manhattanie, tam gdzie Wall Street, po SoHo, po Central Parku. Mógłbym wprowadzić się na nieograniczony czas do Metropolitan Museum, żeby spokojnie zmierzyć się z ogromem ludzkiego czasu i nadmiarem cywilizacyjnych dokonań. Mógłbym szwendać się, jak kiedyś w kraju, po off-Broadwayowych teatrzykach, mimo iż polskie doświadczenie teatru zaangażowanego na zawsze zniechęciło mnie do teatralnej rozrywki. Mógłbym dniami zwiedzać podziemne stacje metra i cieszyć się z nocnych pociągów do Jamajki, jeździć autobusami wzdłuż, wszerz i po przekątnych miasta.

Mógłbym nawiązywać te zupełnie przypadkowe, a mimo to satysfakcjonujące jak lampka udałego wina czy miska świetnie ugotowanej zupy, czy filiżanka świeżo zaparzonego espresso, rozmowy przy delikatesowej ladzie, w Księgarni "Nowego Dziennika", w brooklyńskim autobusie. Mógłbym oprowadzać moich synów po plenerach filmowych: na tej ławce Woody Allen zachwyca się widokiem brooklyńskiego mostu na Manhattanie; tutaj Dustin Hoffman biega dookoła wodnego rezerwuaru w środku Central Parku w "Maratończyku"; tutaj, pod torami metra na obrzeżach Brooklynu, Gene Hackman ściga samochodem przestępców we "Francuskim łączniku"; tutaj żądny Oscara Scorsese zakłamuje plebejską historię miasta w czerwonej od krwi i ckliwej historyjce o biednych, godnych współczucia, jakże odważnych, a jednocześnie dumnych Irlandczykach, szlachtowanych przez nowojorskich rzezimieszków, niechętnych napływowi taniej siły roboczej do nowojorskiego portu; tutaj wreszcie, w parku Centralnym, układa się na ławce do snu wieśniak Claude w drodze do Wietnamu tuż przed spotkaniem z hippisami, spotkaniem, które miało na zawsze odmienić nie tylko jego życie, ale i nasze wyobrażenia o Ameryce - kraju ludzi barwnych, krnąbrnych, zdolnych stawiać wszystko na jedną kartę. Oj, my Słowianie - Forman mitologizował Amerykę, myśmy w mit wczytywali się dosłownie, a teraz dziwimy się, że Ameryka taka przyziemna i pospolita.

Mógłbym, ba! - zrobiłem to wszystko włócząc się ulicami miasta, które przypominało mi na każdym kroku, że bez podróży nie ma poznania, bez poznania zrozumieć świata nie sposób, a bez zrozumienia świata w epoce globalnych wiosek nie można zabierać głosu na jakikolwiek obszerniejszy temat. Mnie Nowy Jork, dokładniej - zwędrowany przeze mnie skrawek Nowego Jorku - bardzo się spodobał, ale nie jest to miasto piękne i nie wszystkie z zaobserwowanych scen godne były pamięci. Times Square jest sztucznie oświetlonym kiczem na kilkadziesiąt pięter podciągniętym ku niebu; Empire State Building kolosem, który może zachwycić jedynie inżyniera-konstruktora; Chrysler Building przypomina ogromną paszczę wynurzającego się spośród fal rekina-ludojada i nie ma w tym porównaniu ani odrobiny podziwu. A Gugenheim Museum to jeden z najszkaradniejszych nowojorskich budynków, przy którym katowicki Spodek to architektura piękna i pełna umiaru. Ale ta różnorodność, to wymieszanie ras, języków, zachowań, architektonicznych stylów, ta odmienność, ale z nitką swojskości"...

Tu list się urywa, jak zatrzymana płyta. Za chwilę zadzwonię do Romka Sabo po dalszą część hymnu na cześć Nowego Jorku. I chyba w końcu wybiorę się do tego zachwycającego "miasta miast" po swoją miskę świetnie ugotowanej nowojorskiej zupy.

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail