ANDRZEJ ZWANIECKI
Nowojorska
kronika kulturalna (film)
RELIGIJNY
TERMINATOR;
GROZY DEGRADACJA;
SMUTNA EDUKACJA
Wydawało się, że jarmarczne landszafty z wizerunkami piekła
i potępionych są skazane na zagładę, podobnie jak tradycyjne
odpusty, które pozwalały przeniknąć im pod strzechy. Constantine
dowodzi, że tak być nie musi, jeśli Hollywood stanie się czymś
w rodzaju wirtualnego odpustu. Ten film o zmaganiach zaświatów,
który nawiązuje do bogatej tradycji religijnego kiczu, odmalowuje
bowiem tradycyjne wątki grzechu, potępienia i piekielnego
cierpienia w formie wideoklipów i przy użyciu komputerowych
tricków.
Jego tytułowy bohater (Keanu Reeves) sprawia początkowo wrażenie
jakby był to Neo z Matrixa, który zabłądził na plan
niewłaściwego filmu. Constantine, biedaczysko, to jednak w
istocie nie Mesjasz, lecz dusza zbłąkana na granicach naszego
świata z piekłem i niebem. Wyposażony w zdolność odróżnienia
demonów od zwykłych śmiertelników wykonuje on zadanie swego
rodzaju religijnego Terminatora - posyła nielegalnych imigrantów
z zaświatów najdosłowniej - do stu diabłów.
Constantine godzi się przyjść z pomocą policjantce Angeli
(Rachel Weisz), która usiłuje wyjaśnić rzekome samobójstwo
swej głęboko religijnej siostry bliźniaczki. To prywatne dochodzenie,
które wymaga zapuszczenia się do piekieł, odbywa się na tle
kosmicznych zmagań zastępów niebieskich z archaniołem Gabrielem
(Tilda Swinton) na czele z samym Szatanem (Peter Stormare)
i jego potomstwem.
Tego w ogólności można się domyśleć, bo Constantine
to nie tyle zborna i klarowna historia, co seria wideopaneli,
na których bohaterowie odprawiają egzorcyzmy, walczą z demonami
oraz odbywają przerażające wyprawy w głąb piekła. Między tymi
panelami zaś bezzębną paszczę rozdziawia nuda. Wizualna ekspresja
jest tu ważniejsza od sensu, rekwizyt (wydrążony krucyfiks
spełniający rolę pałasza na demony jest naprawdę odlotowy!)
od wiarygodnej reakcji, a efektu "jak żywe" - od wydźwięku
emocjonalnego.
Reżyser Francis Lawrence, który wprawił się do zawodu realizacją
muzycznych teledysków, gwałci wrażliwość widza zagęszczeniem
wizualnym - nadmiarem efektów specjalnych, nastrojowych mgieł
i dymów itp. Faszeruje też film ezoterycznymi znakami oraz
religijnymi i pseudoreligijnymi symbolami. Mają one zapowiadać
coś naprawdę strasznego, na przykład wykupienie kiełbasy na
Greenpoincie przez bojówkę wegetariańską albo mianowanie Manueli
Gretkowskiej matką-redaktorką radiostacji Maryja.
Ta brednia podniesiona do rangi horroru obezwładnia przesadą,
złym smakiem, pompatyczną atmosferą erzac-apokalipsy i naiwną
chęcią upostaciowania zła przy użyciu "strasznych" wizerunków
(demony z rozpołowioną głową! AAAaaa!) Ale z drugiej strony
kiczowatość tego przedsięwzięcia jest tak soczysta i agresywna,
że trudno je zbyć wzruszeniem ramion. Jak monidło z płonącymi
czeluściami pochłaniającymi zastępy nagich grzeszników przyprawia
ono przez chwilę o gęsią skórkę. Idźcie więc grzesznicy do
kina i bójcie się. Tym razem jest to wiza turystyczna do piekła,
następnym może być pobyt stały.
*
Hide and Seek to worek na śmieci, w którym pełno zużytych
schematów, opatrzonych motywów, podejrzanie podejrzanych postaci
i bezwstydnych zapożyczeń. Ale... proszę jeszcze nie kierować
się ku wyjściu, bo przynajmniej w pierwszych partiach z tych
surowców wtórnych filmowcy zmajstrowali elegancką, wiarygodną
i na swój sposób przejmującą konstrukcję.
Jej podstawą jest samobójstwo żony bohatera, psychologa Davida
(Robert De Niro). Jego córka Emily (Dakota Fanning) ciężko
przeżywa śmierć matki (Amy Irwing). W nadziei, że oderwanie
od Nowego Jorku, w którym rozpoczyna się akcja, pozwoli mu
wyrwać dziecko ze stuporu, bohater wynajmuje willę nad jeziorem
godzinę drogi od miasta. Kiedy jednak mniej lub bardziej zadomowiają
się w nowym domu, zaczynają się w nim dziać coraz bardziej
przerażające rzeczy. Ich sprawcą, jak twierdzi Emily, jest
jej nowy przyjaciel Charlie, który nie lubi jej ojca.
Reżyser Jon Polson nie sięga pośpiesznie po tanie straszaki,
lecz powoli i konsekwentnie buduje napięcie tak między ojcem
i córką, jak i między nimi obojgiem i tajemniczym Charliem.
W tej części jest to w zasadzie opowieść psychologiczna o
zranionym emocjonalnie dziecku, które nie potrafi uporać się
psychicznie z odejściem matki.
Sugestywną, niepokojącą aurę nadają jej zdjęcia Dariusza
Wolskiego, w których groza emanuje z banalnych wnętrz i otoczenia
- pustych pokoi, schodów i krajobrazów. Uwiarygodnia jednak
całą tę sytuację 11-letnia Fanning w roli Emily. W jej głębokich,
okrągłych oczach strach miesza się ze smutkiem w spojrzeniach
pełnych cierpienia.
O ile wyjawienie tajemnicy Charliego zaskakuje, to to, co
następuje potem, jest rozczarowaniem najwyższego rzędu. Polson
i spółka, zamiast budować na psychologicznych fundamentach,
pragną na siłę wpompować w film maksimum grozy, jakby w przekonaniu,
że cierpi on na jej deficyt. Ale choć reżyser ima się najtańszych
chwytów, narracja wcześniej trzymana przezeń w ryzach wyślizguje
mu się z ręki. W rezultacie kulminacja staje się nędzną imitacją
finału znanego horroru, w której napięcie ulatuje z filmu
jak powietrze z przekłutego balonu.
*
W Bad Education mistrz zmyślenia, Pedro Almodovar
tka podobnie jak we wcześniejszych filmach misterne sploty
opowieści wysnutej z materiału stanowiącego podstawę egzystencji
brukowców. Jej bohaterami są Ignacio (Ignacio Perez) i Enrique
(Raul Garcia Forneiro), zafascynowani sobą wzajemnie erotycznie
chłopcy z katolickiej szkoły i ojciec Manolo (Daniel Gimenez
Cacho), ksiądz i szkolny pryncypał pałający zakazanym uczuciem
do pierwszego z nich.
Akcja rozpoczyna się, gdy dorosły już Ignacio (Gael Garcia
Bernal) pojawia się w biurze dawnego przyjaciela, dziś reżysera
filmowego, Enrique (Fele Martinez), aby zaproponować mu scenariusz
własnego, jak twierdzi, pióra. Scenariusz ów opowiada o ich
miłosnej przygodzie w dzieciństwie, wykorzystywaniu seksualnym
małego Ignacio przez księdza i dalszych losach bohatera.
Ignacio, który jest początkującym aktorem, pragnie zagrać
rolę swego alter ego w filmie, czemu Enrique zainteresowany
sfilmowaniem historii początkowo się sprzeciwia. Enrique wydaje
się nadal być zafascynowany seksualnie dawnym przyjacielem,
ale uczucia i intencje Ignacio są nie do przeniknięcia.
Film poruszając się krętymi ścieżkami między wydarzeniami
przedstawionymi w scenariuszu Ignacio, ich odzwierciedleniem
w filmie Enrique i różnymi wersjami rzeczywistości - ujawnia
stopniowo intrygującą konstrukcję. Ponieważ niełatwo jest
się w niej zorientować, narracja jest wielka frajdą dla kinomana
lubującego się w filmowo-literackich szaradach. Gdzie kończy
się rzeczywistość, a zaczyna zmyślenie? Która z równoprawnych
wersji zdarzeń jest bardziej godna wiary? Czy sztuka fałszuje
rzeczywistość, czy raczej pozwala nam dojrzeć jej ukryte aspekty?
Te pytania stawiano wcześniej, ale Almodovar rzuca je niejako
od niechcenia w trakcie wyszywania misternych wątków opowieści.
O ile jednak narracyjna ekwilibrystyka przyprawia o przyjemny
zawrót głowy, to substancja filmu działa przygnębiająco. I
nie chodzi bynajmniej o to, że bohaterowie wywodzą się z seksualnego
marginesu - Almodovar zawsze zaludniał swoje filmy transwestytami,
homoseksualistami, obojnakami i innymi pomieszańcami seksualnymi,
biorąc ich bez osądzania z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Niemniej te filmy, w których skupiał uwagę z sympatią na kobietach,
miały swoisty melodramatyczno-komiczny ton. Podnosił je jeśli
nie do rangi sztuki, to w każdym razie wyszukanej rozrywki.
Odkupiająca brukowa tematyka sympatii dla kobiecej uczuciowości
pozwalała mu wyłowić z rynsztoka perły autentycznego wzruszenia.
W Bad Education, skoncentrowanym wokół mężczyzn, Almodovar
ukazuje dość bezlitośnie świat przeżarty moralną korupcja,
w którym główną siłą napędową jest namiętność sprowadzona
do kopulacji. I choć i tym razem próbuje on melodramatycznych
zagrań i humoru, to nie udaje mu się znaleźć w tym świecie
niczego cennego. Żądza, wyrachowanie, udawanie, manipulacja
i przemoc dominujące w jego filmie mieszają się ze sobą w
dość odpychający, toksyczny koktajl.
|