[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 25 lutego 2005


Instynktowna,
wieczna natura człowieka

Rozmowa z Gustawem Holoubkiem

- "Króla Edypa" wyreżyserował Pan rok temu na 75-lecie Teatru Ateneum w Warszawie. Dlaczego wybrał Pan tę tragedię Sofoklesa, a nie "Antygonę", która niesie więcej odniesień do współczesności?

- Wydawało mi się, że Król Edyp bardziej trafi w oczekiwania widzów. Zwłaszcza w tej chwili, kiedy z różnych stron, nie wyłączając Teatru Telewizji, są wtłaczani w rzeczywistość, która eksponuje wyłącznie złą stronę człowieka. Młodzi twórcy grzebią się w naszej współczesnej nędzy, nie wychodząc tematycznie poza środowiska patologiczne i bohaterów uzależnionych od alkoholu, narkotyków, seksu. Wydawało nam się, że powrót do źródeł, do pewnej czystości pojmowania egzystencji ludzkiej, może być potrzebny i odświeżający. Drugi powód to Piotr Fronczewski. Chcieliśmy go wypróbować w roli tragicznej, gdyż na to zasługuje. Zwłaszcza dzisiaj, gdy w pogoni za zarobkiem zanurzył się częściowo w reklamie. Chciałem przedstawić go jako aktora, który dysponuje bardzo rzadkimi talentami. Bo talent tragika jest dziś rzadkością. Trzeci powód to nowy przekład Marcina Sosnowskiego, który był nieoczekiwanym podarunkiem dla teatru. Sosnowski robił ten przekład dla siebie samego, dla przyjemności. Okazało się, że trafił idealnie w to, czego mogliśmy oczekiwać. W język, który nie jest całkowicie współczesny, ale brzmi komunikatywnie, a przy tym zachował pełny szacunek dla poetyckiego metrum utworu.

- Jak Pan dyrektor i zespół przyjęli zaproszenie "Króla Edypa" do Stanów Zjednoczonych?

- Bardzo nas ucieszyło. Jak na zwyczaje wyjazdowe ta wizyta jest dosyć długa, bo dwutygodniowa. Dla naszego "rodzimego teatru objazdowego" nobilitacją jest zwłaszcza Nowy Jork, choć zagramy i w Chicago, dokąd polskie zespoły trafiają o wiele częściej. Mamy nadzieję, że dzięki staraniom naszego nowego impresaria przedstawienie zobaczą także widzowie amerykańscy.

- W Polsce widowisko okrzyknięto wydarzeniem. Krytycy są na ogół zgodni, że udała się rzecz niezwykła - emocje artystyczne usunęły w cień kontekst towarzyski jubileuszowych obchodów. Tak było po premierze. A jak na co dzień przyjmują spektakl zwyczajni widzowie?

- Uwagi krytyczne w stosunku do Króla Edypa są rzeczywiście trafne, a nasze intencje zostały doskonale odczytane. Co do odbioru, cieszy mnie, że na to przedstawienie przychodzi tłumnie młodzież, zapełniając trzy czwarte widowni. Cisza, skupienie i reakcja na koniec jest nieprawdopodobnie znamienna. Ci młodzi ludzie doskonale czują świeżość tego tekstu. Jestem przekonany, że młodzież jest dziś taka sama jak zawsze. I że robienie z niej osobnej kategorii jest nadużyciem. Zabiegiem ściśle ideologicznym, niemającym pokrycia w rzeczywistości. Czymś w rodzaju marksistowskiej analizy odbioru. Młodzież? Jaka młodzież? Młodzież jest taka jak starsi. Przed wojną w Krakowie byliśmy gnani na każde przedstawienie do Teatru im. Słowackiego. Przyjechał Juliusz Osterwa z Lillą Wenedą, gdzie grał Ślaza, właściwie epizod. Jest tam scena na pustym pobojowisku. Wchodzi Osterwa i pyta się: "Jest tu kto?". I wtedy na widowni rozległ się głosik: "Nie ma nikogo!". Spadła kurtyna. Osterwa, już w swoim prywatnym ubraniu, wyszedł na proscenium i wygłosił referat o naturze teatru. Kurtyna poszła znowu w górę i zaczął od przerwanej kwestii. Gdyby jeszcze raz ktoś powtórzył: "Nie ma nikogo", to byłby koniec. Zapanowała jednak cisza i widowisko skończyło się z pełną aprobatą młodzieżowej widowni. Nie można brać serio incydentów, w których uczniowie robią sobie - jak się to nazywa? - jaja. To przywilej młodości. Jeśli widzą, że w teatrze traktuje się ich poważnie, potrafią to docenić.

- Czy to znaczy, że frekwencję na Pana widowisku można uznać za wysoką?

- Tak, wynosi 95 procent. Młodzi ludzie są nim wyraźnie poruszeni. To jest nieprawdopodobne, bo dzieje się tak na przekór temu, co lansują różne środki przekazu, a zwłaszcza telewizja, zasłaniająca się tak zwaną oglądalnością. Doszło do tego, że ambitny literacko tekst nie mieści się ostatnio w repertuarze Teatru Telewizji, bo okazuje się dla odbiorców... za trudny. To oczywista nieprawda. Widzimy to doskonale na przykładzie naszego Króla Edypa.

- Teatr jako instytucja powołana głównie do tego, by stawiać pytania, ale i próbować udzielać odpowiedzi, uchyla jedynie rąbka tajemnicy, ale nigdy do końca. Wtedy zawiera w sobie głębsze pokłady magii. Metafizyki. Ta inscenizacja jest tak sugestywna, że, jak myślę, przemówi także do ludzi nierozumiejących języka polskiego. Zwłaszcza że oprócz stałego zespołu Teatru Ateneum gościnnie występują wybitni aktorzy ukształtowani występami w najlepszym czasie sukcesów Starego Teatru z Krakowa: Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Jokasta i Jerzy Trela w roli Kreona.

- Powodem, dla którego zaprosiłem tę dwójkę aktorów, było szukanie kogoś, kto mówi. Ostatnio z mówieniem aktorów są bowiem kłopoty. I tu nie idzie o dykcję, tylko o ten rodzaj wyrażania się, w którym zawierałoby się wszystko inne. Bo to słowo pociąga za sobą wszystkie środki wyrazu, a nie odwrotnie. Niestety, przez ostatnie lata przestaliśmy szanować język mówiony. Także słowo padające ze sceny. Nie każdy dziś potrafi mówić wierszem, grać w tragedii.

- Teatr z natury rzeczy jest czymś sztucznym. Słowo nie jest i nie może być w nim mową potoczną. Natomiast współczesny model teatru dopuszcza mówienie w sposób imitujący nieład pośpiesznej rozmowy, a niekiedy i żargonu ulicznego. Taki pozorny luz...

- Ja to nazywam brutalnie - mówieniem z odwołaniem się do organów trawiennych. To wszystko dla mojego pokolenia jest niepojęte. Proste na scenie bynajmniej nie jest to, co łatwe, bo wtedy najwyżej staje się trywialne czy prostackie. Dla mnie wyznacznikiem tego, co proste, jest użytek, który mogę zrobić z wiedzy i umiejętności nabytych w przeszłości, za młodu. Dlatego mój powrót do tak zwanej klasyki jest o wiele prostszy, niż się może wydawać ludziom zbyt zakotwiczonym w banale codzienności. Pamiętam sprzed wojny inscenizację Snu nocy letniej w Teatrze Polskim u Szyfmana. Pronaszko wyrąbał wówczas pod Warszawą pół lasu i umieścił na scenie prawdziwe drzewa. Na próbie generalnej Adolf Dymsza - człowiek zdawałoby się daleki od intelektualnych ambicji - wszedł na scenę i pod każdym z tych chojaków z osobna zrobił to, przy czym piesek podnosi nóżkę. W ten sposób dał wyraz swego stosunku do podobnych zabiegów. Jego gest był szalenie pojemny i znamienny. Jeżeli ktoś postawił las na scenie, to już nie ma co grać. U Szekspira wystarczył zatknięty kijek z napisem "wood". Wchodzili aktorzy, w biały dzień, i po chwili widzowie byli święcie przekonani, że są w lesie. To aktorzy grali las.

- Ledwo zamarkowana scenografia, kostiumy proste i luźne, by nie ograniczały swobody aktora, przede wszystkim jednak słychać dobrze wyartykułowane słowo. Zamiast ustawionego na scenie chóru, mamy jedynie jego głosy, a w nich Pana przejmujące recytacje. Zgodzi się Pan z opinią, że chociaż przedstawienie jest powrotem do źródeł antycznej tradycji, to jest ono - jak na dzisiejsze mody sceniczne - wyjątkowo awangardowe?

- Cóż... Naszą ambicją było stworzenie przedstawienia pod każdym względem surowego, oszczędnego. Najdłuższe debaty trwały nie wokół interpretacji, lecz scenografii i kostiumu. Właśnie w takiej pustce chcieliśmy się zmieścić, aby dać więcej możliwości grze wyobraźni widza. Aby mógł sobie resztę dopowiedzieć - począwszy od geografii miejsca, a skończywszy na instynktownej, wiecznej naturze człowieka, niezmiennej na przestrzeni tysięcy lat. Nadal znajdujemy się w tym samym miejscu - naznaczeni tym samym kodem niezrozumienia sensu istnienia.

Rozmawiał Janusz R. Kowalczyk


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail