Instynktowna,
wieczna natura człowieka
Rozmowa z Gustawem Holoubkiem
-
"Króla Edypa" wyreżyserował Pan rok temu na 75-lecie Teatru
Ateneum w Warszawie. Dlaczego wybrał Pan tę tragedię Sofoklesa,
a nie "Antygonę", która niesie więcej odniesień do współczesności?
- Wydawało mi się, że Król Edyp bardziej trafi w oczekiwania
widzów. Zwłaszcza w tej chwili, kiedy z różnych stron, nie
wyłączając Teatru Telewizji, są wtłaczani w rzeczywistość,
która eksponuje wyłącznie złą stronę człowieka. Młodzi twórcy
grzebią się w naszej współczesnej nędzy, nie wychodząc tematycznie
poza środowiska patologiczne i bohaterów uzależnionych od
alkoholu, narkotyków, seksu. Wydawało nam się, że powrót do
źródeł, do pewnej czystości pojmowania egzystencji ludzkiej,
może być potrzebny i odświeżający. Drugi powód to Piotr Fronczewski.
Chcieliśmy go wypróbować w roli tragicznej, gdyż na to zasługuje.
Zwłaszcza dzisiaj, gdy w pogoni za zarobkiem zanurzył się
częściowo w reklamie. Chciałem przedstawić go jako aktora,
który dysponuje bardzo rzadkimi talentami. Bo talent tragika
jest dziś rzadkością. Trzeci powód to nowy przekład Marcina
Sosnowskiego, który był nieoczekiwanym podarunkiem dla teatru.
Sosnowski robił ten przekład dla siebie samego, dla przyjemności.
Okazało się, że trafił idealnie w to, czego mogliśmy oczekiwać.
W język, który nie jest całkowicie współczesny, ale brzmi
komunikatywnie, a przy tym zachował pełny szacunek dla poetyckiego
metrum utworu.
- Jak Pan dyrektor i zespół przyjęli zaproszenie "Króla Edypa"
do Stanów Zjednoczonych?
- Bardzo nas ucieszyło. Jak na zwyczaje wyjazdowe ta wizyta
jest dosyć długa, bo dwutygodniowa. Dla naszego "rodzimego
teatru objazdowego" nobilitacją jest zwłaszcza Nowy Jork,
choć zagramy i w Chicago, dokąd polskie zespoły trafiają o
wiele częściej. Mamy nadzieję, że dzięki staraniom naszego
nowego impresaria przedstawienie zobaczą także widzowie amerykańscy.
- W Polsce widowisko okrzyknięto wydarzeniem. Krytycy są
na ogół zgodni, że udała się rzecz niezwykła - emocje artystyczne
usunęły w cień kontekst towarzyski jubileuszowych obchodów.
Tak było po premierze. A jak na co dzień przyjmują spektakl
zwyczajni widzowie?
- Uwagi krytyczne w stosunku do Króla Edypa są rzeczywiście
trafne, a nasze intencje zostały doskonale odczytane. Co do
odbioru, cieszy mnie, że na to przedstawienie przychodzi tłumnie
młodzież, zapełniając trzy czwarte widowni. Cisza, skupienie
i reakcja na koniec jest nieprawdopodobnie znamienna. Ci młodzi
ludzie doskonale czują świeżość tego tekstu. Jestem przekonany,
że młodzież jest dziś taka sama jak zawsze. I że robienie
z niej osobnej kategorii jest nadużyciem. Zabiegiem ściśle
ideologicznym, niemającym pokrycia w rzeczywistości. Czymś
w rodzaju marksistowskiej analizy odbioru. Młodzież? Jaka
młodzież? Młodzież jest taka jak starsi. Przed wojną w Krakowie
byliśmy gnani na każde przedstawienie do Teatru im. Słowackiego.
Przyjechał Juliusz Osterwa z Lillą Wenedą, gdzie grał
Ślaza, właściwie epizod. Jest tam scena na pustym pobojowisku.
Wchodzi Osterwa i pyta się: "Jest tu kto?". I wtedy na widowni
rozległ się głosik: "Nie ma nikogo!". Spadła kurtyna. Osterwa,
już w swoim prywatnym ubraniu, wyszedł na proscenium i wygłosił
referat o naturze teatru. Kurtyna poszła znowu w górę i zaczął
od przerwanej kwestii. Gdyby jeszcze raz ktoś powtórzył: "Nie
ma nikogo", to byłby koniec. Zapanowała jednak cisza i widowisko
skończyło się z pełną aprobatą młodzieżowej widowni. Nie można
brać serio incydentów, w których uczniowie robią sobie - jak
się to nazywa? - jaja. To przywilej młodości. Jeśli widzą,
że w teatrze traktuje się ich poważnie, potrafią to docenić.
- Czy to znaczy, że frekwencję na Pana widowisku można uznać
za wysoką?
- Tak, wynosi 95 procent. Młodzi ludzie są nim wyraźnie poruszeni.
To jest nieprawdopodobne, bo dzieje się tak na przekór temu,
co lansują różne środki przekazu, a zwłaszcza telewizja, zasłaniająca
się tak zwaną oglądalnością. Doszło do tego, że ambitny literacko
tekst nie mieści się ostatnio w repertuarze Teatru Telewizji,
bo okazuje się dla odbiorców... za trudny. To oczywista nieprawda.
Widzimy to doskonale na przykładzie naszego Króla Edypa.
- Teatr jako instytucja powołana głównie do tego, by stawiać
pytania, ale i próbować udzielać odpowiedzi, uchyla jedynie
rąbka tajemnicy, ale nigdy do końca. Wtedy zawiera w sobie
głębsze pokłady magii. Metafizyki. Ta inscenizacja jest tak
sugestywna, że, jak myślę, przemówi także do ludzi nierozumiejących
języka polskiego. Zwłaszcza że oprócz stałego zespołu Teatru
Ateneum gościnnie występują wybitni aktorzy ukształtowani
występami w najlepszym czasie sukcesów Starego Teatru z Krakowa:
Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Jokasta i Jerzy Trela w roli
Kreona.
- Powodem, dla którego zaprosiłem tę dwójkę aktorów, było
szukanie kogoś, kto mówi. Ostatnio z mówieniem aktorów są
bowiem kłopoty. I tu nie idzie o dykcję, tylko o ten rodzaj
wyrażania się, w którym zawierałoby się wszystko inne. Bo
to słowo pociąga za sobą wszystkie środki wyrazu, a nie odwrotnie.
Niestety, przez ostatnie lata przestaliśmy szanować język
mówiony. Także słowo padające ze sceny. Nie każdy dziś potrafi
mówić wierszem, grać w tragedii.
- Teatr z natury rzeczy jest czymś sztucznym. Słowo nie jest
i nie może być w nim mową potoczną. Natomiast współczesny
model teatru dopuszcza mówienie w sposób imitujący nieład
pośpiesznej rozmowy, a niekiedy i żargonu ulicznego. Taki
pozorny luz...
- Ja to nazywam brutalnie - mówieniem z odwołaniem się do
organów trawiennych. To wszystko dla mojego pokolenia jest
niepojęte. Proste na scenie bynajmniej nie jest to, co łatwe,
bo wtedy najwyżej staje się trywialne czy prostackie. Dla
mnie wyznacznikiem tego, co proste, jest użytek, który mogę
zrobić z wiedzy i umiejętności nabytych w przeszłości, za
młodu. Dlatego mój powrót do tak zwanej klasyki jest o wiele
prostszy, niż się może wydawać ludziom zbyt zakotwiczonym
w banale codzienności. Pamiętam sprzed wojny inscenizację
Snu nocy letniej w Teatrze Polskim u Szyfmana. Pronaszko
wyrąbał wówczas pod Warszawą pół lasu i umieścił na scenie
prawdziwe drzewa. Na próbie generalnej Adolf Dymsza - człowiek
zdawałoby się daleki od intelektualnych ambicji - wszedł na
scenę i pod każdym z tych chojaków z osobna zrobił to, przy
czym piesek podnosi nóżkę. W ten sposób dał wyraz swego stosunku
do podobnych zabiegów. Jego gest był szalenie pojemny i znamienny.
Jeżeli ktoś postawił las na scenie, to już nie ma co grać.
U Szekspira wystarczył zatknięty kijek z napisem "wood". Wchodzili
aktorzy, w biały dzień, i po chwili widzowie byli święcie
przekonani, że są w lesie. To aktorzy grali las.
- Ledwo zamarkowana scenografia, kostiumy proste i luźne,
by nie ograniczały swobody aktora, przede wszystkim jednak
słychać dobrze wyartykułowane słowo. Zamiast ustawionego na
scenie chóru, mamy jedynie jego głosy, a w nich Pana przejmujące
recytacje. Zgodzi się Pan z opinią, że chociaż przedstawienie
jest powrotem do źródeł antycznej tradycji, to jest ono -
jak na dzisiejsze mody sceniczne - wyjątkowo awangardowe?
- Cóż... Naszą ambicją było stworzenie przedstawienia pod
każdym względem surowego, oszczędnego. Najdłuższe debaty trwały
nie wokół interpretacji, lecz scenografii i kostiumu. Właśnie
w takiej pustce chcieliśmy się zmieścić, aby dać więcej możliwości
grze wyobraźni widza. Aby mógł sobie resztę dopowiedzieć -
począwszy od geografii miejsca, a skończywszy na instynktownej,
wiecznej naturze człowieka, niezmiennej na przestrzeni tysięcy
lat. Nadal znajdujemy się w tym samym miejscu - naznaczeni
tym samym kodem niezrozumienia sensu istnienia.
Rozmawiał Janusz R. Kowalczyk
|